Koniec wojny, początek tułaczki, trudne wchodzenie w dorosłość. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 2.)

Łukasz OrłowskiReportaż3 sierpnia, 2026274 Wyświetleń

Fragment strony pamiętnika na tle starej mapy topograficznej z lat 40. XX wieku. Na mapie znajdują się miejscowości związane z pamiętnikiem p. Janiny Pieciun (Przeczów, Połaniec, Winnica). W prawym dolnym rogu umieszczono archiwalną fotografię przedstawiającą budynek starego kościoła i szkoły w Przeczowie z 1943 roku (źródło: Łubnice z historią).

Ucieczka pod ostrzałem, kwaterujący w domach radzieccy żołnierze i zrujnowana Łódź, do której autorka wraca po latach tułaczki. Poznaj poruszający, bardzo osobisty obraz życia w powojennej Polsce. Historię macierzyństwa, ciągłych przeprowadzek, ale przede wszystkim ogromnej, kobiecej siły przetrwania.

drugiej części wspomnień pani Janiny kończy się dzieciństwo. Wkraczamy w brutalną, ale i pełną nadziei dorosłość. Autorka opisuje swoją dramatyczną ucieczkę przed Niemcami oraz nadejście upragnionego wyzwolenia. W jej relacji odnajdziemy również odniesienia do Przeczowa, Połańca czy Winnicy. To jednak nie koniec życiowych trudności.

Powojenna rzeczywistość zmusza ją do bardzo szybkiego dojrzewania. Poznajemy jej losy jako pracownicy szwalni, a potem młodej żony żołnierza. Pani Janina musi samotnie mierzyć się z trudami macierzyństwa, częstymi przeprowadzkami i ciągłym brakiem pieniędzy. Jej zapiski to poruszające, bardzo osobiste świadectwo życia w powojennej Polsce. Życia pełnego wyrzeczeń, ale też ogromnej, kobiecej siły przetrwania.

JANINA PIECIUN
Pamiętnik z lat 1930-1981.
c.d.

Zbliżał się rok 1944. Można było zauważyć wśród niemców jakiś niepokój. Ucieczka coraz więcej dojrzewała we mnie, co dzień o niej myślałam, jak to zrobić żeby mnie nie zauważył wartownik, żeby się udało. Gdy tak rozmyślałam przy każdej pracy, postanowiłam, że to już jutro raniutko, kiedy będą wszyscy spać wezmę krowy, zagonię nad rzekę, a stamtąd szybko do Mamy. A Mama gdzieś mnie ukryje.

Zaczęłam obierać ziemniaki na śniadanie, wydoiłam krowy, pozmywałam garnki, gdy raptem rozległy się strzały. Podbiegłam do okna, zobaczyłam naszych partyzantów jak obstawili wartownię. A miałam dobre pole obserwacji, bo jak już pisałam ten dom sąsiadował z wartownią. Patrzyłam przez okno i serce mi rosło z radości jak szwaby uciekali i kryli się w polach. Ta akcja trwała może 25 minut. Nasi partyzanci powynosili z wartowni broń, radiostację, co się tylko dało, konie. Kilku niemców zostało zabitych. Nasi załadowali szybko broń zdobyczną na furmankę i do lasu. Niemcy powyłazili z dziur wykrzykując polak banditen. Ja w tym czasie schowałam się na strych, żeby im nie pokazywać na oczy.

Nie upłynęła godzina, gdy przyjechała ciężarówka SS uzbrojonych po zęby i z psami zaczęły się represje. Złapali 2 mężczyzn i zaczęli ich torturować. Bili strasznie i krzyczeli żeby wskazali gdzie są partyzanci, jak powiedzą to ich puszczą wolno. Jeden z nich odpowiedział, że o żadnych partyzantach nic nie wie, a w lesie zbierał tylko drzewo i znowu tylko razy i jęki. Dla mnie zdawało się, że to trwa wieki. Gdy rano spojrzałam na ganek wartowni, omal nie zemdlałam. Byli tak zmasakrowani, jakżeż mi było przykro i ciężko, że niemogę nic pomóc tym ludziom, nawet wody podać.

