
Dramatyczna utrata dobytku, katorżnicza praca w krakowskiej hurtowni i niespodziewana ciąża po osiemnastu latach. Poznaj ostatni, bardzo osobisty rozdział wspomnień pani Janiny. Historię bolesnych rozczarowań, zmagania ze skrajną biedą, ale przede wszystkim niezłomnej, matczynej determinacji w walce o byt rodziny.

trzeciej i ostatniej części wspomnień pani Janiny ruszamy w dalszą tułaczkę po Polsce. Rodzina na nowo układa sobie życie, przenosząc się najpierw do Gniezna. Autorka znajduje tam ukochaną pracę w kawiarni teatralnej. Odzyskuje upragniony spokój i stabilizację.
Szczęście nie trwa jednak długo. Kolejna, wymuszona przeprowadzka rzuca bohaterów do zupełnie obcego Krakowa. Na miejscu tracą cały dobytek, zostając bez mebli i środków do życia. Wspomnienia ukazują dramatyczną walkę o przetrwanie, zmagania z biedą oraz wyczerpującą pracę fizyczną ciężarnej kobiety. To jednak przede wszystkim piękna opowieść o potężnej, matczynej miłości i sile rodziny w obliczu głębokiego kryzysu. W tle tych trudnych, osobistych losów usłyszymy także echa wielkiej historii. Pani Janina po raz kolejny udowadnia, jak ogromną determinacją potrafi wykazać się kobieta, aby ocalić swoich najbliższych.
Niestety, wielka szkoda, że nie ma choćby jeszcze jednej części pamiętnika. Aż chciałoby się poczytać, jak dalej potoczyły się losy pani Janiny. Ale uwaga – mamy dla Was niespodziankę! Postanowiliśmy napisać jeszcze jedną część podsumowującą. Przeprowadziliśmy własne śledztwo i nawiązaliśmy kontakt z rodziną autorki z Krakowa. Czego się dowiedzieliśmy? O tym napiszemy już w następnym odcinku zamykającym serię. Materiał dodatkowo zostanie wzbogacony o fotografie pani Janiny i jej rodziny. Tymczasem zapraszamy do przeczytania części 3. Życzymy miłej lektury,

JANINA PIECIUN
Pamiętnik z lat 1930-1981.
c.d.
Miałam wrażenie, że ktoś tam stoi. Czułam, że mi towarzyszy jakiś cień. W nocy nie mogłam spać, słyszałam, że ktoś puka do drzwi, do okna. Bałam się własnego cienia. Poszłam do neurologa. Stwierdził, że mam silną nerwicę lękową. Przepisał zastrzyki i coś na sen ale mnie dalej nic nie pomagało. Skierował mnie lekarz do sanatorium ale niestety nie mogłam skorzystać, nie miał kto się zaopiekować moimi dziećmi. Zresztą nie rozstałabym się z nimi nawet na dzień. Wiedziałam, że są takie malutkie, tyle potrzebują opieki i serca. Tylko ja mogłam im to zapewnić. Postanowiłam, że nie będę myśleć tak dużo o mężu, co on tam robi. Na pewno miał towarzystwo. Tak jak pisał, że zwiedza muzea, wszystkie zabytki, że poznał ciekawych ludzi. Powiedziałam koniec, jakby nie było, nic zmieni to mojej sytuacji. Ten drugi głos mi podpowiadał nie myśl o nim, dbaj o siebie i dzieci, więcej się uśmiechaj.
W tym czasie poznałam koleżankę, była kierowniczką w przedszkolu. Dwoje dzieci mi przyjęła na 4 godziny. Sama mnie często odwiedzała. Pewnego wieczora przyprowadziła mi psa Azorka, żeby było mi w nocy raźniej ale jak tylko zgasiłam światło, Azorek hyc do mnie do łóżka, spał jak zarżnięty. A oto wiadomość od męża, że wpadnie na kilka dni, które wyprosił, ponieważ nie otrzymywał ode mnie odpowiedzi. Nie wiedział co się ze mną dzieje. Dostał warunkowy 4 dni.
