
Kazimierz IV Jagiellończyk to postać, która w polskiej tradycji historycznej często pozostaje w cieniu swojego ojca, Władysława II Jagiełły (1351-1434). Zwycięzca spod Grunwaldu zdominował karty podręczników, mimo że jego młodszy syn panował równie długo, bo aż przez czterdzieści pięć lat. Czas rządów Kazimierza, przypadający na lata 1447-1492, to epoka niezwykłych sukcesów państwa polsko-litewskiego.
📌 W SKRÓCIE:


ładca pognębił zakon krzyżacki w długiej i wyczerpującej wojnie trzynastoletniej. Odbił Pomorze Gdańskie, przywracając Polsce cenny dostęp do Morza Bałtyckiego. Położył również solidne podwaliny pod ustrój rodzącej się powoli Rzeczpospolitej szlacheckiej.
Z perspektywy badaczy historii był to jednak czas wielkiego przełomu. Wszyscy eksperci są niemal całkowicie zgodni: Kazimierz Jagiellończyk był ostatnim królem Polski, o którym można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że sprawował władzę w sposób na wskroś średniowieczny.
Nie był to władca w nowoczesnym rozumieniu tego słowa. Nie zarządzał państwem zza biurka w pięknej, stołecznej rezydencji. Charakter jego władzy objawiał się przede wszystkim w jednej, niezwykle istotnej dziedzinie życia politycznego. Król większość swojego dorosłego życia spędził w siodle, w trzęsącym się powozie i w obozowym namiocie. System ten określa się mianem rządów objazdowych. Brak stałej, jednej siedziby wywierał potężny wpływ na funkcjonowanie całego, gigantycznego państwa. Oddziaływał również na losy mniejszych ośrodków miejskich, takich jak królewski Połaniec w ziemi sandomierskiej. Historia naszego nadwiślańskiego miasta w XV wieku splatała się nierozerwalnie z wielką polityką dynastyczną Jagiellonów, ich wiecznymi problemami finansowymi oraz ambicjami lokalnych rodów magnackich.
W dużych państwach średniowiecznej Europy absolutną normą były rządy objazdowe. Monarchowie, królowie, książęta, a nawet cesarze nie rezydowali na stałe w jednym wybranym miejscu. Koncepcja stolicy jako centralnego, stałego ośrodka administracyjnego, politycznego i kulturalnego, praktycznie wówczas nie istniała w dzisiejszym kształcie. Władcy więc nieustannie przenosili się z zamku do zamku, z dworu do dworu, z jednej prowincji do drugiej. Taki specyficzny system, nazywany z języka łacińskiego rex ambulans (król w podróży), wynikał z bardzo konkretnych i pragmatycznych powodów.
Średniowieczne państwa nie dysponowały rozwiniętym aparatem urzędniczym. Nie było szybkich systemów łączności ani zaufanej biurokracji, która mogłaby sprawnie zarządzać odległymi terytoriami. Osobista obecność monarchy była po prostu konieczna. Król musiał na miejscu rozstrzygać trudne spory sądowe, nadawać nowe przywileje, odbierać hołdy wierności oraz surowo kontrolować lokalnych urzędników. Władca musiał regularnie “pokazywać się” swoim poddanym. Tylko wtedy jego władza była postrzegana jako realna i silna.
Drugim powodem ciągłych podróży były twarde kwestie gospodarcze. Średniowieczny dwór monarszy był ogromny. Liczył od kilkudziesięciu do kilkuset osób. W skład wędrownej machiny państwowej wchodzili m.in. najwyżsi dostojnicy, rycerze, zbrojna straż, liczni dworzanie, służba, kapelani, a także rzemieślnicy. Zgromadzenie tak wielkiej liczby ludzi w jednym zamku przez cały rok doprowadziłoby do błyskawicznego wyczerpania lokalnych zapasów żywności i paszy dla koni. Dwór musiał się zatem przemieszczać. Przemieszczanie się pozwalało na konsumowanie dóbr wyprodukowanych w różnych domenach królewskich. Miejscowe społeczności miały obowiązek utrzymania króla i jego świty przez określony czas. Nazywano to prawem stacji.
Nad rzeką Wisłą taki system władzy praktykowali z czystej konieczności już pierwsi władcy z dynastii Piastów. Model stracił jednak nieco na znaczeniu w mrocznym okresie rozbicia dzielnicowego. Domeny poszczególnych, skłóconych ze sobą dynastów niepomiernie się wtedy skurczyły. Z racji bardzo korzystnej lokalizacji Krakowa, władcy tacy jak Władysław I Łokietek (1260-1333) czy jego syn Kazimierz III Wielki (1310-1370), mogli bardzo dużą część spokojnych lat swojego panowania spędzać na wzgórzu wawelskim lub w jego bezpośredniej okolicy. Kraków powoli stawał się nieformalną stolicą, w której koncentrowało się życie odrodzonego Królestwa Polskiego.
