
Obozowe tańce, strzał na postrach i dramatyczny bój o przetrwanie. W trzeciej, ostatniej części wspomnień z 1863 roku ruszamy w morderczy i pełen potyczek marsz. Dowiemy się jak wyglądało radosne świętowanie po zwycięstwie, a także dlaczego surowy pułkownik Czachowski użył broni, by uspokoić swoich żołnierzy. Znajdziecie się w samym środku bitewnego chaosu pod Rzeczniowem. Jak potoczyły się ostatnie bitewne losy naszego powstańca? Przeczytajcie finał jego historii.

ojna to nie tylko walka, ale też bardzo krótkie chwile radości. Po wygranej bitwie w obozie powstańców zagrała muzyka, a żołnierze ruszyli do tańca z okolicznymi pannami. Sielanka nie mogła jednak trwać długo. Surowy dowódca szybko przywołał swoich ludzi do porządku, bo carskie wojska deptały im po piętach.
Ruszamy z oddziałem Czachowskiego w morderczy marsz. Przeczytacie o kolejnych potyczkach, ogromnym zmęczeniu i narastającym w szeregach chaosie. Będziecie też świadkami dramatycznej klęski pod Rzeczniowem, gdzie nagle urywa się szlak bojowy naszego narratora.
Wprawdzie odcinek trzeci jest już ostatnim fragmentem samej relacji, ale postanowiliśmy opracować jeszcze jedną część, komentującą wspomnienia żołnierza. W międzyczasie rozpoczęliśmy poszukiwania i próby ustalenia, kto może kryć się pod inicjałami autora. O naszych wynikach poinformujemy Was w zamykającej cykl części czwartej. Tymczasem zapraszamy do lektury.

Czachowski i obóz jego.
Opowiadanie żołnierza z 1863 r. (Część 3.)
Tygodnik Ilustrowany “Praca” nr 37 z 13.09.1903 r.
Tekst w oryginalnym języku z epoki.
(dokończenie)
Dano rozkaz do odwrotu. Oddział zaczął się zbierać na gościńcu. Rannych, których mieliśmy siedmiu, odesłano do obozu na zabranych wozach, zabitych w liczbie czterech pogrzebano. Między nimi był kapitan Grzmot, dzielny, lecz nieostrożny. Przez nieostrożność utracił życie; wyjechawszy bowiem naprzód, natarł na pięciu Moskali razem stojących, z tych powalił dwóch strzałami z rewolweru i nieusunąwszy się, zaczął napowrót nabijać; trzej pozostali złożyli się, dali ognia, a waleczny nasz kapitan spadl z konia kulą w piersi raniony. Drugim był Niemiec Weis. Będąc zupełnie innej narodowości, opuścił Wiedeń i poszedł walczyć do Królestwa. Dwaj inni są mi nieznajomi, i tym oddaję tutaj cześć: niech spoczywają w Panu.
Między rannymi był nasz ukochany Łopacki: dostał postrzał niżej kolana, kula przeszła na wylot, lecz dzięki Stwórcy nie naruszyła kości; kapitan kosynierów O., który chcąc swych ludzi zachęcić, porwał sam kosę i naprzódsię wysunął; kapitan 2-iej kompanji strzelców T., i czterech szeregowych.
W stosunku do naszych strat, straty Moskali były bajecznemi: na placu bowiem zostało 90 ludzi; – ośmiu a między nimi kapitan Nikeforów, który Suchedniów i Wąchock spalił, słynny z swych łupieztw i rozbojów, dostało się w nasze ręce, 3 fury z żywnością, 1 furgon amunicji, 65 karabinów i 80 ładownic było naszą zdobyczą.
Po odniesionem zwycięztwie wracaliśmy do obozu, pędząc Nikeforowa jako trofeę przed sobą. Z obozu cała szarża wyjechała w pól drogi na nasze przyjęcie.
