
Jest upalne lato 1944 roku. W Warszawie właśnie wybucha powstanie. Stolica zrywa się do walki, sypią się kule, płoną budynki. A co w tym czasie dzieje się u nas, nad Wisłą? Odpowiedź znaleźliśmy w dokumencie z tamtych dni.

est nim stary egzemplarz konspiracyjnego pisma „Robotnik”, a dokładniej mówiąc wydanie z 5 sierpnia 1944 roku. Gazeta była drukowana w ukrytych przed niemieckimi bombami piwnicach, w samym środku walczącej i krwawiącej Warszawy. Na pierwszej stronie znajdowała się rubryka: „Sytuacja na frontach”, w której wspomniano o Połańcu.
Ten krótki artykuł będzie dla nas punktem wyjścia, by przypomnieć sobie, co dokładnie działo się wtedy w naszym mieście.
Autor tekstu powołuje się na doniesienia Radia Londyn. Powstańcy czytają w gazecie, że wojska radzieckie sforsowały Wisłę. Przekroczyły rzekę dokładnie sto kilometrów poniżej Krakowa. Szybko zajęto Staszów, Połaniec oraz sąsiednie wsie. W ten sposób utworzono potężny przyczółek o głębokości 25 i szerokości 30 kilometrów.
Z kart historii doskonale wiemy, o czym mowa. Chodzi o słynny przyczółek baranowsko-sandomierski. Wielki front wschodni zatrzymał się w naszej okolicy. Huki wystrzałów artyleryjskich słyszano w promieniu wielu kilometrów. Walki o utrzymanie linii na rzece były niezwykle zacięte.
Gdy w Warszawie wybuchało powstanie, Połaniec znajdował się w samym centrum brutalnych, bardzo niebezpiecznych wydarzeń frontowych. Wczesnym rankiem we wtorek 1 sierpnia, na samym końcu ulicy Krakowskiej Dużej okopał się pierwszy radziecki samochód pancerny. Gdy tylko zapadła szarówka, do Połańca wkroczyły pierwsze trzy kompanie wojsk radzieckich. Żołnierze byli dobrze uzbrojeni i od razu okopali się w pobliżu tego pojazdu. Był to dopiero początek ogromnego ruchu wojsk. Przez kolejne dni przez nasze miasto niemal bez przerwy maszerowali radzieccy żołnierze oraz przejeżdżały ich transporty samochodowe.
Połanieckie tereny znalazły się pod wrogą obserwacją. Niemieckie samoloty co jakiś czas śledziły postępy i ruchy radzieckich oddziałów. W jedno z sierpniowych popołudni doszło do ataku lotniczego. Trzy niemieckie sztukasy zbombardowały na drodze pomiędzy Połańcem a Zrębinem radziecki samochód. Pojazd był po brzegi załadowany bronią i amunicją.
Koszmar wojny dotknął też bezpośrednio cywilów. Pewnej jasnej, księżycowej nocy nad dachy domów naszych przodków nadleciały niemieckie samoloty, zrzucając bomby i granaty w różnych częściach Połańca. Skutki nalotu były tragiczne. W jego wyniku zginęli dwaj radzieccy żołnierze oraz Połańczanka o nazwisku Kubik. Zniszczona została konna furmanka, zginęły dwa wojskowe konie, a kilka osób zostało rannych.
Sierpień 1944 roku był dopiero początkiem długich miesięcy wojennej rzeczywistości. Aż do 12 stycznia 1945 roku Połaniec i okoliczne wsie znajdowały się na terenie przyczółka sandomierskiego. Radzieckie dowództwo gromadziło tutaj potężne siły. Ściągano ogromne ilości wojska, sprzętu i broni. Tak przygotowywano się do kolejnej wielkiej ofensywy.
Dla cywilów z naszej okolicy oznaczało to prawdziwy dramat. Mieszkańcy przyfrontowych wsi musieli natychmiast opuścić domy. Z gromad takich jak Ruszcza, Budziska, Rybitwy, Maśnik czy Zdzieci przymusowo wysiedlano ludzi razem z ich całym dobytkiem.