Wyraźna i nagła zmiana nastąpiła pod koniec XIV wieku. Gdy w 1386 roku na polskim tronie zasiadł Władysław II Jagiełło, państwo powiększyło się o gigantyczne terytoria Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nowy król musiał zarządzać obszarem o niespotykanej dotąd skali. Władca nie tylko musiał stale objeżdżać polskie prowincje, ale też każdego roku starał się odwiedzać swoją rdzenną ojczyznę – Litwę. W efekcie monarcha od wczesnej wiosny aż do późnej zimy pokonywał zazwyczaj kilka tysięcy kilometrów po błotnistych, niebezpiecznych drogach.
Wymagało to żelaznego zdrowia i doskonałej kondycji fizycznej. Szacuje się, że w ciągu całych swoich rządów nad Wisłą, trwających blisko pół wieku, Władysław Jagiełło mógł przejechać ponad 200 000 kilometrów. To dystans równy więcej niż połowie odległości z Ziemi na Księżyc. Zamek na Wawelu znów stał się tylko jednym z wielu przystanków na długiej trasie, a nie stałym domem monarchy.
Rejon Połańca dla Jagiełły był bardzo ważnym punktem tranzytowym. Wystarczy wspomnieć, że trasa podróży często prowadziła z Rusi i Sandomierza w kierunku Nowego Korczyna, który stanowił jedną z jego najważniejszych rezydencji w Małopolsce. Połaniec, z racji swojego statusu miasteczka królewskiego oraz dogodnego położenia przy głównych przeprawach rzecznych, był całkowicie naturalnym punktem postojowym.

Opisany przez nas wyżej, niezwykle wyczerpujący model rządów przyjął w 1447 roku młodszy syn Jagiełły, Kazimierz Jagiellończyk. Odziedziczył on po ojcu nie tylko ogromne państwo, ale również wyraźną niechęć do długiego przebywania w jednym, zamkniętym punkcie. Podobnie jak zwycięzca spod Grunwaldu, Kazimierz po prostu nie znosił Wawelu. Życie w ciasnych, kamiennych murach krakowskiego zamku wyraźnie go męczyło i przygnębiało. Wolał otwarte przestrzenie, gęste lasy, w których mógł do woli polować, oraz ciągły, nieustanny ruch. Szybko zyskał w Europie miano prawdziwego rex ambulans, czyli władcy wiecznie będącego w drodze.
Do naszych czasów przetrwało grubo ponad 5000 różnego rodzaju dokumentów, listów i wzmianek źródłowych z okresu panowania Kazimierza Jagiellończyka. Pozwalają dzisiejszym historykom w sposób niezwykle dokładny zrekonstruować trasy przejazdów i konkretne miejsca pobytu jego wysokości w poszczególnych dniach. O przemieszczaniu się żadnego innego średniowiecznego władcy z dynastii Piastów lub Jagiellonów nie wiadomo równie wiele. Olbrzymi materiał został w 2014 r. skrupulatnie zestawiony i opracowany przez dr Grażynę Rutkowską. Jej praca pt. “Itinerarium króla Kazimierza Jagiellończyka 1440–1492” zaowocowała wydaniem potężnego wykazu miejsc pobytu władcy dzień po dniu. Lista ta jest o wiele liczniejsza, bogatsza i bardziej precyzyjna niż podobne zestawienia sporządzone dla Władysława Jagiełły. Wyniki wieloletnich badań nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości: Jagiellończyk unikał stołecznego Wawelu jak ognia.
sam początek jego rządów był pod tym względem bardzo znamienny i wyznaczył kierunek na kolejne dekady. W 1447 roku, gdy po długich politycznych targach i wyczekiwaniu na wieści o losach starszego brata, Władysława Warneńczyka (1424-1444), poległego pod Warną, Kazimierz ostatecznie zgodził się przyjąć polską koronę. Jego pobyt na wawelskiej skale był iście symboliczny i niemal “hotelowy”. Nominat przyjechał do Krakowa wczesnym latem. Został uroczyście ukoronowany w katedrze wawelskiej 25 czerwca 1447 roku. Ceremonii przewodniczył arcybiskup gnieźnieński Wincenty Kot (1395-1448) w obecności tłumu biskupów i dostojników. Król opuścił zamek zaledwie po 15 dniach. Zamiast osiąść w stolicy i rozkoszować się wygodami, resztę tego przełomowego roku spędził w nieustannej podróży po kraju. Zapiski historyczne znają łącznie aż 40 różnych punktów i miejscowości, w których zatrzymał się młody monarcha w ciągu tamtych 12 miesięcy.
Kolejne lata wyglądały uderzająco podobnie. Król wpadał na Wawel zazwyczaj tylko raz w roku, najczęściej w ciepłych miesiącach letnich – czerwcu lub lipcu. Czasem wizyty te były ekstremalnie krótkie. W 1448 roku spędził na wzgórzu zaledwie 18 dni. Rok 1449 minął bez ani jednej wizyty monarchy w głównym zamku państwa. W 1450 roku pobyt potrwał niespełna 2 tygodnie.