Na tę wiadomość serce mi zabiło mocniej, a sama poczułam jak by mnie ktoś na sto koni wsadził. Postanowiłam wymalować pokój. Piec mi dymił, ściany zadymione, trzeba odświeżyć. Kupiłam kredy i trochę farby. Była tylko w jednym kolorze pomarańczy. Wzięłam się do malowania, napracowałam się strasznie. Gdy wyschła ściana, była okropna. Znać było mazanie pędzla, żeby to zatuszować wziełam ekierkę, rozrobiłam trochę ciemniejszej farby. Cała ściana była pełna trójkątów. Właściwie to nic nie widziałam w tym pokoju, tylko trójkąty ale trudno, drugi raz zrobię lepiej.
Mąż przyjechał, dzieci go nie poznały. Bądż co bądź, to prawie rok obserwowałam męża, że było mu przykro postanowił wrócić. Prosił żebym mu w tym pomogła, a więc musiałam iść do lekarza, że jestem chora. Mąż napisał raport i dołączył zaświadczenie i wysłał do Warszawy do MON. Odpowiedzi żadnej nie było. Mąż ponowił z Leningradu i wysłał z Leningradu drugi raz, potem trzeci. Milczenie. W końcu zawiozłam dzieci do Łodzi i pojechałam sama do Warszawy. Poszłam do samego Generała. Było to przed pażdziernikiem.
Generał spytał w jakiej sprawie. Ja powiedziałam w skrócie, a Generał jak nie wrzaśnie na mnie. Oto my na katerge go wysłali. Był to wielki potężny chłop, rosły. Kazał mi wyjść i zaczekać w sekretariacie. Widziałam jak z teczką dokumentów wezwany został personalny. Po pół godzinie wezwano mnie do innego pokoju. Był to duży pokój, dywan mięki, olbrzymie biurko, 4 fotele. Na trzech fotelach siedziało trzech wojskowych. Jak się później dowiedziałam był to szef GZP, pułkownik Stypuła, sekretarz Major Machoń i Generał Melenas. A ten pusty fotel dla mnie. I tu mnie wzięto w krzyżowy ogień, a że jest drobnomieszczką, że chce mieć męża tylko dla siebie, że wyrządzam mężowi krzywdę. Najgorzej zdenerwował mnie płk. Stypuła. Powiedział: na pewno wam towarzyszko nie podobają bolszewiki i za wszelką cenę chcecie męża stamtąd wyciągnąć. A ja jak nie wrzasnę, żeby mi bramek podjazdowych nie urządzał, że to nie licuje, żeby taki poważny oficer wmawiał takie zarzuty, ponieważ znam dobrze bolszewików. Pan pułkownik nie dorasta im do pięt, tak powiedziałam. Zauważyłam, że Generałowi się to podobało. Wziął mnie w objęcia, zajrzał w dokumenty, spytał czy to zaświadczenie nie napisał lekarz znajomy. Odpowiedziałam przecząco. Tego samego dnia wysłano telefonogram do wojskowego szpitala o postawienie mnie na komisję lekarską. O dokładne przebadanie mnie i orzeczenie komisji, czy mi jest opieka męża potrzebna.
Było to dla mnie ciężkim przeżyciem. Nie wiedziałam czy mój mąż pózniej nie będzie tego żałował. Mąż mój wrócił. Warszawie powiedziano, że teraz ma miesiąc urlopu. Po urlopie będzie odwołany do rezerwy. Nie martwiliśmy się się tym mocno, choć na dnie serca była iskierka żalu, że trochę było to niesłuszne. Mąż kupił ubranie cywilne, ponieważ miał maturę. Umiał rysować. Zapisał się na kurs kreślarski. Po urlopie mąż zgłosił się do Warszawy w GZP. Po dłuższej rozmowie z Generałem został mąż skierowany do jednostki do Gniezna. Tu, w Gnieznie, mąż dostał pozwolenie na studiowanie. Wybrał historię. Wstąpił na uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przeprowadziłam się do Gniezna. Początkowo zamieszkaliśmy na osiedlu Grunwaldzkim w baraku, bo nie było mieszkania. W tym też czasie starał się mąż o zwolnienie do rezerwy ale nie chcieli o tym słyszeć.
