
Za dwa dni znów usłyszymy ryk syren. 1 sierpnia to czas, gdy nasze myśli biegną ku walczącej Warszawie. Ale wojna to nie tylko żołnierze na barykadach. To także ciche ofiary, bezbronne, wysiedlone dzieci. Losy wielu z nich splotły się tragicznie z naszą okolicą.

rzesień 1939 roku zapowiadał się pięknie. Słońce grzało, a z okien łódzkich kamienic płynęła muzyka. Dziewięcioletnia Janina nie wiedziała jeszcze, że jej dzieciństwo właśnie dobiega końca. Zamiast powrotu do drugiej klasy, czekał ją koszmar.
Przedstawiamy Wam niezwykły pamiętnik autorstwa pani Janiny Pieciun (1929-2005). Jest to autentyczny i bardzo szczery zapis losów polskiej dziewczynki. Mimo że opowieść zaczyna się w Łodzi, to bardzo szybko przenosi się w nasze strony. Razem z małą Janką trafiamy w mroźny dzień do Staszowa, a chwilę później do Połańca, gdzie pod budynkiem gminy, na przerażone dzieci z transportu czekali lokalni patrioci.
Wśród nich był dobrze znany z naszych historycznych opowieści major, lekarz weterynarii Tadeusz Górka (1891-1943). Major Górka ratował odmrożone ręce małych zesłańców, zanim trafili do niewolniczej pracy u gospodarzy w pobliskim Przeczowie. Pasąc krowy u niemieckiego gospodarza, Janka spotyka towarzyszy niedoli. Wśród nich jest dwoje wysiedlonych dzieci z Warszawy. Pozbawione domów, tworzą na łące swoją małą, zastępczą „rodzinę”. Piszą patykiem po piasku, żeby nie zapomnieć szkoły. W ukryciu śpiewają partyzanckie piosenki, by dodać sobie otuchy, gdy dookoła szaleje terror.
Zapiski pani Janiny są bolesną relacją o przetrwaniu, samotności i brutalności okupanta. Relacją pełną napięcia z samego dna wojennego piekła. Nie ma tu wielkiej polityki, jest walka o przetrwanie każdego kolejnego dnia. Znajdziemy w nich również trudny zapis powojennych losów. Pani Janina dzieli się doświadczeniami z pracy oraz opisuje rodzinne zmagania.
Na pamiętnik udało się nam natrafić przypadkiem w zbiorach bibliotecznych Kórnickiej Biblioteki Cyfrowej. Dzięki uprzejmości pracownika tamtejszej biblioteki, p. Grzegorza Kubackiego (serdeczne podziękowania), otrzymaliśmy rękopis drogą elektroniczną. Życiorys dotyczący lat 1930-1981, składa się z 47 stron odręcznie napisanego listu. Wspomnienia znajdowały się w kopercie, na której pani Janina umieściła imię “Helena”. Jest to dosyć zagadkowe, spróbujemy to ustalić w naszym osobnym komentarzu po, opublikowaniu wszystkich części pamiętnika.
W pierwszej z trzech części udamy się z autorką w najtrudniejszą życiową podróż. Zobaczymy strach, głód i bolesne rozstanie z rodziną. Zapiski są surowe, prawdziwe i czyta się je z zapartym tchem. Zapraszamy do lektury.

JANINA PIECIUN
Pamiętnik z lat 1930-1981.
Rok 1939 wrzesień zdałam do drugiej klasy szkoły podstawowej ale nigdy do niej nie wróciłam wojna, nikt się nie spodziewał że coś takiego nad Polską zawiśnie tyle zgrozy.
Wrzesień był taki piękny słońce upalne, ludzie opieszale chodzący po ulicy, gdzieś z sąsiedniej kamienicy ktoś nastawił patefon i popłynęły melodie a wśród nich “tango Milonga”. Właśnie z Mamą i rodzeństwem wybieraliśmy się do Sierocińca do ciotecznego brata, był ode mnie młodszy o 2 lata. Sierociniec mieścił się w Łodzi na ul. Karolewskiej ja wówczas miałam 9 lat mieszkaliśmy w Łodzi na Bałutach przy ul. Zawiszy 45 w drewnianym budynku.