W trakcie całych swoich rządów, trwających 45 lat, król rzadko zatrzymywał się w stolicy na dłużej. Pewnym odstępstwem był rok 1456, kiedy to po raz pierwszy spędził na Wawelu ponad 100 dni. Zmiana nie utrwaliła się jednak, gdyż już w roku następnym był tam zaledwie przez 3 dni. Jedynym okresem, kiedy Wawel stał się faktycznym, długotrwałym domem króla, były lata 1471–1472. Kazimierz przebywał wtedy na krakowskim wzgórzu niemal nieprzerwanie przez kilkanaście miesięcy. Sytuacja wiązała się z intensywną, skomplikowaną polityką zagraniczną i przygotowaniami do wojen o ościenne trony w Czechach i na Węgrzech dla swoich synów. Był to jednak zdecydowany wyjątek od reguły. Najdłuższa przerwa w odwiedzinach Krakowa nastąpiła w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XV wieku. Wtedy król na stałe przebywał na rozległym terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, broniąc jego wschodnich rubieży. Bram Wawelu nie przekroczył wówczas przez bite 64 miesiące.
Podróże Jagiellonów stanowią fascynujący materiał badawczy, pomagający zrozumieć funkcjonowanie całego państwa w późnym średniowieczu. Jak wcześniej wspomnieliśmy, kiedy król ruszał w drogę, nie przemieszczał się sam. Wraz z nim wędrowało całe państwo. Przemieszczała się królewska kancelaria, która na każdym postoju musiała wystawiać dokumenty, przybijać pieczęcie i prowadzić korespondencję dyplomatyczną. Podróżował podskarbi nadworny, na przykład Tomasz Trąmbczyński (zm. 1478), którego zachowane do dziś rachunki z drugiej połowy 1470 roku pokazują, jak ogromne były wydatki na bieżące potrzeby władcy, jego zbrojnej eskorty i licznych dworzan. Wymagało to doskonałej logistyki. Setki koni przecież potrzebowały owsa, setki ludzi potrzebowały chleba, mięsa i piwa.
Ważną i stałą towarzyszką trudnych wypraw była żona monarchy, królowa Elżbieta z rodu Habsburgów, nazywana w Polsce Elżbietą Rakuszanką (1436-1505). Związek, zaaranżowany politycznie i zawarty w lutym 1454 roku, okazał się wbrew obawom i początkowym uprzedzeniom, niezwykle udany i wyjątkowo harmonijny. Królowa Elżbieta znosiła trudy podróży po bezdrożach równie dobrze jak jej mąż i odważnie towarzyszyła mu w zdecydowanej większości wyjazdów, w tym w ponad 30 długich, wyczerpujących podróżach z Krakowa wprost na Litwę.
W czasie swoich wędrówek Kazimierz Jagiellończyk korzystał z wypróbowanych, starych szlaków komunikacyjnych. Jedną z głównych osi drogowych Korony była tak zwana “Droga Królewska”. Biegła ona wzdłuż górnej Wisły i łączyła najważniejsze ośrodki. Trasa wiodła z Krakowa przez Nowy Korczyn, Połaniec, Osiek, Sandomierz, Zawichost, a dalej prowadziła przez Lublin i Parczew w stronę Grodna i Wilna na Litwie. Istniały również trasy alternatywne. Druga droga omijała Sandomierz i prowadziła przez Wiślicę, Szydłów i Radom.
Zamek w Radomiu cieszył się szczególną sympatią Jagiellonów. Był ich ulubioną rezydencją zimową, w której królewska rodzina z upodobaniem spędzała święta Bożego Narodzenia. Częstym, bezpiecznym przystankiem były również Kozienice, otoczone gęstymi, królewskimi lasami. To właśnie tam król wraz ze swoim potężnym dworem szukał ratunku i schronienia przed morderczą zarazą, która szalała w gęsto zaludnionym Krakowie. Efektem tego dłuższego, przymusowego pobytu na bezpiecznej prowincji były narodziny 1 stycznia 1467 roku kolejnego syna królewskiej pary, przyszłego potężnego króla, Zygmunta I Starego (1467-1548).
Wędrówki nie omijały również Puszczy Białowieskiej. O ile ojciec, Władysław Jagiełło, bywał w tych lasach niemal wyłącznie mroźną zimą, o tyle Kazimierz Jagiellończyk większość swoich przyjazdów do dworu w Starej Białowieży odbywał przyjemniejszą wiosną, w marcu, kwietniu i maju. Władca niezwykle lubił świętować Wielkanoc na terenach litewskich, oddając się jednocześnie swojej wielkiej pasji, jaką były łowy. Do samego dworu w Białowieży zawitał co najmniej 20 razy w trakcie swojego panowania.
Aby w pełni zrozumieć mechanizmy rządów objazdowych i ich bezpośredni wpływ na losy lokalnych społeczności, należy tradycyjnie musimy zderzyć je z jednym z najważniejszych punktów na mapie małopolskich podróży królewskich. Był nim Połaniec, a więc miasto, którego historia w XV wieku stanowi idealne zwierciadło wielkiej polityki.
Połaniec od najdawniejszych, jeszcze przedhistorycznych czasów, był osadą o absolutnie kluczowym, strategicznym znaczeniu. Położony na wysokim brzegu, w zakolu rzeki Czarnej tuż obok jej ujścia do potężnej Wisły, stanowił doskonały, naturalny punkt obronny. Rzeki ułatwiały komunikację i spław towarów, a skarpy broniły dostępu do osady. Już w epoce plemiennego państwa Wiślan, na długo przed pierwszymi Piastami, istniał tu obronny gród. Miał on kształt wydłużonego owalu i potężne wały ochronne. Z czasem, tuż pod jego osłoną, wyrosło podgrodzie, a następnie otwarta osada rzemieślniczo-targowa. W XIII wieku, w mrocznym i niebezpiecznym okresie rozbicia dzielnicowego, Połaniec stał się bardzo ważnym ośrodkiem administracyjno-sądowym z siedzibą kasztelanii. Pierwszym zanotowanym w źródłach historycznych kasztelanem połanieckim był Mirosław herbu Lubowla, występujący w dokumentach z 1224 roku.