Za jakiś czas podjechała ciężarówka. Niemcy wrzucili ciała zmasakrowane i odjechali. Nigdy się nie dowiedziałam skąd byli ci ludzie, może byli czyimiś synami lub mieli rodziny. Dzieci, które już ich więcej nie zobaczą. Tej nocy niemcy spalili miasteczko Osiek. Łuny pożaru było widać u nas.

Ucieczka.

Tak jak planowałam, już nie zwlekając ani dnia dłużej, wstałam rano o świcie, napaliłam w kuchni, nastawiłam ziemniaki, krowy odwiązałam i pognałam nad rzekę. Najgorzej, że pies szedł za mną, nie chciał wrócić jedyny przyjaciel, który nigdy nie odstępował ode mnie. Dawałam mu jeść, przywiązał się do mnie, ale w tej chwili bardzo było mi nie na rękę, że idzie za mną. Kiedy doszłam już z krowami do rzeki, zostawiłam krowy i do lasu miałam 1 kilometr. Puściłam się biegiem. 3 kilometry pędziłam, myślałam że mi serce wyskoczy. Dobiegłam do Wsi Ruszcza, potem do wsi Rybitwy i znowu do lasu do leśniczówki i do Mamy.

Mamo niemcy chcą mnie zabrać ze sobą do niemiec. Uciekłam musimy się gdzieś ukryć. Mama długo nie czekała. Wzieła grubą chustę, drzwi zamkła na kłódkę. Uciekliśmy w pola, na dworskie pola, przeprawiliśmy się przez rzekę, potem bagna, po których my tylko umieliśmy chodzić i tam w sitowiu siedzieliśmy 2 dni. Było bardzo zimno i wilgotno.

W końcu Mama poszła do wsi, co się dzieje. Okazało się, że nasz dom podpalili jeszcze w tym samym dniu. Niemcy uciekli do niemiec zabierając wszystkie dzieci polskie nawet Stasię, która mnie uprzedziła żebym uciekała. Sama nie zdążyła. Przyjeła nas do mieszkania sąsiadka. Nie mieliśmy się gdzie schronić. W jednej izbie było nas siedmioro. Wojna jeszcze trwała.

Coraz bliżej było słychać detonacje dział, coraz więcej młodych chłopców wstępowało w szeregi i do batalionów chłopskich. Wieczorami śpiewając piosenkę pt. “Przed samym zmierzchem wychodziliśmy w pole by robotę wykonać na fest, aby niemców rozbroić i chłopaków dozbroić i zasłużyć na chwałę i cześć” itd. Chłopcy maszerowali żeby wykonać swoje zadanie choć nierówna w walce ale nikt o sobie nie myślał. Liczył się każdy karabin, każdy człowiek, tym bardziej, że Armia Czerwona była już za Wisłą.

Wyzwolenie.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że czołgi juz jadą z Połańca do nas, wszyscy biegli witać. Radość była wielka. Zrywaliśmy kwiaty, rzucaliśmy, chłopi miejscowi witali bimbrem. Ja ze wzruszenia się popłakałam, że mnie już nic nie grozi ale na wyzwolenie Łodzi musieliśmy jeszcze długo czekać żeby wrócić do swego domu. Front niemiecki stawiał mocny opór. 8 miesięcy trwała ofensywa.

Drogi fatalne, same piachy z żywnością było najgorzej. Kto co mógł to oddawał dla żołnierzy radzieckich, zboże, ziemniaki. Mama moja wychowała świnkę, oddała bo i tak nie moglibyśmy ją zjeść. Była bardzo do nas przywiązana. Kiedy szliśmy do lasu po gałązki, ona szła z nami. Gdy się schowaliśmy za drzewo to tak nas szukała i piszczała, aż znalazła. Żal nam jej było bardzo. Mama się popłakała ale co robić, głód, trzeba było ją poświęcić.