W obozie jedzenie było dla zwycięzców przygotowane. Nie zapomniały o nas Polki: nie uważając na niebezpieczeństwo, na jakie się narażają, przybyły do obozu z całym przyborem dobrze zaopatrzonej kuchni: były tam bułeczki (niesłychane rzeczy w obozie), herbatka, piwo, a nawet wino, trzej muzykanci z jednym obywatelem przybyli, przygrywali krakowiaki, mazury, a wiara nasza rozochociwszy się, zaczęła tańczyć. Salę prędko przygotowano, żołnierze zrobili koło a w środku panie nie uważając na zmęczenie, do upadłego tańczyły, zapomniały nawet o wrażeniu, jakie na nie sprawił widok wiszącego Nikeforowa; tego bowiem kazał Czachowski powiesić.
Tańce przerwał strzał: damy poprzestraszane powsiadały prędko na swoje bryczki i poodjeżdżały, my zaś chwyciwszy za broń, stanęliśmy gotowi po tańcu na nowo się bić. Lecz próżną była nadzieja; Czachowski, któremu za dużo było tych tańców, kazał strzelić, by tym sposobem zabawę przerwać, co mu się udało, bo po odjeździe dam i muzykantów pokładliśmy się w spokoju spać.
Nazajutrz 23-go kwietnia wyszliśmy z Piekła, a idąc przez Nekłaj posuwaliśmy się przez Końskie, lecz później obróciliśmy się ku Wiśle, a następnego dnia, tj. 24-go kwietnia spał oddział na kwaterach w Lipsku, gdzie 25-go dla nieustannie lejącego deszczu zostać musieliśmy, a dopiero 26-go opuściwszy Lipsk zaprowadził nas Czachowski do Solca o 7 wiorst odległego. Solec ma położenie tak cudne, jak rzadko które miasto. Na wzgórzu, którego jednę stronę obmywa Wisła, a z drugiej bystry strumień wypływający z gęstwiny, do wsi Raj należącej, wznosi się majestatycznie kościół z klasztorem OO.. Reformatów. Miasto samo schludne, nie wiele domów liczące lecz za to murowane, posiada także kościół farny, na samym brzegu Wisły na wzgórzu stojący. Za Wisłą leży miasteczko Piotrowin z kościołem św. Stanisława, dalej na prawo Józefów, za Wisłą także leżący, a obróciwszy się, zobaczysz w dole Lipsk. Nie długo tam bawiliśmy, bo przenocowawszy, ruszył oddział w dalszy pochód, kierując się ku Sandomierzowi. 3-go maja przybyliśmy do Tarłowa. Była to niedziela, a dla nas podwójne święto, bo i pamiątka historyczna tak nam droga. Tu wysłuchał cały oddział mszy św. Kononowicza, Stamirowskiego i Wiśniewskiego nie bylo) i nie czekając południa, wymaszerowaliśmy z miasta, a idąc bez wypoczynku, oparł się oddział aż około północy w Lasocinie. Rano opuściliśmy Lasocin, a przyszedłszy do Ożarowa zaledwie 9 wiorst od granicy austryackiej odległego, rozłożyliśmy się za miastem, lecz dla niepokojących wieści musiał Czachowski obóz zwinąć i Ożarów opuścić.
Zaledwie oddział minął 4 wiorst od Ożarowa odległe miasteczko Gliniany, natrafiła szpica na Moskali. Było to około godziny 3-ciej po południu, dnia 4-go maja. Moskale cofnęli się do wsi Boryj, dawszy wprzódy kilka strzałów, piechota ich obsadziła wieś, podczas gdy dragoni za krzakami ukryci ze sztucerów swych kulki nam zasełali. Jedna kompania galicyjskich strzelców pod dowództwem majora R. (Łopackiego rannego wywieziono do Galicji) obsadzi ła wzgórze wsi, przeciwległe i prażyła ztąd skutecznie moskiewską dragonję. Moskale nie myśleli ustępować ze wsi, a że nam na zdobywanie tejże ochoty zbywało, popukawszy do ciemnej nocy, poszliśmy w swoją stronę, co i Moskale uczynili. Całą noc następną maszerowano, a nad ranem, zaledwie oddział usiadł, by zjeść śniadanie, dały wedety znać, że Moskale nadchodzą. Ciągle już wtenczas za nami chodzili, z różnych miejsc wychodząc; chcieli oddział otoczyć, co im się jednak nie udało. Otóż i 5-go maja wyszli byli z Ostrowca w sile 300 ludzi , a połączywszy się z czterema rotami, które z nami się ucierały, chcieli nas zgnieść – silniejsi byli liczbą, bo oddział nasz z początku 630 ludzi liczący, zredukował się na 550; ponieśliśmy bowiem straty 23-go kwietnia w 11-tu ludziach a 4-go maja utraciliśmy 24 tak w rannych jak w zabitych, jakaś część znowu uciekła, gdy oddział pod granicę się podsunął a do 20 chorych zostawiliśmy w okolicy Solca.