Ja w tym czasie podjęłam pracę w Teatrze im. Aleksandra Fredry, początkowo jako bileterka. Pózniej dyrektor Aniszczenko zaproponował mi czy mogłabym się podjąć prowadzenia baru kawowego dla aktorów za pensję 700 zł + prowizja od kawy i herbaty. Zgodziłam się. Scenograf Józef Koliszan z telewizji poznańskiej zaprojektował barek. Stolarze teatralni wykończyli i zaczęłam pracować. Byłam swoją pracą bardzo przejęta. Chciałam żeby byli wszyscy zadowoleni. Jak ktoś chciał kawę szatana, dawałam szatana. Liczyłam 350 za normalną kawę. Herbatę pili wszyscy, przeważnie mocną. Naczynia pokupywałam ze swych pieniędzy. Rada zakładowa wystawiła mi czek w sklepie spożywczym 4000 zł. W tych pieniążkach mogłam zaopatrywać się w kawę, herbatę, cukier, papierosy i ciasteczka. Nie miałam czym się rządzić. Najgorzej było, że aktorzy mieli tylko pieniądze do 10 każdego miesiąca. Potem brali u mnie na zeszyt tak, że musiałam zakładać swoje pieniądze ale pierwszego wszyscy uczciwie zapłacili. Mogłam w sklepie zapłacić i nowy towar brać. Aktorzy prosili czy mogłabym mieć jajko, bułki, wędlinę, że często przychodzą bez śniadania na próby.
Było to dla mnie uciążliwe tym bardziej, że nie ma lodówki w bufecie. Aktorzy z radą zakładową załatwili i lodówka została zakupiona. Cały zespół aktorski łącznie z zespołem gospodarczym bardzo mnie lubili i ja ich wszystkich lubiłam. Zawsze uczciwie odnosili mi szklanki ze sceny. Któraś z aktorek zawsze pomogła. Gdy brakło kawy w sklepie, kupiły w Poznaniu, jak również cytryny. Dużo mieszkało w Poznaniu i dojeżdzało. Gdy była premiera, pędzili do mnie z kwiatkiem dla Naszej Kochanej Pani Janeczki, bo jej udział w naszej premierze jest duży. Kiedy próby przeciągały się do późna wieczór, prosili żebym została dłużej, żeby mogli wypić herbatę czy kawę. Nigdy im nie odmawiałam, choć w domu dzieci na mnie czekały. Ale sobie tak zorganizowałam, że miałam blisko. Mieszkałam na Chrobrego przy samym teatrze, także dzieci mogły do mnie przyjść między przerwami, gdy trwała próba lub przedstawienie. Zdążyłam pomóc dzieciom w lekcjach. Najstarsza córka Elżunia już coś niecoś pomogła, czy zakupić bułeczki, czy przy zmywaniu naczyń.
Mąż nareszcie został przeniesiony do rezerwy. Została mu jeszcze obrona pracy. Egzaminy zdał na bardzo dobrze. Czas nam leciał tak szybko. Nie zauważyliśmy, że już dzieci kończą podstawówkę. Trzeba myśleć o średniej. Mąż obronił pracę, uczy w szkole podstawowej. Ja dalej pracuję w moim teatrze. Bardzo lubię swoją pracę, tak dużo mi ta praca dała. Obejrzałam dużo przedstawień, poznałam dużo ciekawych ludzi. Kiedy były premiery prasowe, przyjeżdżali recenzenci. Byli zapraszani dyrektorzy innych teatrów, tak jak Marek Okopiński, prof. Hebanowski, prof. Feldman z Warszawy. Przeze mnie były przygotowywane małe przyjęcia w moim piekiełku, tak się nazywał nasz bar. Szalenie pokochałam tak jak własne rodzinne miasto. Wszędzie widziało się ten porządek. Ludzie grzeczni, nie mówiąc już o obsłudze w sklepach.
Tak jak już pisałam, odszedł nasz Dyrektor teatru Aniszczenko. Na jego miejsce przyszedł dyrektor Zieliński z Warszawy. Ale to już nie ten teatr. Dużo aktorów odeszło za Aniszczenko. Nie było już ambitnych sztuk, więcej było dobieranych pod publiczkę, choć społeczność Gniezna umiała ocenić dobrą sztukę od złej. Było coraz mniej widzów na widowni. Dzisiaj otrzymaliśmy, że mamy opuścić mieszkanie wojskowe. Dali nam propozycję Łódź lub Kraków, że możemy w ciągu roku dostać spółdzielcze mieszkanie. No cóż, wybraliśmy Kraków, a więc wyprowadzka.