W każdym domu kwaterowali oficerowie, ponieważ u sąsiadki było ciasno, w kuchni zakwaterował lekarz radziecki. Ponieważ moje nogi były w strasznym stanie, wrzody się paprały i były bardzo głębokie, tak że chodzić nie mogłam, leżałam. I ten lekarz wyleczył mi nogi. Dziś zostały jeszcze blizny.

Dziś z rozkazu dowódcy frontu cała ludność cywilna miała być wysiedlona za Wisłę. Front się cofnął, a więc jeszcze jedno wysiedlenie. Przeprawiali nas galarami za Wisłę. Zamieszkaliśmy we wsi Winnica u gospodarza w stodole. Była juz późna jesień. Było nam bardzo zimno i do tego nie było co jeść, więc pomagaliśmy niektórym gospodarzom przy młóceniu zboża za wyżywienie.

Ponieważ wszystko nam się spaliło nie mieliśmy co włożyć na siebie. Sanitariuszka Tania podarowała mi swój stary mundur, spódnicę, bluzę i buty. Tylko trochę miałam kłopot, bo jak mnie spotkał jakiś oficer radziecki, kazał się legitymować z jakiej jestem jednostki, dlaczego nie salutuję. Raz nawet przesiedziałam z tego powodu cały dzień w areszcie i tak mnie zaprowadził żołnierz do komendanta. Tłumaczyłam jak się dało, trochę po polsku, trochę po rusku, że dostałam ten mundur ponieważ nie miałam co nałożyć na siebie. Roześmiał się, a żołnierza obrugał, że takiego dezertera trzymał w areszcie cały dzień.

Skoro komendant okazał się fajny, nabrałam śmiałości i zaczęłam go prosić, skoro juz mam mundur czy mogłabym wstąpić do jednostki, że oprócz strzelania wszystko umiem robić. Spytał ile mam lat, powiedziałam prawdę 14 lat. Wygonił mnie, to ja na drugi dzień znowu przyszłam i proszę, że może jednak na coś się przydam. Pomyślał i kazał mi się zgłosić do mjr. Suchorowskiego, ale pod warunkiem, że w dzień będę pracowała na lotnisku wojskowym, a na noc spać do domu. Powiedziałam bolszoje spasiba i zaczęłam w ten sam dzień pracę.

Moja praca przedstawiała się tak. Dostałam łopatę i równałam dołki. Kiedy samoloty leciały na zadanie, trzeba było równać teren żeby znowu bezpiecznie mogły lądować, to zakrywało się gałęziami zielonymi przed nalotem niemieckim. Pracowałam z kilkoma starszymi żołnierzami, którzy na podeszły wiek mogli tylko służyć na tyłach. Byli to bardzo ofiarni i pracowici ludzie. Uczyłam się od nich mówić po rosyjsku i śpiewać.

Raz kiedy się tak jak zwykle szykowałam do domu, swoją broń – łopatę poszłam zanieść do magazynu. Zawołał mnie starszyna do kuchni i powiedział że z rozkazu Komendanta, wręczył mi paczkę 3 kg smalcu. Nie chciałam przyjąć ale nie było mowy. Powiedział, że on dostał rozkaz, podziękowałam. Mama się bardzo ucieszyła z tego prezentu. Znali naszą sytuację ciężką. Byłam dla nich Winką, ponieważ miałam na imię Janina. Pokazywali mi swoje zdjęcia, swoich dzieci, żon. Byli pełni optymizmu, że niedługo wojna się skończy i wkrótce swoje rodziny zobaczą, ale los był inny. Dużo z nich zginęło, zostali na polskiej ziemi.

Front ruszył.