Przetrwanie osady w tak niespokojnych czasach graniczyło z cudem. Największym zagrożeniem w XIII wieku były brutalne najazdy mongolskie, potocznie zwane tatarskimi. Szlaki bezlitosnej grabieży prowadziły prosto przez Połaniec, wzdłuż odwiecznej trasy handlowej ze Wschodu na Zachód. Pierwszy wielki najazd zimowy w 1241 roku był potężnym uderzeniem, które miało zrujnować polskie ziemie. W lutym 1241 roku Mongołowie zdobyli pobliski Sandomierz, dokonując rzezi jego bezbronnych mieszkańców. Tatarzy szybko posuwali się na zachód. Dotarli do samego Połańca położonego nad rzeką Czarną i rozłożyli swój wielki obóz w sąsiedniej wsi Tursko.
I właśnie tam, 13 lutego 1241 roku, w Środę Popielcową, doszło do wielkiej bitwy pod Turskiem. Pospiesznie zebrane rycerstwo krakowskie i sandomierskie pod wodzą dzielnego wojewody krakowskiego Włodzimierza, zaatakowało odpoczywających Mongołów. Polacy wykorzystali czynnik pełnego zaskoczenia. Uderzyli z impetem, zadali najeźdźcom ciężkie straty i zdobyli wrogi obóz. Niestety, wrodzona chciwość i brak dyscypliny zgubiły rycerstwo. Zamiast ścigać wroga, Polacy rzucili się do podziału łupów i uwalniania jeńców. Tatarzy z kolei, mistrzowie stepowej taktyki i manewru, błyskawicznie uporządkowali swoje szyki, zawrócili i rozgromili zajęte grabieżą polskie oddziały. Choć Mongołowie wygrali bitwę, byli tak przerażeni własnymi stratami, że nie zdecydowali się na dalszy marsz w głąb Polski w tym kierunku. Pospiesznie wycofali się w stronę Sandomierza. Otwarta bitwa pod Turskiem uratowała gród w Połańcu przed natychmiastowym, brutalnym oblężeniem i całkowitą zagładą. Badania archeologiczne wskazują jednak, że stary gród spłonął w połowie XIII wieku, co mogło być efektem późniejszych, kolejnych fal najazdów.
Mimo wojennych zniszczeń, miasto niezwykle szybko podniosło się z upadku, wspierane mądrą polityką władców. Prawa miejskie osada otrzymała stosunkowo wcześnie. Zachował się bezcenny przywilej potwierdzający status miejski wydany 18 lipca 1264 roku. Wystawił go książę krakowsko-sandomierski Bolesław Wstydliwy. Dokument ten, spisany w zameczku myśliwskim w pobliskim Osieku, skierowany był do ówczesnego wójta połanieckiego, rycerza Mikołaja, syna Bartłomieja. Książę przekazywał wójtowi i zrzeszonym mieszczanom ogromne przywileje. Obywatele Połańca mogli swobodnie użytkować rozległe, okoliczne lasy królewskie (w tym wielki Las Szczecki) w charakterze darmowych pastwisk dla bydła i nierogacizny. Mogli czerpać z niego drewno opałowe i cenny budulec na nowe domy. Otrzymali prawo do łowienia ryb i utrzymywania dochodowych barci pszczelich. Władca, rezygnując z części swoich feudalnych zysków, pozwalał wójtowi na budowę tam na Wiśle oraz wyłączność na wzniesienie młyna na rzece Czarnej.
Z punktu widzenia rozwoju ekonomicznego, największe znaczenie miało całkowite zwolnienie prężnych kupców połanieckich ze wszystkich opłat celnych, zarówno lądowych jak i wodnych, na terytorium całego potężnego księstwa krakowsko-sandomierskiego. Był to przywilej wyjątkowy, którego nie posiadały nawet większe miasta. Pozwalało to lokalnym, przedsiębiorczym handlarzom na organizowanie niezwykle opłacalnych wypraw z suknem na daleką Ruś, a także na handel solą spławianą wielkimi statkami z Bochni i Wieliczki prosto na północ.
Rozwój był kontynuowany w kolejnych stuleciach. Na początku XIV wieku król Władysław Łokietek, doceniając zasługi militarne wójta Macieja (potomka Mikołaja) w trudnych walkach o zjednoczenie kraju, wydał w 1321 roku kolejny akt prawny. Zezwolił on na zakładanie wokół Połańca nowych wsi na prawie niemieckim, co przyczyniło się do powstania takich osad jak Rudniki czy Szczeka. Mniej więcej w tym samym czasie, za panowania wielkiego reformatora, króla Kazimierza Wielkiego, zapadła historyczna decyzja o przeniesieniu centrum Połańca. Stara osada nad samą Wisłą była nieustannie narażona na katastrofalne, wiosenne wylewy i podmywanie wysokiej skarpy przez silny nurt. Król przeniósł miasto nieco dalej na zachód, w spokojniejszą dolinę rzeki Czarnej. Tam, na nowym, suchym korzeniu wytyczono duży, nieregularny rynek i sieć nowych ulic, a sam Kazimierz Wielki ufundował nowy, wspaniały drewniany kościół pod wezwaniem świętego Marcina Biskupa.