Niedługo 2 córki zaczęły chodzić do Liceum Medycznego, syn do średniej. 12 lat mieszkaliśmy w Gnieznie. Czułam, że tu wrosłam z korzeniami. Nie wyobrażałam siebie gdzie indziej. Zaczełam się martwić, źle się poczułam. Nudności, ogarneła mnie apatia. Poszłam do lekarza o mało z krzesła nie spadłam, gdy dowiedziałam się, że jestem 2 miesiąc w ciąży. Po 18 latach zapomniałam już, jak się pielęgnuje dzieci, a tu jeszcze taki wstyd przed dziećmi. Chciałam usunąć, mąż mi przetłumaczył, że nam się przyda na starość, ale jak to wytłumaczyć dzieciom. Ale dzieci okazały się bardzo wyrozumiałe i przyjęły tę wiadomośc bardzo ciepło. Zaznaczam przy tym, żeby to była dziewczynka.
A więc, 1968 marzec, wyprowadzka do Krakowa. W teatrze nie chcieli słuchać o moim zwolnieniu, choć i mnie było bardzo ciężko rozstawać się z moją ulubioną pracą. Zrobili mi pożegnanie. Ostatnia zrobiona kawa, zrobiona gratis i moc kwiatów, które dostałam od aktorów i zespołu technicznego. Nie spałam całą noc, martwiłam się, jak się zaklimatyzuję w tym Krakowie. Nie mieliśmy żadnych oszczędności. Mąż zarabiał 2000 zł jako nauczyciel, a już wiecie ile, także z tego nic nie można było odłożyć. Spakowaliśmy swoje skromne rzeczy, 2 wersalki, sofę, 2 fotele, stół, 4 krzesła i bufet. Kuchnię oddaliśmy dozorczyni, bo tam, w nowym mieszkaniu była ciemna kuchnia. Kredens się by i tak nie zmieścił. Wzięliśmy naszego przyjaciela, kota Żuczka. Dowódca jednostki dawał nam duży wóz ciężarowy po starej znajomości. I tak wyruszyliśmy w nieznane. Ja byłam w 5 miesiącu ciąży. Najwięcej się martwiłam o dzieci. Inne dzieci, inne środowisko, nie wiadomo czy z programu nie odbiegają daleko. Wyjechaliśmy 12 w południe. Byliśmy w Krakowie o 12 w nocy. Niestety bramy były już pozamykane. Trzeba było czekać do rana. Na domiar złego, kierowca nie znał drogi, my też. Wjechał pod most. Most był niski, wszystkie meble nam się połamały. Także zostaliśmy na zero, bez mebli i pieniędzy, bo co mieliśmy, wpłaciliśmy na spółdzielcze mieszkanie.
Rano przyszedł administrator. Wpuścił nas do mieszkania. Wersalkę musieliśmy wyrzucić, była kompletnie połamana. Szczęście, że mieliśmy 2 połowę łóżeczka, bo nie było by na czym spać. Szafę pozbijał gwoździami, stół i krzesła. Ogarnęła mnie rozpacz. Zaczełam płakać, mąż mnie i dzieci pocieszali jak mogli. Nazajutrz mąż zgłosił się do wydziału oświaty. Nie było etatu wolnego, przyjął zastępstwo. Nadszedł 1 kwiecień. Mąż poszedł po wypłatę, nie dostał pieniędzy. Wydział nie posiadał żadnych funduszy, pieniędzy. Kazali przyjść za 2 tygodnie.
Rozpacz, nie mamy ani grosza, nie mamy co jeść. Pobiegłam do pośrednictwa pracy. Dostałam skierowanie. Personalna spojrzała na mój brzuch i powiedziała prosto z mostu żebym powiedziała prawdę czy jestem w ciąży. Powiedziałam prawdę, przeprosiła mnie, że nie mogą mnie przyjąć, bo już mają dużo takich na macierzyńskich urlopach. Wyszłam do WC i się rozpłakałam. Wytarłam oczy i pomyślałam o dzieciach. Muszę iść do pracy. Pobiegłam z powrotem do pośrednictwa, ale pani w okienku powiedziała, że może mnie dać do sezonowej pracy do hurtowni, do przebierani cytryn. Przyjęłam skwapliwie. Rano pobiegłam, wzięłam się do pracy. Kierownik powiedział, że to akordowa praca. Ile skrzynek przebierzemy, tyle zarobimy. Dźwigałam skrzynki, wysypywałam na stół żeby inni ludzie nie gadali, że ja w ciąży, że musi za mnie wysypywać, ale niektórzy przychodzili na 2 godziny, żeby nabrać cytryn i do domu.