Nasza rodzina składała się z pięciu osób to znaczy Mama, 2 siostry, brat i ja najmłodsza Ojciec nas porzucił gdy miałam pół roku. Było Mamie bardzo ciężko na czwórkę małych dzieci na mieszkanie zapracować, imała się różnej pracy, sprzątania, prania po nocach, a mój brat cioteczny, który trafił do sierocińca został sierotą. Ciocia umarła na tak zwane suchoty ojciec poszedł w siną dal, w ten sposób Leszek znalazł się w sierocińcu.
Po takich odwiedzinach zawsze płakałam pytając Mamę kiedy zabierzemy Leszka, a Mama mówiła że już niedługo jak tylko znajdzie stałą pracę ale nie było nadziei. Mama była kobietą prostą, nie miała żadnego zawodu, ani pisać ani czytać. I. Właśnie dzisiaj w ten dzień upalny wrześniowy gdy wybieraliśmy się do Leszka w odwiedziny. Nie widzieliśmy, że to będzie ostatnia wizyta, że go już więcej nie zobaczymy. Leszek jak zawsze czepił się Mamy i prosił ze łzami zabierz mnie ciociu, a Mama ucałowała go i obiecała, że jak przyjdzie na następną wizytę to go zabierze tylko ja w to nie wierzyłam, bo wiedziałam jak u nas w domu było.
Jadaliśmy bardzo rzadko, gdy Mama wracała z posług zawsze co dostała do jedzenia nie zjadała i przynosiła żeby się znami podzielić a te grosze za pranie zaledwie starczyło na komorne i na jakiś najskromniejszy przyodziewek. Żeby tylko nago nie chodzić z opieki społecznej dostawaliśmy zupę z garkuchni, a do tego majątku, w którym mieszkaliśmy to 1 pokoik, który tylko zmieścił 2 łóżka, stół, szafę, piecyk do gotowania na czterech nóżkach, wyciągnięta rura. Zimą zawsze było cieplej, a latem to do nie wytrzymania a nocą gryzły pluskwy nie można było wytrzymać.
Wojna.
Kilka nalotów na Łódź i już niemcy są w mieście. Zaczęły się łapanki z takich jednych łapanek zostali złapani siostra i brat. Zostaliśmy my z bratem z Mamą i siostrą. Zaczął doskwierać głód. Mama umówiła się z sąsiadkami na wieś do kopania ziemniaków, żeby choć za to dostać ziemniaków na zimę ja miałam zostać z siostrą w domu w tym czasie.
Kiedy Mama się szykowała siostra wysłała mnie do sklepu z dzbanuszkiem po 15 dkg śmietany. Wracając ze sklepu co jakiś czas umoczyłam palec w śmietanie i oblizałam, gdy doszłam do domu w dzbanuszku niebyło już nic. Przestraszyłam się bardzo co zrobiłam, była to cała okrasa do zupy, a siostry się bardzo bałam, bo co miała w ręku to tym biła. Postanowiłam nie wracać do domu, zaczekać w bramie za drzwiami za Mamą i nieznacznie udać się na wykopki, i gdy Mama z sąsiadką zeszły na dół i znikły za bramą odczekałam 2 minuty żeby być niezauważoną i pobiegłam z tyłu.
Postanowiłam się ujawnić dopiero za cmentarzem żydowskim, żeby mnie Mama nie odesłała do domu. Gdy Mama weszła na cmentarz zaczęłam się szybciej zbliżać. Gdy weszłam w główną aleję ukazał się moim oczom straszny widok. W dwóch rzędach leżało pełno trupów kobiet i malutkich dzieci. Jak mi Mama później powiedziała uciekali za wojskiem i zginęli od przypadkowych kul.