W XIV i XV wieku Połaniec był miastem na wskroś królewskim. Nigdy w średniowieczu nie należał do prywatnego, magnackiego właściciela. Władzę w imieniu monarchy początkowo sprawował potężny wójt dziedziczny, który dysponował ogromnym majątkiem ziemskim w bezpośrednich okolicach miasta, pobierał trzecią część opłat targowych z rzeźni, kramów i kar sądowych. Z biegiem lat, w pierwszej połowie XV wieku, instytucja dominującego, dziedzicznego wójta stopniowo upadła, a jego dawne majątki ziemskie zostały podzielone i sprzedane, by ostatecznie wrócić do domeny władców. Władzę w mieście przejęła reprezentatywna, wybieralna rada miejska z burmistrzem na czele, wspierana przez ławę sądową.
W XV wieku był to prężny okres. Miasto liczyło ponad 180 drewnianych domostw i około tysiąca mieszkańców, co stawiało je w gronie całkiem sporych ośrodków ówczesnej, gęsto zaludnionej Małopolski. Ze względu na strategiczne położenie u zbiegu rzek, w Połańcu działała ważna komora celna, ustanowiona dla celów fiskalnych. Pobierano w niej opłaty od kupców podróżujących drogą lądową oraz od statków spławiających cenne towary w dół rzeki Wisły. Komora generowała ogromne zyski dla królewskiego skarbca, wzmacniając pozycję miasta na handlowej mapie kraju.
Dla miasta leżącego tuż przy głównej drodze łączącej stolicę z Litwą, system rex ambulans miał bardzo bezpośrednie i niezwykle uciążliwe skutki. Kiedy król ruszał w objazd i zbliżał się do granic ziemi sandomierskiej, cała okolica musiała postawić się w stan najwyższej gotowości. Rozbudowany aparat państwowy w ciągłym ruchu nakładał na przyporządkowane wsie i miasta tzw. obowiązek stacji. Oznaczało to, że miejscowe społeczności były prawnie zobligowane do ugoszczenia monarchy, jego ogromnego zbrojnego orszaku, dworzan i urzędników. Musiały dostarczyć darmowo lub za arbitralnie ustalone, bardzo zaniżone stawki ogromne ilości pożywienia, chleba, wołowiny, ryb, piwa oraz, co równie ważne, setki korcy owsa dla koni. Ponadto na mieszkańców nakładano uciążliwy obowiązek dostarczania darmowych podwód, czyli wozów i koni pociągowych, niezbędnych do transportu królewskich bagaży z jednej miejscowości do drugiej.
Drobiazgowe analizy najstarszych lustracji królewszczyzn pokazują, że świadczenia stacyjne w województwie sandomierskim były zjawiskiem niezwykle powszechnym. Wyliczono, że ponad 30% wszystkich wsi w tym gęsto zaludnionym regionie podlegało tym trudnym obciążeniom. Królowie odwiedzali urzędy w sandomierskim z dużą regularnością.
Sam przejazd króla był wydarzeniem rujnującym dla miejscowych, biednych chłopów i wysoce uciążliwym dla budżetu miasta. Połaniec, będący stacją królewską, musiał być zawsze na to przygotowany. Zachowane dokumenty, na przykład z 1442 roku, wyraźnie zastrzegały, że nawet jeśli miasto jest oddawane w zastaw, król stanowczo zatrzymuje dla siebie i swojego dworu prawo stacji. Orszak monarchy miał absolutnie zagwarantowane darmowe utrzymanie przez jeden pełny dzień w samym Połańcu.
Wiemy na pewno, że Kazimierz Jagiellończyk przejeżdżał przez nasze miasto. Potwierdzają to dawne kroniki, w tym bezcenne relacje historyka Jana Długosza (1415-1480). Odnotował on m.in., że młody Kazimierz, podróżując z Litwy na swoją długo oczekiwaną krakowską koronację, w czerwcu 1447 roku przejeżdżał wraz z potężnym orszakiem prosto przez Połaniec. Zatrzymanie się chociaż na jeden dzień ogromnego, wielusetosobowego dworu wymagało zorganizowania kolosalnych ilości żywności w niezwykle krótkim czasie. Stanowiło to ogromne wyzwanie logistyczne dla miejscowego burmistrza i rady.
Z drugiej jednak strony, przyjazd monarchy miał również swoje niewielkie plusy. Dla miejscowych, ambitnych urzędników, lokalnych rzemieślników i zwykłych chłopów była to rzadka, często jedyna w życiu okazja do bezpośredniego przedstawienia monarsze swoich petycji, skarg na samowolę starostów (tak zwanych suplik) oraz szansa na załatwienie od lat zaległych spraw sądowych, które leżały w wyłącznej kompetencji króla. Władca rozbijał obóz, urzędnicy kancelarii rozstawiali stoły i na kilka godzin prowincjonalne miasteczko stawało się rzeczywistym politycznym centrum całego potężnego królestwa.