Pamiętam pewnego staruszka, wyglądał po poczciwemu. Przychodził do pracy w pumpach, w niedługim czasie przekonałam się do czego mu służą pumpy. Przed fajrantem zawsze ładował w te pumpy cytryny, nawet gdy jadł śniadanie, nie tracił czasu. Wyjmował 2 termosy, wchodził za skrzynie i wyciskał sok do termosu z cytryn. Druga kobieta, która wybierała koło mnie, która wszystkich poganiała do szybkiego tempa pracy, studentki, robiła zawsze dużo szumu. Raz po raz ręka jej wędrowała pod spódnicę. Zaczęłam ją obserwować. Okazało się, że miała szeroką spódnicę, a pod nią wszytą torbę. W ten sposób przenosiła cytryny. Jeszcze inna młoda kobieta, lat około 28, ładnie ubrana, umalowana niby gwiazda filmowa. Ta się wcale nie kryła. Przychodziła do pracy na 2 godziny, zawsze z torbą felczerską. Zawsze najpierw napełniała torbę, później trochę poprzebierała i biegła niby na swoją etatową pracę. Chciałam ostrzec kierownika, nie wiedziałam jak to zrobić. Nadarzyła się okazja, kiedy wychodziłam do domu, kierownik zawołał mnie do kantorku. Prosił żebym nie dźwigała skrzyń, bo on jest przerażony. Nie chciał żeby mi się coś stało, że od jutra on sam wysypie za mnie kilka skrzyń i powie tym co ze mną pracują, żeby nie patrzyli krzywo.
Przy okazji spytałam ile mniej więcej ja tu zarobię. Powiedział że niewiele, ponieważ bardzo duży procent odchodzi cytryn, że nas obciążą przy wypłacie. Więc wiedziałam już, że pracuję na złodziei. Powiedziałam kierownikowi, wie pani podejrzewałem już że kradną, bo to niemożliwe, żeby było tyle ubytków. Stawiłam się nazajutrz do pracy. Nadszedł transport pomarańczy. Do pracy stawiło więcej ludzi, studentów, tak jakby się dowiedzieli, że przyszedł transport pomarańczy. Że ten dzień, to dzień w Eldorado. Zamiast przebierać, wszystko zabrało się do jedzenia. W końcu kierownik musiał pilnować, ale gdy wyszedł przyjmować transport dżemu, wtedy wszyscy zaczęli upychać gdzie kto mógł, do torebek, do wiatrówek, pytając jeden drugiego czy nie znać czy im coś nie sterczy. Gdy się zbliżał koniec pracy uprzątaliśmy stoły. Weszła kontrola, 2 kobiety i strażnik. Wszyscy pojęli w mig co się święci. Kazali wszystkim wyjść na środek. Wtedy wszyscy zbili się w jedną gromadę i zaczęli wyrzucać pomarańcze. Niby wszyscy stali nie ruszając się, a koło nóg było pełno pomarańczy. Turlały się koło nóg jak piłki. Na ostre zapytanie przez kontrolę, czyje one są, zaległa cisza. Nie złapali nikogo,ale też złodziejom nie udało się wynieść.
Na drugi dzień przyszłam do pracy. Przyszło mniej ludzi, przyszedł staruszek, gwiazda umalowana kobieta z torbą pod spódnicą, kilka studentów. Wziełyśmy się do pracy uprzednio podpisując listę obecności. Po godzinie pracy kierownik zarządził krótką przerwę i prosił żeby nie odchodzić od stołu. Podszedł do naszych toreb i po kolei pytał czyja ta torba, a czyja ta. Natrafił na torbę felczerską, a w niej pięknie poukładane cytrynki. Przyszła też kolej na staruszka. Wysypał mu z pump 2 kg cytryn. Najgorzej było z tą babką, co miała torbę pod spódnicą, bo jakże mężczyzna mógł zaglądać pod spódnicę kobiecie. Mogłaby go spoliczkować, ale kierownik odprawił z miejsca tych, co złapał i przy okazji kazał zabierać się tej, co ma torbę pod spódnicą. Żebym was więcej tu nie widział. Macie szczęście, że was na milicję nie dam, biegiem, juz was nie ma! Zostało nas 5 kobiet, ponieważ już było mniej trasportów z cytrynami. Zupełnie dawaliśmy sobie radę.