Ten widok był dla mnie straszny poraz pierwszy zetknęłam się ze śmiercią. Zaczęłam krzyczeć i płakać Mama mnie dostrzegła i ręce załamała skąd się wzięłam. Dostało mi się jeszcze kilka klapsów, ale najważniejsze, że Mama zabrała mnie ze sobą szliśmy jeszcze kawał drogi wieś się nazywała Niecki.
Mama gospodarza przeprosiła za mnie. Gospodarz się ucieszył z tego, że będę pasła krowy. Rano dali mi 3 krowy pognałam na łąkę. Kazał pilnować żeby do buraków nie uchodziły, ale krowy wcale słuchać mnie nie chciały biłam rózgą w końcu zaczęłam płakać krówki kochane wyjdźcie stąd nic nie pomogło zupełnie mnie lekceważyły. Wiedziałam, że nie dam rady nie chciałam Mamie robić trudności przygnałam krowy, poprosiłam gospodarza żeby powiedział Mamie, że poszłam do domu.
Trzymałam się szosy doszłam do Brzezin. Po drodze napotykałam masę trupów koni, pozabijanych porozbijane samochody. Przeżyłam tą drogę strasznie, trafiłam do domu. Siostra zamiast mnie zbić ucieszyła się, że jestem w domu. Mama wreszcie wróciła pomieszkaliśmy jeszcze kilka miesięcy w Łodzi poszliśmy do sierocińca. Już Leszka tam nie było co zrobili niemcy z dziećmi nie mogliśmy się dowiedzieć.
Pewnej nocy pod koniec lutego 40 roku obudziło nas walenie do drzwi. Mama otworzyła niemcy! Z naszym dozorcą spytali Polacy? Mama odpowiedziała tak, pięć minut do ubrania i ustawić się na ulicy. Wpadliśmy w popłoch. Wyjrzeliśmy oknem. cała ulica ludzi stała na jezdni niemcy pokrzykując popędzając sznel sznel nas też wypchneli z mieszkania. Mama zdążyła złapać tylko pierzynę jakże się nam później przydała, wybiegliśmy kopani przez żandarmów ja w bamboszach, w koszuli ale w palcie pognano nas na ulicę Łąkową do tymczasowego lagru.
Tam przetrzymali przez 3 dni, kto miał biżuterię pieniądze niemcy zabrali. My oczywiście nie mieliśmy nic. Mama chciała mnie uratować kazała mi niepostrzeżenie czmychnąć przez bramę i uciekać do kuzynki, która mieszkała obok na Lipowej ale nie udało się. Dostałam od niemca kolbą w twarz poczułam tylko krew w ustach i resztki połamanego zęba. Na czwarty dzień pognali nas na dworzec fabryczny i tam załadowali nas w towarowe pociągi. Jechaliśmy stłoczeni przez 3 dni bez jedzenia i picia, a mróz bardzo duży. Wsród ludzi dorosłych było dużo małych dzieci niemowlaków z których większość niewytrzymała tej podróży, tak dowieźli nas do Staszowa.
Tam nas wyrzucono, podwody już polskie czekały które miały nas zawieść do celu w różne strony. W tym dniu była straszna zawieja mróz tak jak pisałam, ta pierzyna nas uratowała. Gdy znaleźliśmy się na furmance Mama nas okryła pierzyną, ona nas uratowała. Mama spytała gospodarza gdzie mu kazali nas zawieść powiedział, że do Połańca. Resztę nie wie nic. Dojechaliśmy do Połańca tam pod gminą czekali na nas polacy sekretarz gminy, jego żona, lekarz weterynarz Górka, których w 2 lata prawie na moich oczach rostrzelali niemcy, ale o nich opowiem później.
Rozgrzali nas kawą wszystkie dzieci z podwód zabrała żona sekretarza do swojego domu i tam nas rozgrzewała mieliśmy nogi i ręce odmrożone. Dr Górka pamiętam nacierał najpierw śnieg, potem naftą przyjechały następne podwody, które porozwoziły nas po różnych wsiach. Odzielili nas wszystkie dzieci od Matek niemcy miejscowość była to niemiecka wioska nazywała się Przeczów i tam mnie niemiec zaprowadził do swego domu. Pamiętam jak dziś jak mnie prowadził i jeszcze jedną dziewczynkę Stasię była 2 lata starsza ode mnie i było to wieczorem mróz płakałyśmy po cichutku cały czas myśląc o Mamie i siostrze co się z nimi stało.