Największy wpływ na losy Połańca miała jednak nie sama fizyczna obecność króla na jego drogach, lecz jego skrajnie nieodpowiedzialna i rabunkowa polityka finansowa. Prowadzenie państwa w XV wieku kosztowało fortunę. Królowie z dynastii Jagiellonów cierpieli na permanentny, chroniczny brak gotówki w skarbcu. Władysław Jagiełło, czując się początkowo niepewnie na polskim tronie i usilnie zabiegając o zagwarantowanie sukcesji dla swoich synów, bardzo hojnie rozdawał królewszczyzny możnowładcom i bogatej szlachcie, aby zaskarbić sobie ich niezbędne poparcie polityczne. Jego dziedzice, Władysław Warneńczyk i bohater naszej opowieści Kazimierz Jagiellończyk, ten niszczący skarb państwa proces tylko znacznie pogłębili.
Wielka polityka zagraniczna pochłaniała niewyobrażalne zasoby. Utrzymanie drogich armii zaciężnych (niezbędnych m.in. w wyczerpującej wojnie z zakonem krzyżackim), wielkie wyprawy zbrojne na Węgry oraz uparte wspieranie dynastycznych pretensji swoich synów do tronów w Pradze i Budzie wymagały worków pełnych srebra i złota. Skarb państwa w Krakowie z reguły świecił pustkami. Z braku realnej gotówki władcy masowo uciekali się do niezwykle popularnego w późnym średniowieczu rozwiązania: zastawu (z łaciny nazywanego obligatio). Niestety to zjawisko było przekleństwem królewskich miast.
Mechanizm był bardzo prosty, ale zabójczy dla lokalnych gospodarek. Król pożyczał ogromne pieniądze od najbogatszych magnatów. W zamian za pożyczkę oddawał im w niekontrolowane użytkowanie całe potężne klucze dóbr królewskich w postaci lukratywnych starostw, rozwijających się miast i dziesiątek wsi. Nowy, tymczasowy zarządca, zwany zastawnikiem, czerpał z tych ziem absolutnie wszystkie dostępne dochody. Odbierał należne czynsze od mieszkańców, przejmował zyski z opłat targowych, cła oraz regularne podatki. Robił to tak długo, aż król w całości spłacił dług. W brutalnej praktyce oznaczało to jednak, że król prawie nigdy nie miał nadwyżek wolnych pieniędzy. W rezultacie zastawione raz miasta pozostawały w chciwych rękach magnackich rodów przez długie, trudne dziesięciolecia.
Taki właśnie ponury los spotkał królewski Połaniec. Wielka i błyskotliwa kariera rodu Jastrzębców, znanych w historii państwa polskiego później jako Rytwiańscy, zaważyła na mrocznych dziejach tego nadwiślańskiego ośrodka. Prawdziwym twórcą potęgi tego bezwzględnego rodu był Wojciech Jastrzębiec (1362-1436), arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski. Skupił w swoich rękach wielki kapitał i wykupił na własność okoliczne Rytwiany i Staszów, tworząc tam podstawy magnackiego latyfundium. Jego bliski bratanek, Dersław z Rytwian (1414-1478), znany z niezwykle awanturniczego charakteru rycerz, który brał udział w przegranej bitwie pod Chojnicami 18 września 1454 r. i otwarcie wspierał radykalny ruch husycki w Polsce, dorobił się ogromnej prywatnej fortuny.
W roku 1442, jeszcze przed okresem rządów Kazimierza Jagiellończyka, sprawujący władzę młody król Władysław Warneńczyk pilnie potrzebował gotówki. Przebywając w Budzie na Węgrzech, szykował się do krwawej wojny z imperium osmańskim. Otrzymał wtedy potężną pożyczkę od wspomnianego Dersława z Rytwian, opiewającą na astronomiczną sumę 2700 grzywien srebra. W zamian za tę pożyczkę, król oddał w zastaw całe bardzo dochodowe starostwo sandomierskie. W jego skład wchodził potężny gród sandomierski, a także okoliczne miasta królewskie: Osiek i właśnie Połaniec. W ręce magnata wpadły również wszystkie wsie królewskie i cenne tereny dawnego wójtostwa połanieckiego, w tym Szczeka, Rudniki, Ruda, Brzozowa i Zrębin. Dersław, stając się nowym, nieformalnym panem na tych ziemiach, zagarnął dla siebie dosłownie wszystkie świadczenia i ciężary finansowe, jakie rzemieślnicy i chłopi w tych miastach ponosili dotychczas na rzecz króla.
Młody Warneńczyk wkrótce potem zginął w bitwie pod Warną (1444 r.), nie spłacając ani grosza ze swojego ogromnego długu. Cały kłopotliwy balast polityczny spadł na barki jego następcy i brata, Kazimierza Jagiellończyka. Król nie dość, że nie posiadał środków, aby ostatecznie wykupić strategiczne starostwo sandomierskie, to sam stale potrzebował nowej gotówki. Jego uparta polityka dynastyczna, konieczność wyżywienia kilkanaściorga własnych dzieci oraz starania o korony w Pradze dla swojego syna kosztowały krocie.