Krajobraz zmieniał się nie do poznania. Wojsko masowo wycinało okoliczne młode lasy, których wtedy u nas nie brakowało. Drewno było niezbędne do budowy szlaków komunikacyjnych. Karne kompanie radzieckie układały specjalne drewniane drogi prowadzące od Wisły aż na linię frontu. Używano do tego polskich podwód, czyli wozów konnych. Na samej rzece zbudowano też trzy drewniane mosty. Dwa z nich powstały na Winnicy, a jeden w Maśniku.
Teren wokół miasta stał się jedną wielką bazą wojskową. Na polach dawnego folwarku w Ruszczy powstało zapasowe lotnisko. Wszędzie wokół, przy pomocy miejscowej ludności, kopano rozległe okopy. Szykowano się na najgorsze, spodziewając się silnego natarcia ze strony wojsk niemieckich.
Mimo strachu i ciągłego zagrożenia, życie toczyło się dalej. Między polską ludnością a żołnierzami radzieckimi na szeroką skalę rozwinął się handel wymienny. Polacy oferowali głównie samogon. W zamian od czerwonoarmistów otrzymywali cenną w tamtym czasie odzież. Była to wojskowa bielizna, buty, spodnie, bluzy, czyli tzw. szynele, a niekiedy nawet ciepłe kożuchy.
Niestety, obecność wojska wiązała się z tragicznymi pomyłkami. Z zapisków śp. Mieczysława Tarnowskiego dowiadujemy się o mrożącej krew w żyłach sytuacji, do której doszło w dzień targowy. Żołnierze Armii Czerwonej wystrzelili z działa oddalonego aż o 13 kilometrów. Pociski spadły prosto na połaniecki Rynek i na ulicę 11 Listopada. W wyniku tego nieoczekiwanego ostrzału zginęły dwie polskie dziewczyny.
Ale nie był to koniec koszmaru dla cywilów w naszym mieście. Innym razem ulica Mielecka znalazła się pod bezpośrednim ostrzałem niemieckiego czołgu. Dwa pociski uderzyły w zabudowania, uszkadzając dwa domy i przynosząc śmierć niewinnym ludziom. Zginęły wtedy dwie osoby: zaledwie 19-letnia Eufrazja Brzostowicz oraz 40-letni Józef Maćkowski. Rany odnieśli również Krystyna Ramos, Władysław Wrzałek oraz kobieta o nazwisku Warchałowska. Życia tej ostatniej nie udało się uratować. Zmarła po kilku tygodniach na skutek odniesionych obrażeń. Kolejne wystrzelone pociski zniszczyły dwa następne domy, ale tym razem na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach.
Wracając do prasówki, czytamy w niej o wielkich ruchach na świecie. Amerykanie brali do niewoli tysiące Niemców w dalekiej Bretanii. Anglicy toczyli mordercze boje pod francuskim Caen, żeby otworzyć sobie drogę na Paryż. Na froncie południowym Niemcy w popłochu opuszczali włoską Florencję.
A tymczasem nad Wisłą, w sercu sandomierskiego przyczółka, Połaniec wpadł w bezlitosne tryby wojennej machiny. Dla dowódców był to tylko przyczółek. Dla naszych przodków wojenne piekło, które miało potrwać aż do mroźnego stycznia 1945 roku. Pomyślcie tylko – ktoś w zrujnowanej, walczącej Warszawie trzymał w rękach tę gazetę. Czytał m.in. o małym Połańcu i szukał w tym nadziei na rychły koniec wojny.
Latające nad Połańcem niemieckie bombowce i radzieckie pociski spadające na Rynek przypominają nam dziś o najtrudniejszej prawdzie tamtych dni. Odepchnięcie hitlerowców ratowało naród przed zagładą, ale obecność Armii Czerwonej nie miała nic wspólnego z wolnością. Nowy porządek wprowadzano za pomocą wysiedleń, terroru i nieliczenia się z ludzkim życiem. Nasi przodkowie nie zostali wyzwoleni. Znaleźli się po prostu w tragicznym potrzasku między dwiema bezlitosnymi siłami.