Został przerwany front niemiecki. Katiusze zrobiły swoje. Musiałam się pożegnać, choć bardzo chciałam iść z nimi, musiałam zostać. Mjr Suchorowski obiecał napisać do nas jak tylko będzie Łódź wolna i dotrzymał słowa. Napisał kilka razy, że żyją i walą niemców, a po wojnie zapraszał mnie do Leningradu, do swojego domu w gości, żebym poznała jego piękne miasto, ładną żonę i dzieci. Żona jego była nauczycielką, też była na froncie. Dzieci u babci. Kiedy odwiedził juz nas w Łodzi, był w polskim mundurze jechał z jednostką polskich żołnierzy do Bieszczad na likwidację bandy ukraińskiej. Niestety zginął, rozerwał go granat Banderowski.

Powrót po pięcioletniej tułaczce.

Do Łodzi wróciliśmy trochę pieszo, trochę furmanką, czym się dało. Nareszcie jesteśmy u siebie. Zajechaliśmy na Bałuty tramwajem ale niestety z naszego domu drewnianego ani śladu. Tylko została na środku podwórka studnia, pełno szmat, gruzu, tu było getto. Pojechaliśmy do centrum na ul. Lipową, tu mieszkały nasze kuzynki. Mieszkanie puste, dozorczyni powiedziała, że zginęły na okopach. Mama nie chciała zajmować ich mieszkania, bo by stale o nich myślała. Dozorczyni wskazała nam w podwórku w oficynie pokój i tu zamieszkaliśmy. Jedna sąsiadka podarowała stół, krzesła, druga 2 łóżka i było dobre.

Nazajutrz pobiegłam do pośrednictwa i zgłosiłam się do wojskowej szwalni, choć nie umiałam szyć, nauczyłam się bardzo szybko. Mundury bardzo potrzebne. Pracowaliśmy na akord. Mama zaczęła chorować, pierwsze objawy nowotwora żołądka ale poszła do pracy do szkoły gotować dzieciom obiady. Długo nie pożyła, zmarła. Brat wrócił z armii Andersa, siostra z niemiec. Zaczeliśmy wszyscy pracować. Siostra zaczęła się uczyć, a ja jak zwykle pisałam wyobraźnią to co pisaliśmy u niemców za krowami zapamiętałam.

W tym czasie poznałam swego męża repatrianta z Wilna. Choć często kłóciliśmy się z sobą, jednak pobraliśmy się. Ślub był bardzo skromny. Buty z brązowych przemalowałam na biało, suknię pożyczyłam, wiązankę sama sobie zrobiłam. Mąż mój nie bardzo chciał ślubu kościelnego, ale ja o tym myśleć nie chciałam. Dziś jest inaczej. Mąż mój pracował na poczcie i robił maturę.

1950 urodziła nam się córka Elżbieta. Mąż wstąpił na oficerską szkołę polityczną. Po roku dostał promocję porucznika i przeniesienie do Braniewa. 51 r. urodziła nam się druga córka Krystyna i drugie przeniesienie do Elbląga. 52 r. urodził się nam syn Janusz, trzecie przeniesienie do Torunia. Aż Torunia do Gniezna, po każdym takim przeniesieniu płakałam. Bardzo zżywałam się z mieszkaniem, z ludźmi wszędzie, jakbym za sobą szmat życia zostawiała. Mąż mój skończył studia historię na Uniwersytecie Poznańskim. Zwolnił się z wojska, ja miałam dość tułaczego życia. Przenieśliśmy się do Krakowa.

W Krakowie mieszkamy 12 lat. Po 18 latach urodziła nam się znowu córka Beatka, kochane dziecko i bardzo potrzebne, choć nieplanowane. Bałam się i wstydziłam swoich dzieci, ale moje dzieci przyjęły to z radością. Tylko najgorzej, że nie miałam czasu na ukończenie choć szkoły podstawowej. Wstyd mi o tym pisać ale naprawdę nie było czasu, choć na naukę czas powinien się znależć.