Praca niewolnicza.
Jak się zorientowaliśmy w każdym domu niemieckim po 2 dzieci polskich, ja zostałam ze Stasią u tego samego niemca tylko jeszcze u tego niemca był polak duży chłopiec może miał ze 22 lata na imię mu było Franek. Podobno sam dobrowolnie się zgłosił do niemców do pracy później poznaliśmy go na własnej skórze. Moja praca zaczynała się od rano dostawałam kawał chleba, 4 krowy, 2 jałówki, 1 byczka i gnałam na pastwisko 2 kilometry o 12:00 z powrotem obiad, który składał się z kwaśnych klusek to były kluski gotowane z serwatką.
Po obiedzie kazano mi zbierać chwasty dla krów. 16:00 znów wyganiałam krowy, na wieczór obierałam kartofle na śniadanie i trzeba było rżnąć sieczkę z Frankiem. Oczywiście mnie zawsze gonił żebym kręciła koło, a on trzymał słomę, a jak wyrzucał obornik z obory to brał mnie do pomocy, a faktycznie stał podparty na widłach, a gonił mnie. Kiedyś powiedziałam, że nie mogę dźwignąć bo rzeczywiście konie i krowy ubiły nogami. Nie mogłam w żaden sposób dać rady, zaczął mnie bić ale w tym momencie weszła niemka i kazała mi dzieci popilnować.
Stasia pochodziła z Zamojszczyzny do jej obowiązków należało, krowy doić świnie oporządzać kury, pranie, sprzątanie, praca w polu. Ja pasłam krowy przeważnie 2 km od wioski nad rzeką Nidą były to łąki porosłe trawą psią i krzewa rzekę otaczał długi wał, tam były nasze spotkania wszystkich dzieci w które w taki sposób zostały zabrane przez niemców jak ja. Było 2 dzieci z Warszawy też wysiedlonych, 2 z Łodzi byłam tylko ja Zenek Zamojszczyzny i Genia było nas pięcioro tworzyliśmy 1 rodzinę. Jedno pośród nas miało dyżur uważało na krowy i czy któryś z niemców nie idzie sprawdzić co my robimy.
Reszta przygotowywała opał na ognisko, odchody krowie wysuszone dobrze się paliły, co dzień poddoiliśmy którąś z krów garnek mieliśmy w zaroślach to picie mleka nas ratowało ponieważ już rano o 6 wyganialiśmy krowy dostawaliśmy tylko pajdę chleba, i tak schodził nam dzień za dniem. Każdy tęsknił za swoim domem rodziną opowiadał każdy o swoich tragicznych losach, niektóre zaczęły dopiero chodzić do szkoły tak jak ja starały się żeby niezapomnieć tego co się nauczyłyśmy a pisanie odbywało się na piasku patykiem, liczenie kamyków.
Do najprzyjemniejszych należał śpiew śpiewaliśmy to co wszyscy umieli “rotę” “jasne słoneczko”. Zenek i Genia śpiewali piosenkę, której i my żeśmy się nauczyli a zaczynała się tak: Posłuchajcie jak polska ziemia jęczy. Hitler Zamojskie dzieci męczy, spalił dom i zabił Mamusię kiedyż pójdą precz te szwabskie rabusie, itd. te piosenki dodawały nam otuchy, bo niemcy nam stale powtarzali że Polski już niebędzie że jak będziemy się dobrze sprawować to się nam nic niestanie, że zabiorą nas do Niemiec, że będziemy niemcami.
Sprzedana za jałówkę.