W latach 1471 i 1472 król znalazł się na skraju całkowitego bankructwa. Spadkobiercą i młodszym bratem zmarłego w 1477 roku Dersława był potężny Jan Rytwiański (1422-1478), wojewoda krakowski, kasztelan sandomierski i marszałek wielki koronny, człowiek trzymający w swoich rękach najważniejsze nici władzy w państwie. W 1472 roku Kazimierz Jagiellończyk dokonał z nim w ukryciu kolejnej, rujnującej państwo transakcji. Jak bezlitośnie odnotowują dawne księgi urzędowe w Metryce Koronnej, król “sprzedał”, czyli w praktyce zastawił z twardym prawem wykupu, królewskie miasto Połaniec z przyległym wójtostwem i wszystkimi wsiami za gigantyczną sumę 2400 grzywien srebra.
Tak masowe szafowanie cennym majątkiem państwowym i kumulowanie go w rękach wąskiej, pazernej grupy najwyższych możnowładców irytowało coraz bardziej uświadamiające się politycznie rzesze średniej szlachty. Pod ich potężnym naciskiem opinii publicznej, na sejmie walnym w Piotrkowie w 1478 roku doszło wreszcie do kompromisowej ugody. Jan Rytwiański oficjalnie zrzekł się zastawu na prestiżowej ziemi sandomierskiej, a przyciśnięty do muru Kazimierz Jagiellończyk uroczyście i publicznie przyrzekł, że ani on, ani nikt z jego następców nigdy więcej nie odda tych strategicznych dóbr w zastaw. Zasadę tę zapisano po łacinie jako uroczyście brzmiące prawo de non obliganda terra Sandomierensi (o niezastawianiu ziemi sandomierskiej).
Była to jednak kolejna królewska obietnica całkowicie bez pokrycia. Długi zaciągnięte u rodu Jastrzębców nigdy nie zostały skutecznie zniwelowane gotówką. Gdy potężny Jan Rytwiański w końcu zmarł, król Kazimierz Jagiellończyk w 1484 roku po prostu wydał kolejny dekret, w którym lekceważąc prawo sejmowe ofiarował bezbronne miasto Połaniec wdowie po Janie, Annie. Posiadłości te pozostawały w twardej orbicie tego bezwzględnego rodu przez kolejne długie dekady. Na początku XVI wieku (dokładnie w 1505 r.), kolejny król z dynastii, Aleksander Jagiellończyk (1461-1506), formalnie usankcjonował na sejmie w Radomiu podział tych zagrabionych dóbr między dawnych spadkobierców Rytwiańskich.
Dla drobnych mieszczan i rzemieślników połanieckich wielka polityka objazdowego króla miała fatalne, namacalne i bardzo długotrwałe konsekwencje społeczne. Kiedy rozwijające się miasto znajdowało się bezpośrednio pod zarządem królewskim, mieszczanie cieszyli się pewnymi swobodami i silną opieką hierarchy. Kiedy przechodziło w chciwe ręce magnata-zastawnika, sytuacja mieszkańców diametralnie i błyskawicznie się zmieniała. Zastawnik bowiem zawsze traktował wydzierżawione od korony dobra wyłącznie jako najprostsze źródło maksymalnego i błyskawicznego zysku, nie dbając o jakikolwiek długoterminowy rozwój miejskiej infrastruktury czy inwestycje.
Ród Jastrzębców-Rytwiańskich (a później ich koligaci i spadkobiercy) bezlitośnie eksploatował bogaty niegdyś majątek Połańca. W wyniku tych samowolnych działań miasto zostało praktycznie na zawsze odcięte od swoich naturalnych, historycznych korzeni i zasobów gospodarczych. Olbrzymi kompleks drzewny – Las Szczecki – oraz bogate wsie rolnicze takie jak Rudniki czy Szczeka, które przed wiekami (w dokumencie wydanym w 1264 r. przez Bolesława Wstydliwego) zostały prawnie przyznane Połańcowi do wiecznego, wspólnego użytku, zostały po prostu brutalnie wcielone do wielkiego, prywatnego majątku Rytwiańskich.
Powstające w ten sposób potężne na mapie Małopolski latyfundium, znane w czasach nowożytnych jako tak zwane “Państwo Staszowskie”, trwale wchłonęło najbardziej wartościowe miejskie grunty. Zszokowani tą kradzieżą mieszczanie utracili darmowy dostęp do niezbędnego drewna budulcowego, cennego drewna na zimowy opał, miodu z leśnych barci pszczelich i darmowych, zielonych pastwisk dla zwierząt. Bez tego darmowego zaplecza surowcowego koszty prowadzenia cechowego rzemiosła i handlu gwałtownie wzrosły, niszcząc powoli konkurencyjność lokalnych wytwórców.
Rozgoryczeni mieszczanie połanieccy regularnie słali błagalne skargi do wędrującego króla i jego urzędników, domagając się sprawiedliwości i zwrotu zrabowanych włości. Walka prawna była jednak z góry skazana na porażkę. Stan szlachecki w XV wieku rósł potężnie w siłę polityczną, zdobywając monopol na posiadanie ziemi i drastycznie ograniczając prawa miast. Słabe politycznie, małe miasta rolnicze nie miały żadnych realnych szans w skorumpowanych sądach państwowych w starciu z takimi finansowymi potentatami jak dygnitarze, wojewodowie i wpływowi marszałkowie koronni.