Wychowałam swoje dzieci sama bez pomocy babć, gdy jedno szło do przedszkola, szłam do pracy, gdy rodziło się drugie, to się zwalniałam. I znowu do trzech lat chowałam i znowu szłam do pracy itd. Dlatego nie wypracowałam sobie renty ale najważniejsze, że mój mąż skończył studia. Jest cenionym nauczycielem. Cała moja trójka dzieci poszła w ślady ojca. 2 córki nauczycielki początkowe nauczanie, syn matematyk. Beatka jest w 6 klasie. 2 dzieci jest na swoim. Mam dwoje wnucząt. Dziś rozmyślam nad sobą dlaczego nie wypracowałam sobie renty, choć tyle w życie się napracowałam. Ale mój mąż mnie pociesza w ten smutny sposób, że on umrze pierwszy, że będę miała po nim.

W zeszłym roku odwiedziłam te strony, w których tak wiele przeżyłam. Po Leśniczówce na tym miejscu, gdzie stała, rosną choinki. Pojechałam z córkami i mężem do wsi Przeczów, dawnej niemieckiej. Nie mogłam poznać, że to ta sama, jakby tu nigdy nic się nie działo. Ta sama szkoła – wartownia tylko już zniszczona, ale w budowie jest nowa szkoła. Niektórzy polscy osiedleńcy wybudowali nowe domy. Pełno w ogródkach kwiatów, dzieci bawią się, robią babki. Parę chwil zadumy, wróciły przed oczy tamte okupacyjne czasy.

Spojrzałam na trzecie zabudowanie od szkoły, chyba to ten dom. Tak tam był Zenek, w tym z lewej budynek u Millera. Stasia i Genia u Fornertów, gdzie oni teraz są czy wogóle żyją. Córka wyrwała mnie z zadumy. Mamo! Tu taki ładny las. Chodźmy na grzyby, ale ja nie mogłam. Chciałam jak najprędzej wrócić do domu. Wszystko stawało przed oczyma jak zły sen, z którego chcemy się jak najszybciej zbudzić.

Mieszkam w Krakowie juz 12 lat. Jakoś trudno mi się przyzwyczaić. Ludzie zupełnie inni. Jak w Poznańskim zżyłam sie bardzo z Gnieznem. Ponieważ pracowałam w Teatrze im. Fredry, poznałam masę wspaniałych ludzi. Obejrzałam masę sztuk i przedstawień, prowadziłam bar kawowy. Pracowałam za dyrekcji Aniszczenki później Zielińskiego. Dyr. Aniszczenko to był bardzo dobry człowiek. Nikomu krzywdy nie pozwolił zrobić, dbał o każdego pracownika ale wódka go zgubiła. Raz na premierze przyjechali zaproszeni gości, krytycy z Komitetu Partii, a nasz dyrektor sobie wypił i zaczoł skakać na jednej nodze w holu teatru i pokazywać na sekretarza K.M. że przyszli manekiny. Chciałam zamknąć go w gabinecie żeby sobie nie zaszkodził, ale wyrwał mi się. Rano dostał juz wymówienie na piśmie. Żegnaliśmy go wszyscy serdecznie. Techniczni aktorzy żałowali go bardzo.

Wrócę jeszcze do powojennych czasów do mojej pracy w wojskowej szwalni, w której przepracowałam 4 lata. Pracowałam bardzo żarliwie. Mundury były bardzo potrzebne. Pracowałam na akord. Jako młodociana mogłam pracować 6 godz. dziennie ale wiedziałam co to znaczy mieć pracę. Porównywałam jak moja Mama musiała się męczyć żeby dostać choć sprzątanie przed wojną i dlatego pierwsza siadałam przy maszynie, a ostatnia wstawałam żeby jak najwięcej uszyć. Praca była taśmowa. Ja szyłam rękawy do mundurów. Najczęściej się szyło płaszcze i zimowe mundury i to wszystko na nożnych maszynach. Ale zapał do pracy u nas był tak duży, że nie czuliśmy zmęczenia, a o szkole nawet myśleć nie chciałam, choć bardzo pragnęłam się uczyć. Odkładałam naukę na później, tłumaczyłam sobie jak urządzimy trochę mieszkanie i ubierzemy się, bo nie mieliśmy nic. A Mama coraz więcej chorowała.