Pewnego wieczora przyszedł jakiś niemiec i zaczęli o coś się sprzeczać z tym niemcem, podsłuchiwałam za drzwiami padło moje imię a mówili do mnie Jana, przestraszyłam się o co tu chodzi. Po jakimś czasie wyjaśniło się odkupił mnie za jałówkę i znowu wziął za łapę i zaprowadził mnie do swojego domu ten pierwszy niemiec co wziął nas z transportu nazywał się Miller. Drugi co odkupił mnie za jałówkę nazywał się Otto Sajb, tu się zaczęła moja gehenna.
Obaj niemcy mieli 5-cioro dzieci budynek, który łączył się razem oborą i stajnią, ja polka byłam u nich jedna, a więc sama musiałam wszystko robić. Krów już niepasłam potrzebna byłam do cięższej pracy. Krowy pasły się uwiązane na łące, a do tego dochodziło bicie jak coś niezrobiłam niemiec mnie kopał, gdzie popadło musiałam się nauczyć krowy doić, świniom jest dawać, sieczkę rżnąć, sprzątać, szorować podłogi, prać a nawet nauczyła mnie niemka chleb piec, a spanie było moje w oborze, najgorzej było latem jak trzeba było iść na pole i żniwa nie mogłam nadążyć za kosą a bałam się żeby zdążyć bo by znowu mnie zbił.
Więc wracałam strasznie zmęczona a tu jeszcze krowy doić, świniom jeść dać, pozmywać talerze, obrać ziemniaki na śniadanie, wstawałam o 4 rano kładłam się o 11 słaniałam się ze zmęczenia nogi i ręce miałam strasznie popękane na nogach. Zaczęły się otwierać wrzody zaczęłam coraz częściej myśleć o tym żeby jak najprędzej uciekać ale gdzie i do kogo. W tym czasie miałam 12 lat nie mogłam się z kontaktować z moim towarzyszami niedoli żeby się na radzić nie wolno nam było się oddalać.
Gdy tak rozmyślałam wysypując z garnka ziemniaki na miskę spojrzałam w okno zobaczyłam pod szopą pełno jakiś postaci z bronią wycelowaną w okno. Zamarłam nie mogłam dać kroku usłyszałam jakiś głos padnij dziecko nie bój się. Padłam pod stół w tym czasie posypały się strzały niemka wlazła z dziećmi pod stół a niemiec wziął pistolet poleciał do stajni i zaczął strzelać ale nasi z miejsca położyli go trupem. Weszli do izby strzelili w portret Hitlera podpalili swastykę zabrali konie ze stajni i kazali mi jak najszybciej uciekać. Spytałam dokąd, do Połańca do gminy, tam gdzieś doktor Górka ukryje sekretarz już wie o tym serce moje się radowało.
Jak wyjrzałam oknem jak naszym chłopcom zręcznie szło, cała wieś była przez nich obstawiona tu strzał, tam strzał konie szybko szwabom pozabierali i sio do lasu. Dopiero po odejściu naszej partyzantki nie upłynęło pół godziny przyjechała pełna ciężarówka żandarmów z psami. Teraz pomyślałam że już nie da mi się ujść ale niemcy udali się na poszukiwania partyzantów. A ja wzięłam sierp i płachtę pod pachę niby rżnąć sieczkę dla krów. Gdy dostałam się do rowu, rów prowadził prosto do lasu, przez las biegiem potem biegłam polami do Połańca. Bałam się iść drogą żeby się nienatknąć na niemców.
Nareszcie dobiegłam zadyszana do miasteczka zaczęłam normalnie iść. Zdziwiła mnie pustka na ulicach i jeszcze było jeszcze dobrze widno doszłam do mleczarni, a pod mleczarnią niemcy z psami z gotową od strzału bronią. Zamarłam serce podeszło pod same gardło ale wiedziałam że muszę iść naprzód ale gdzie iść teraz. Nie mogę iść do gminy ale szybko błysnęła myśl przy moście jest kościół i plebania. Koło rzeki pójdę na plebanie do księdza i odczekam.