Byłam juz 7 miesiącu ciąży, był miesiąc lipiec. Mąż rozpoczął wakacje, oznajmił mi smutną nowinę, że za wakacje wydział oświaty mu nie zapłaci, ponieważ przeniósł się z Gniezna do Krakowa sam, nie służbowo. Zdenerwowałam się za co będziemy żyć, przecież nie miałeś przerwy w pracy, jak to możliwe. Ja za cały miesiąc w magazynie zarobiłam 405 zł bo były duże ubytki. Nie wiedziałam co mam począć. Rano wstałam, wyciągnełam swój gorset, zasznurowałam się. Nie mogłam aż oddychać. Udałam się do pośrednictwa pracy. Najlepiej by mi odpowiadała praca chałupnicza. Przy okazji dopilnowałabym dzieci w domu, ale to była długa droga. Najpierw podanie trzeba złożyć, ile mamy dzieci, ile mąż zarabia, ile wychodzi na członka rodziny. Ja bym już chciała pracować i zarabiać, bo nie mieliśmy z czego żyć. Często nie dojadaliśmy, napisałam podanie. Mąż podbił w księgowej zarobki i oddałam nazajutrz w pośrednictwie pracy. Kazano mi przyjść za tydzień, aż rozpatrzy komisja. Ten tydzień to dla mnie wieki. Mój mąż też nie próżnował. Poszedł do komitetu partii, powiedział o naszej sytuacji. Prosił żeby mu dano jakąś pracę na okres wakacji, przyjmie każdą. Odpowiedziano mu, że się tym nie zajmują. Mąż wrócił przygnębiony, a ja w tej rozpaczy i nerwach powiedziałam mężowi, że może gdybyś nie był komunistą, to byś poszedł do księdza, to może by ci pomógł. Wstyd mi o tym pisać. Jakże było nam ciężko, obce miasto, obce środowisko, nikogo znajomego. Czuliśmy się tu w Krakowie zagubieni, zdani tylko na siebie. Dziś dzieci poszły do Antykwariatu sprzedać książki i męża skrypty. Tylko to mogliśmy sprzedać, a nie jedliśmy już drugi dzień. Chodziliśmy wszędzie pieszo, bo szkoda było 1 złotówki, za złotówkę były juz 2 bułki. Wreszcie minął tydzień. Pobiegłam do pośrednictwa dowiedzieć się, że moje podanie rozpatrzono pozytywnie.
Ucieszyłam się, ale moja radość prysła, gdy pani mi powiedziała, że na razie nic nie mają dla mnie. Zaczęłam prosić, przedstawiłam swoją sytuację. Proszę pani, inne kobiety mają gorszą sytuację, nie mają mężów. Wychowują same dzieci, a pani ma męża i do tego nauczyciela, ma pracę. Tak, z punktu widzenia miała rację. Wracając do domu z obiecanym słowem znowu za tydzień może się coś znajdzie. Złożeczyłam po cichu na męża, dlaczego wybrał zawód nauczyciela. Przeklinałam wydział oświaty, że nie chce zapłacić mężowi za wakacje, w ogóle cały świat wydał mi się wstrętny, obrzydliwy. Jak często żałowałam swojego Gniezna, mojej pracy, w teatrze, po co ja tu się przyprowadziłam do tego Krakowa.
Po tygodniu zgłosiłam się znowu do pośrednictwa pracy. Zaproponowano mi szycie bagażników 2 zł od sztuki, że nic innego nie ma. Wziełam choć, z góry wiedziałam, że moja maszyna tego nie przeszyje ale spróbuję. Przyszłam do domu, siadłam, co kawałek pojechałam, to igła trach. Nic z tego, odniosłam, podziękowałam. Mój mąż na drugi dzień poszedł do rozładunku wagonów, wypłacali za każdy rozładowany wagon, codziennie to by nas poratowało. Mąż wrócił wieczorem. Przyniósł mi 150 zł, rozładowali w dwóch wagon cegieł i zarobili po 150 zł. Pobiegłam do sklepu, kupiłam chleb, 1/2 kg smalcu, co najtaniej żeby nam na dłużej starczyło.