W tym tez czasie wstąpiłam do S.P. doszła jeszcze praca społeczna. Nie czułam zmęczenia, tylko ogólne zadowolenie, że pracujemy dla siebie i Polski, która istnieje. A tak mało brakowało, żeby z mapy zginęła. W pracy się tak wyrobiłam, że gdy tylko jakaś koleżanka poszła na chorobowe, zawsze majster na mnie liczył, zawsze zastąpiłam. Każdą sztukę tak uszyłam, że poprawiać nikt nie musi. Wkrótce wezwano mnie do dyrektora i zaproponowano mi awans. Zostałam brygadzistką, a więc szwaczki którym musiałam wydać wszystkie elementy do szycia, po skończeniu przeliczyć, sprawdzić. Do tego dochodziły jeszcze prasowaczki, brakarki. Byliśmy jak jedna rodzina, jedna drugiej starała się pomóc. W czasie pracy śpiewaliśmy różne piosenki zagłuszając warkot maszyn.

W tym też czasie poznałam swojego męża. Chodziliśmy bardzo krótko, 4 miesiące. Mąż wstąpił na szkołę oficerską widywaliśmy często co drugą niedzielę. Rok szybko zleciał, mąż dostał promocję na podporucznikia i skierowanie do Braniewa. Byłam w ciąży i w dużej rozterce. Żal mi było rozstać się z pracą, z moimi koleżankami, a i z mężem chciałam być, wreszcie i zamieszkać. Zwolniłam się i wyjechaliśmy. Nasz cały dobytek stanowiło łóżeczko trzcinowe i parę naczyń i mała walizka. Było nam bardzo ciężko zaczynać.

Mąż wypożyczył 2 łóżka i szafę z wojska, póki coś się nie kupi. Mieszkałam w bloku prawie sama. Reszta to oficerowie kawalerzy. Z mężem widywałam się tylko rano, jak wychodził do pracy. Wtedy w latach 50 tych nie było 8 godzinnego dnia pracy. Mąż często wracał do domu o 11 wieczorem. Ja juz przeważnie spałam zamknięta na wszystkie zamki, bo się bałam sama na cały blok. W marcu 1950 urodziła nam się córka Elżbieta. Miałam juz więcej pracy ale czułam się samotna.

Nadal mój mąż wysłany został na 1/2 roczny kurs do Elbląga. Byłam w tym czasie sama. Zaczełam wieczorami czytać książki, uczyć się pisać. Wykonywałam wszystkie prace tak jak rąbanie drzewa, naprawienie żelazka czy jak nawaliły korki, sama musiałam sobie radzić. Raz wziełam się do malowania pokoju. Ściany wyszły nieźle. Najgorzej wyszedł szlaczek krzywy, więc go wyrównałam ale za to zrobił strasznie gruby. Gdy wyszłam za okno wieczorem i zapaliłam światło żeby sprawdzić, nic nie było widać, tylko ten gruby szlaczek .