Kiedy się tak zbliżałam do mostu, a szłam bardzo powoli tak przynajmniej mi się zdawało bo nogi dostałam jak z waty i zdawało mi się że w miejscu stoję tak się strasznie bałam żywej duszy tylko ja i niemcy czułam w każdej chwili padnie strzał w moje plecy. Kiedy dochodziłam już do mostu ku rzece jeszcze straszniejsze niemcy z gminy wyprowadzają z rękami nad głową sekretarza gminy, doktora Górkę i Panią Waleczównę, córkę kościelnego prowadzą i prosto pod most nad rzekę. Celowo zwolniłam kroku przestałam na chwilę się nawet bać, czułam doktora na sobie jego wzrok, czułam jak by jego oczy mówiły to nic nie bój się.
Kiedy zniknęli pod mostem, ja skręciłam do furtki plebanii i w tym czasie rozległy się strzały niewiem jak się znalazłam u księdza wiem że strasznie płakałam dostałam strasznych boleści żołądka ze strachu. Ksiądz mi dał kropli i powiedział że ktoś musiał ich wydać bo gdy przyjechali to prosto udali się do gminy i do domu Górki, nie było czasu ostrzec. Niech Bóg ma ich w swej opiece. Ktoś musiał wiedzieć że należeli do organizacji.
Kiedy niemcy odjechali z Połańca wieczorem postanowiłam udać się do Mamy. Wiem że zamieszkała w lesie we wsi Przychody w starej porzuconej leśniczówce kryjąc się runem leśnym. Z resztą dokąd miałam pójść nie widziałam Mamy długo nie zastanawiałam się, że robię największe głupstwo w życiu ale się kierowałam tęsknotą i miałam Mamie do powiedzenia tyle. Gdy tak zbliżałam się ścieżk do starej leśniczówki odwrotu juz niebyło. Dwóch żandarmów na koniach i najstarszy syn niemki rzucili się na mnie.
Nie wiem co się stało straciłam przytomność. Potem oblali mnie wodą i zaczeli bardzo bić i kopać. Mama zaczęła płakać, klękać na kolanach żeby ją lepiej zabili, a mnie zostawili, ale oni nie mieli zamiaru mnie zabijać, bo kto by u nich pracował. Rzucili mnie w poprzek na konia i z powrotem trafiłam do niemców tylko lepiej że juz ten zbój szwab nie żył ale dzielnie zastępował go syn najstarszy Willi. Ale ten miał mało czasu. Pracował w polu, a wieczorem szedł do swojej panny Miny. Żandarmi nie opuszczali wsi, wartowali obok w szkole najwyżej się wymieniali przyjechał samochód z nowymi. Stary samochód odjeżdżał ze starymi niemcy miejscowi żywili ich kolejno, to miała być ochrona dla miejscowych niemców przed naszymi partyzantami.
Moje życie u Niemki się trochę zmieniło jakby na trochę lepsze. Kazała mi spać w pokoju zamiast w stajni może dlatego że jej mąż po śmierci leżał w tym pokoju więc był nieużywany. Z początku bardzo się bałam spać zawsze nakrywałam kocem na głowę żeby nic nie widzieć, ale i tak miałam wrażenie że zaraz z ciągnie ze mnie koc i zacznie mnie bić, często zrywając się z łóżka krzyczałam Mama! Serce ogromnie waliło pozostało mi to do tej pory kiedy się czymś zdenerwuję krzyczę i wołam Mamo choć mam juz 51 lat, a Mama moja nie żyje od 15 lat lekarze stwierdzili u mnie nerwicę lękową.
Trochę się leczyłam miałam skierowanie do sanatorium ale żal mi było dzieci z mężem zostawiać samych staram się jak najmniej denerwować. Najstarsza córka odziedziczyła po mnie chorobę. Tak samo krzyczy po nocach, mąż lata z jednego pokoju do drugiego i nas uspakaja że nie ma nikogo. Przepraszam za dużo rozwodzę się o swej chorobie, chcę wrócić do poprzedniego tematu, bo wojna jeszcze trwa.