Nawet później, w połowie XVI wieku, za spokojnych rządów króla Zygmunta Augusta, kiedy w ramach postępowego ruchu egzekucyjnego podjęto próbę powszechnego zwrotu zagarniętych domen królewskich w całym państwie, dla Połańca było już za późno. Królewscy lustratorzy wizytujący region nie oddali miastu zagrabionych wiosek i lasów, de facto legalizując stan faktyczny utrwalony przez lata magnackiej samowoli i odrzucając skargi poszkodowanych obywateli. Ostateczna utrata tego naturalnego zaplecza surowcowego zahamowała rozwój ekonomiczny miasta nad rzeką Czarną na długie stulecia, spychając je do roli biednej, prowincjonalnej, agrarno-handlowej osady.
Śmierć Kazimierza Jagiellończyka 7 czerwca 1492 roku w dalekim Grodnie stanowi w polskiej historii politycznej pewną bardzo wyraźną, symboliczną granicę. Choć objazdowy, wyczerpujący model rządów typu rex ambulans nie zniknął z dnia na dzień zaraz po pogrzebie władcy, to zaczął ulegać głębokiemu, nieodwracalnemu przeobrażeniu. Potężne, zjednoczone i coraz bardziej biurokratyczne państwo jagiellońskie coraz pilniej wymagało stacjonarnego, bezpiecznego ośrodka władzy, w którym mogłyby bez zakłóceń, sprawnie działać profesjonalne kancelarie, rozbudowane trybunały i najwyższe sądy. Prowadzenie spraw w siodle i szukanie archiwów w objazdowych wozach stawało się anachronizmem uniemożliwiającym racjonalne rządzenie wielkim krajem.
Synowie zmarłego Kazimierza – ambitny Jan Olbracht (1459-1501), powolny Aleksander (1461-1506), a przede wszystkim rozsądny Zygmunt I Stary (1467-1548) – widzieli już strukturę państwa inaczej. Ten ostatni, obejmując tron w 1506 roku, stanowczo preferował przebywanie w przebudowanym na wzór renesansowy krakowskim Wawelu. Wokół zamku skupiał elitę intelektualną, dworzan i artystów z całej Europy. Wprowadzanie włoskich obyczajów i miłość do architektury skutecznie zniechęcały do wielotygodniowych podróży po dziurawych, polskich i litewskich bezdrożach. Później, na przełomie XVI i XVII wieku, w niespokojnych czasach króla Zygmunta III Wazy (1566-1632), polityczne centrum ciężkości Rzeczypospolitej zostało oficjalnie i na stałe przesunięte z Małopolski do Warszawy na Mazowszu. Właśnie tam, bliżej geometrycznego środka wielkiej, polsko-litewskiej unii, ostatecznie na stałe osiadł dwór monarszy i przeniesiono najważniejsze centralne urzędy państwowe. Na ziemiach polskich narodziła się stolica w nowoczesnym, nowożytnym znaczeniu tego słowa.
Z perspektywy drobiazgowej historii miast i osad takich jak nadwiślański Połaniec, długie rządy króla Kazimierza Jagiellończyka były okresem fascynujących, ale i destrukcyjnych napięć. Z jednej strony, dzięki stałej obecności wędrującego dworu na przebiegającej obok “Drodze Królewskiej”, miasto znajdowało się w głównym nurcie wielkiej, decyzyjnej polityki. Przez jeden, gwarny dzień w roku osada stawała się miejscem, z którego król zarządzał połową Europy Wschodniej, a lokalni chłopi podziwiali zbrojny majestat władcy.
Z drugiej jednak strony, krótkowzroczna i podszyta brakiem gotówki królewska polityka masowych zastawów doprowadziła do trwałego okaleczenia zaplecza terytorialnego i gospodarczego wielu małych ośrodków. Oddając miasta i ziemie magnatom, król nieświadomie wzmacniał gigantyczną pozycję ościennych rodów kosztem upadającego w biedę, pozbawionego ziemi stanu mieszczańskiego. Zjawisko to utrwaliło na stulecia potęgę polskiej magnaterii.
Kazimierz Jagiellończyk jako prawdziwy i oddany idei rex ambulans zapisał się na kartach historii jako władca niesamowicie energiczny i dynamiczny. Jego wrodzona niechęć do ciasnego Wawelu i nieustanna fizyczna mobilność sprawiły, że był królem stale “widzialnym” i obecnym dla swoich poddanych w każdym, nawet najbardziej odległym zakątku rozrastającego się kraju. Pełne trudów podróże były starannie rejestrowane. Dawniej zapisywali je królewscy rachmistrzowie i podskarbi, a współcześnie robią to historycy w księgach wielkich itinerariów. Ich zapiski są dziś najlepszym dowodem na to, co budowało pozycję władcy u schyłku średniowiecza. O jego autorytecie i sile nie świadczył wspaniały, murowany pałac. Znacznie ważniejsza była jego osobista obecność na szlakach potężnego Królestwa. Do zobaczenia w kolejnych ciekawostkach historycznych.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!