Ale na szczęście mąż dostał przeniesienie do Elbląga. Wyprowadziłam się, byłam znowu w ciąży. Były to nielekkie czasy, mięso na kartki. Po mleko dla dzieci musiałam chodzić 2 kilometry do gospodarza, bo w sklepie nie było. W czerwcu 1951 urodziła się nam druga córka Krystyna. Gdy miała rok postanowiłam iść do pracy. Pensje były bardzo niskie. Brakowało mi zawsze na życie. Znalazłam sobie 16 letnią dziewczynkę do pilnowania dzieci. Sama poszłam pracować jako ekspedientka do sklepu spożywczego. Po paru miesiącach musiałam z pracy zrezygnować. Dzieci były za małe żeby ich zostawiać na cały dzień z dziewczynką niedoświadczoną. Z drugiej strony może lepiej pieniędzy mniej ale przynajmiej dzieci mają mnie w domu i są zadbane.

Mąż wyjechał na 1/2 roku na poligon. Znowu sama i tym razem poznałam, że jestem w ciąży. Poszłam do lekarza. Lekarz potwierdził, rozpłakałam się. Lekarz powiedział, ze mój mąż powinien trochę uważać. Że jestem taka młoda a juz 3 dziecko. Czułam się strasznie zmęczona, o usunięciu nawet mowy nie było. Nie było w tym czasie dozwolone, a ja mając 21 lat byłam w tych sprawach ciemna, przez nikogo nie przygotowana, zdana na siebie.

1952 r . urodził się nam syn Janusz. Po tym porodzie bałam się żeby znowu, więc przeciągnełam łóżko do drugiego pokoju i dzieci i spałam sama. W tym czasie męża mojego wysłali na 4 lata do Związku Radzieckiego na Wyższy Instytut Pedagogiczny. Mąż wrócił z Warszawy, oznajmił mi tę nowinę, że juz za 2 tyg. wyjeżdża. Rozpłakałam się, 4 lata dzieci takie malutkie. Rodzinę miałam w Łodzi, a ja w Elblągu.

Po wyjeżdzie męża czułam się bardzo osamotniona. Patrzyłam z żalem jak inne żony spacerowały w niedzielę z mężami i dziećmi, a ja sama. Postanowiłam iść do pracy. Poszłam na ekspedientkę do sklepu. Poszukałam dziewczyny do pilnowania dzieci, ale po trzech miesiącach musiałam zrezygnować. Dziewczyna nie mogła sobie poradzić z dziećmi. Rzeczywiście tylko ja mogłam podołać tej pracy.

Wziełam znowu się żarliwie do pracy, prania pieluch, kąpania dzieci, prasowania, gotowania zupek. Najgorzej gdy dzieci chorowały. Całe zmartwienie spadało na mnie. Gdy przywieziono węgiel, 2 tony, sama musiałam znieść do piwnicy. Najgorzej gdy zachorowaliśmy wszyscy na grypę. Miałam 40 stopni gorączki, dzieci również. Leciała krew z nosa. Była to wstrętna grypa, a my żadnej opieki. Nie miał nawet kto nam podać herbaty.

Zaczął się we mnie rodzić bunt i żal dlaczego mój mąż zdecydował i wyjechał. Jedno mi kołatało w głowie, że na pewno nas nie kocha, że nie ma dla nas żadnego uczucia. Przestałam odpowiadać na męża listy. Zaczął dzwonić z Leningradu. Powiedziałam mężowi żeby nas zostawił w spokoju ale mój mąż wszystko przemyślał. Tak samo tęsknił za nami. Powiedział, że będzie się starał żeby go odwołali ze studiów ale to nie było łatwe.

Któregoś dnia wziełam dzieci i pojechałam do Łodzi do Mamy, ale i tu nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Po 2 tygodniach wróciłam do domu. Mieszkanie zastałam okradzione, znowu zmartwienie. Wieczorami zaczełam się czegoś bać. Bałam się wyjść nawet na przedpokój. Miałam wrażenie, że ktoś tam stoi. Czułam, że mi towarzyszy jakiś cień w nocy.

Koniec cz. 2.
Ciąg dalszy nastąpi.

CZYTAJ CZĘŚĆ 3. WSPOMNIEŃ:

Upragniony spokój, bolesna przeprowadzka, dramatyczna walka o byt. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 3.)

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...