Lecz brak w ludziach nagradzał męztwo pozostałych: bez najmniejszej trwogi uderzyli na nadchodzących Moskali i zmusiwszy do ucieczki gonili ich aż pod sam Ostrowiec, gdzie wskutek ran w tej potyczce odniesionych umarł ich major Chlewców. Straty nasze nie były liczne, ale dotkliwe, gdyż kilku dzielnych oficerów poniosło śmierć. Straty moskiewskie liczono na 45 zabitych i 50 rannych.
Tego dnia pochowaliśmy naszych zabitych i dwóch, którzy w skutek ran 4-go maja otrzymanych umarli, złączyliśmy się z Jankowskim i przybywszy do Batowa noc tam przepędziliśmy. Rano ruszył oddział z miejsca, a przeszedłszy przez wieś Rudę, spotkał oddział Grylińskiego, lecz nie pod jego komendą zostający, gdyż po rozbiciu oddziału 18-go kwietnia znikł Gryliński bez śladu, a nad resztkami objął dowództwo kapitan K., później przez Czachowskiego na stopień majora wyniesiony. Oddział ten nie połączył się z nami, lecz udał się w kierunku ku Iłży, gdy my poszli ku Rzeczniowu i Grabowcowi.
Koło południa dotarliśmy do Rzeczniowa, a za nami w ślad postępowali Moskale, i zaledwie minąwszy Rzeczniów na pola wyszliśmy, by dostać się do lasu, dragoni już zaatakowawszy nas wstrzymali pochód; ogromny nieład, jaki wtenczas powstał, był przyczyną naszej klęski. Kosynierzy bez komendy opuścili gościniec i uciekli do lasu, kawalerja znikła bez śladu, piechota zaś najeżdżana przez dragonów i kozaków nie mogła się sformować. Cofnąwszy się więc do lasu rozsypaliśmy się w tyraljery i strzelając nie daliśmy podejść kawalerji bliżej. Tymczasem nadciągnęła i piechota nieprzyjacielska i połączywszy się z dragonami, którzy z koni poschodzili, posuwali się ku lasowi; my widząc znacznie przeważające siły naprzeciw siebie, cofnęliśmy się w głąb lasu, a potem wziąwszy się na lewo wyszliśmy na pole, którędy kosyniery z kawalerją uciekali. Nie mając nikogo z oficerów przy sobie, poszliśmy za ich przykładem, a dragoni objechawszy las dostali się na pole i zaczęli za nami strzelać; zaczęliśmy uciekać, o ile komu sił starczyło, by się nie dostać żywcem w ręce Moskali. Jużem opadał na silach, gdy oto przejeżdża koło mnie jeden z naszych furgonów, chciałem wieść nań nie mogąc już uciekać, i już byłem jedną nogą w wozie, gdy w drugą nagle mi się gorąco zrobiło, zaćmiło mi się przed oczyma i padłem nieprzytomny.
Gdym się ocucił, znalazłem się w pięknie umeblowanym pokoju, a żyd jakiś, zapewne felczer, obwiązywał moją nogę.
Jakie koleje oddział Czachowskiego po bitwie 6-go maja przeszedł, wiadomo zapewne czytelnikom, gdyż stoczywszy jeszcze kilka zwyciężkich potyczek, musiał pod Ratajami uledz sile przeważającej, a rozpuściwszy oddział przybył do Galicji, zkąd w padzierniku napowrót wyszedłszy, po klęsce pod Jurkowicami dostał się w ręce Moskali, wprzód sobie strzałem z pistoletu życie odebrawszy.
D. P.
Koniec cz. 3 ostatniej.
Artykuł podsumowujący w przygotowaniu.








Odpowiedź: Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 2.) - Na Fali Czasu