Dziś poszłam w pole przerywać buraki. Spotkałam Stasię, że czas uciekać armia czerwona jest juz blisko niemcy chcą z całym dobytkiem uciekać do niemiec i nas wszystkie dzieci polskie zabrać z sobą, jeszcze w ten sam wieczór moja niemka powiedziała że wyjeżdżamy do niemiec, że Polski nie będzie, że jak podrosnę to wydadzą mnie za mąż za niemca i będę niemką. Poczułam ogień na twarzy jakby mi ktoś ktoś dał w twarz ale nie mogłam odpowiedzieć nic zresztą niemka znalazła sobie już drugiego męża na wzór Hitlera z wąsikiem, zaczesaną grzywką na bok. Bez przerwy byli zajęci amorami skutkiem tego spadała na mnie cała praca domowa.
Prócz pracy w polu czułam, że już dłużej nie wytrzymam, gdy tak idąc ze stodoły z naręczem siana do obory zauważyłam że jeden żandarm jakby się na mnie zaczaił i zaczął za mną iść. Zaczęłam uciekać tak jak juz pisałam ze stajni było przejście do budynku chciałam jak najszybciej dopaść drzwi. Byłam pewna, że mnie chce zabić kiedy byłam już przy dzwiach on tuż za mną wciągnął mnie do wewnątrz obory w kąt, wykręcił mi ręce do tyłu, przycisnoł całym ciałem i zaczął odpinać spodnie zobaczyłam coś dla mnie przerażającego.
Zaczełam się szamotać krzyczeć i na całe szczęście wpadła niemka i wypłoszyła go, doznałam strasznego szoku nie wiem jak by to się dla mnie skończyło gdyby nie niemka, bałam się teraz bardzo czułam bez przerwy tego szwaba cień za sobą. Choć niemka mnie uspakajała, że on tego nie powtórzy, bo mu zagroziła że pójdzie do jego dowódcy na skargę.
Ale nie upłynęło kilka dni gdy niemka wyszła coś załatwić ja starałam się nie wychodzić z domu, ponieważ miałam jednego sprzymierzeńca, a był nim syn niemki. Był o rok młodszy ode mnie na imię miał Otto. On to zauważył że niemiec biegnie do domu wtedy Otto szybko do pokoju kazał mi się schować do szafy i zamknął mnie na klucz. Choć byłam zamknięta w szafie drżałam ze strachu jak liść na drzewie ale niemiec pokręcił się po mieszkaniu i poszedł sobie, gdy wróciła niemka. Otto matce opowiedział, że mnie szukał, niemka udała się na wartownie więcej juz tego niemca niewidziałam.
Koniec cz. 1.
Ciąg dalszy nastąpi.

CZYTAJ CZĘŚĆ 2. WSPOMNIEŃ:
Koniec wojny, początek tułaczki, trudne wchodzenie w dorosłość. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 2.)







Beata Pieciun-Fert
To wojenne losy mojej mamy
Łukasz Orłowski
Pani Beato, to dla nas ogromny zaszczyt, że trafiła Pani na naszą stronę i zostawiła swój komentarz. Wspomnienia Pani Mamy są niezwykle poruszającym świadectwem. Udało nam się już nawiązać pierwszy kontakt z Pani siostrą, panią Krystyną. Będziemy zaszczyceni, jeśli wyrażą Panie wspólnie zgodę na opublikowanie pozostałych dwóch części tego niezwykłego pamiętnika oraz ocaleniu tych wojennych i powojennych losów od zapomnienia. Jeśli byłaby Pani otwarta na krótki kontakt w wiadomości e-mailowej, bylibyśmy zaszczyceni. Mamy wiele pytań. Przesyłamy najserdeczniejsze pozdrowienia z Połańca.
Odpowiedź: Koniec wojny, początek tułaczki, trudne wchodzenie w dorosłość. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 2.) - Na Fali Czasu
Odpowiedź: Upragniony spokój, bolesna przeprowadzka, dramatyczna walka o byt. Wspomnienia z pamiętnika p. Janiny Pieciun (Część 3.) - Na Fali Czasu