Na drugi dzień mężowi trafiło się gorzej. Były do rozładowania płyty żelbetonowe. Przyszedł wykończony, ręce poobcierane, nie mógł nawet jeść. Nie pozwoliłam mu iść nazajutrz. Mąż poszedł do Kuratorium do wizytatora do spraw kolonii. Opowiedział w jakiej jest sytuacji ten człowiek. Bardzo nam pomógł, zangażował męża na wychowawcę, a mnie jako magazynierkę. Nie wiedziałam na czym ta praca polega. Wyjaśnił mi, że mam wydać z magazynu intendentowi, zważyć, zapisać do raportu. Dał mi proporcje ile przysługuje na dziecko w razie gdybym nie dała rady. Mogę w każdej chwili odejść i zostać na kolonii. Przy okazji poprosiłam czy moglibyśmy zabrać dzieci na kolonię. Wyraził zgodę, kazał wypełnić karty, zapłacić po 200 zł. Jakże mu byliśmy wdzięczni, przynajmniej nie będziemy głodować w magazynie. Dałam sobie świetnie radę. Przepracowaliśmy 2 turnusy. Mieliśmy 4 pensje, w tym też czasie mąż dostał etat do X liceum i awans na wizytatora do spraw przysposobienia obronnego. A więc nasza przyszłość już się zarysowywała.
Wróciliśmy z kolonii, mąż do pracy, a ja prosto do szpitala. Czułam się bardzo osłabiona. Lekarz stwierdził brak tętna u dziecka. Leżałam pod tlenem i brałam zastrzyki wzmacniające. Po tygodniu wróciło tętno, a ja do domu. Dzieci chodziły do szkoły średniej w pażdzierniku. Urodziła nam się córka, czwarte dziecko po 18 latach. Dziecko wróciło po 7 dniach do domu, a ja znowu do szpitala. Przyczyna krwotoki i zakrzep w nodze. Mąż i córki Beatkę kąpali i karmili na zmianę, a ja się w szpitalu zamartwiałam, jak oni dają sobie radę ale dali sobie świetnie radę przy tym nie opuszczając ani jednego dnia w pracy ani w szkole dzieci. W tej chwili Beatka ma 14 lat. Jest bardzo zdolną uczennicą. Przynosi świadectwa z paskiem, choć o starszych dzieciach też złego nic niemogę powiedzieć.
Cała trójka starszych ukończyła studia pedagogiczne i poszła w ślady męża. Wszyscy są nauczycielami. Syn Janusz, matematyk, 2 córki nauczanie początkowe. Jestem dumna z moich dzieci, zawsze starałam im wpajać, to co najlepsze, a więc uczciwie spełniona praca i uczciwość i sprawiedliwe ocenianie swoich uczniów. Kiedy inni nauczyciele strajkowali wciągając w to dzieci, moje dzieci prowadziły zajęcia. Moja rodzina do Solidarności nie wstąpiła, my uważamy, żeby być człowiekiem, nie musi się do czegoś należeć. Choć przyznam się szczerze, że sierpień był bardzo potrzebny, ale cóż solidarność nie wybrała właściwej drogi. Dziś piszę tę krótką refleksję. W stanie wojennym musiało tak być, nie wolno nam stracić tej reszty, którą wielkim trudem wypracowaliśmy, a my kobiety jesteśmy już tym wszystkim bardzo zmęczone. Może teraz wreszcie jakiś porządek będzie w kraju. Dźwignęliśmy Polskę po wojnie z ruin i teraz też damy radę, wszyscy chcemy odnowy i dlatego musimy zaufać Generałowi Jaruzelskiemu i ratować własny dom. Posłużę się znanym przysłowiem “zły to ptak, co kala własne gniazdo”. Najwięcej smuci mnie to, że nasza młodzież jest tak zatruta jadem, przez kogo wychowana, jacy są ich rodzice. Daje się często zauważyć, że są to rodzice dobrze sytuowani, na stanowiskach, lecz o niskich moralach.
P.S. tą krótką refleksją kończę moje zmagania życiowe, równocześnie proszę o wybaczenie za błędy i interpunkcję wypowiedzianą jednym tchem.
Helena
JANINA PIECIUN
Koniec cz. 3. ostaniej.
Artykuł podsumowujący w przygotowaniu.

CZYTAJ CZĘŚĆ 1. WSPOMNIEŃ:
Wojna oczami dziecka. Wspomnienia z pamiętnika pani Janiny Pieciun (Część 1.)







Odpowiedź: Koniec wojny, początek tułaczki, trudne wchodzenie w dorosłość. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 2.) - Na Fali Czasu
Odpowiedź: Pamiętnik pisany życiem. Niezwykłe losy p. Janiny Pieciun i tajemnica rękopisu (Część 4.) - Na Fali Czasu