Pamiętnik pisany życiem. Niezwykłe losy p. Janiny Pieciun i tajemnica rękopisu (Część 4.)

Łukasz OrłowskiReportaż23 sierpnia, 2026264 Wyświetleń

Czas podsumować nasze dziennikarskie śledztwo i sprawdzić, dokąd ostatecznie zaprowadził nas ten niezwykły rękopis. Droga, którą pokonaliśmy, badając zapiski pani Janiny, okazała się równie fascynująca co sama treść pamiętnika. Dziś domykamy ten rozdział, wyjaśniając, jak dokument trafił do biblioteki, publikując fotografie z archiwum rodzinnego pani Janiny i oddając głos rodzinie, dzięki której ta historia wreszcie odzyskuje pełną tożsamość.

Są historie ukryte w archiwach, które cierpliwie czekają na swoje odkrycie. W Kórnickiej Bibliotece Cyfrowej natrafiliśmy na rękopis z lat 1930-1981. Nie spodziewaliśmy się, że zaprowadzi nas on prosto do serca niezwykłej rodziny. Los doświadczył jej członków nad wyraz boleśnie. Dziś, w zamykającej części naszego cyklu, ostatecznie zdejmujemy zasłonę anonimowości. Zapraszamy na podsumowanie dziennikarskiego śledztwa. W tej historii bezapelacyjnie triumfuje matczyna miłość i ludzka niezłomność.

godnie z naszą wcześniejszą zapowiedzią przygotowaliśmy dla Was ostatnią część tego cyklu. Naszym celem było dotarcie do rodziny pani Janiny, autorki wspomnień. Pamiętnik, jak mogliście się przekonać, jest bardzo szczerym zapisem życia zwykłej, a jednocześnie nietuzinkowej kobiety, która musiała zmierzyć się z niezwykłymi trudnościami.

Udało się nam zrealizować ten cel i dowiedzieć szczegółow, które pozwoliły nam na przedstawienie sylwetki Pani Janiny i jej rodziny. Czas na podsumowanie. W artykule zaprezentujemy fotografie autorki z jej archiwum rodzinnego. Dowiecie się również, do kogo należało imię “Helena” umieszczone na przodzie koperty oraz jak rękopis znalazł się w Kórnickiej Bibliotece Cyfrowej. Historia Janiny Pieciun to unikalna opowieść o wojnie, strachu i ogromnej biedzie. Ale przede wszystkim uniwersalny obraz wielkiej determinacji matki. Potwierdza, jak dużą siłę może mieć człowiek w walce o przetrwanie swoich najbliższych. Nie przedłużając zapraszamy do lektury.

Dzieciństwo przerwane przez wojnę

Pierwsza część pamiętnika to bardzo poruszający obraz świata widzianego oczami dziecka. Przedwojenna rzeczywistość Janiny była pełna skrajnego ubóstwa. Wojna odebrała jej resztki beztroskiego dzieciństwa i zmusiła do bardzo szybkiego dorośnięcia. Janina urodziła się w 1929 roku. Mieszkała wraz z rodziną w Łodzi na Bałutach. Ich dom znajdował się przy ulicy Zawiszy 45. Był to stary, drewniany budynek. Rodzina składała się z pięciu osób. Matka, dwie siostry, brat oraz mała Janina. Ojciec opuścił ich, gdy dziewczynka miała zaledwie pół roku.

Życie w Łodzi wiązało się z ciągłym brakiem pieniędzy. Matka Janiny była prostą kobietą. Nie umiała pisać ani czytać. Nie posiadała też żadnego konkretnego zawodu. Utrzymywała wszystkie dzieci ze sprzątania oraz nocnego prania cudzych ubrań. Cała rodzina gnieździła się w jednym, bardzo małym pokoju. Stały tam tylko dwa łóżka, stół, szafa i piecyk do gotowania. Zimą w izbie było w miarę ciepło. Latem jednak panował tam ogromny, duszący upał. Nocami domowników gryzły pluskwy. Jedzenia wiecznie brakowało. Dzieci dzieliły się bardzo skromnymi porcjami, które matka przynosiła z pracy. Korzystały także z darmowej zupy z opieki społecznej. Mimo ogromnych starań matki, skromne zarobki ledwo wystarczały na opłacenie czynszu.

Szczególnie smutnym wątkiem z tego okresu jest historia ciotecznego brata, Leszka. Chłopiec był młodszy od Janiny o dwa lata. Jego matka zmarła na gruźlicę, a ojciec odszedł. Dziecko trafiło do sierocińca przy ulicy Karolewskiej. Janina bardzo przeżywała los chłopca. Matka często obiecywała, że zabiorą go do siebie. Niestety, bieda nigdy na to nie pozwoliła. Rodzina odwiedziła Leszka po raz ostatni w upalny dzień, tuż przed wybuchem wojny.

Wrzesień 1939 roku zapowiadał się ładnie. Janina poszła do drugiej klasy. Jej nauka szybko się jednak skończyła. Niemcy wkroczyli do Łodzi po kilku nalotach. Rozpoczęły się groźne łapanki na ulicach. Złapano w nich starszą siostrę i brata Janiny. W domu została tylko matka i dwójka dzieci.

Głód zmuszał ludzi do trudnych decyzji. Matka umówiła się z sąsiadkami na wyjazd na wieś do kopania ziemniaków. Janina miała zostać pod opieką siostry. Pewnego dnia siostra wysłała ją do sklepu po śmietanę. Dziewczynka była tak głodna, że potajemnie zjadła zakupy po drodze. Bała się surowego bicia ze strony siostry. Postanowiła uciec z domu i pójść śladem matki na wieś. Ta decyzja sprawiła, że zobaczyła okrucieństwo wojny. Przechodząc przez cmentarz żydowski, ujrzała ułożone w dwóch rzędach ciała zabitych kobiet i małych dzieci. Zginęły one od kul podczas ucieczki. Janina dotarła w końcu do wsi Niecki. Praca przy wypasie krów była jednak zbyt trudna. Dziewczynka wróciła pieszo do Łodzi. Szła szosą przez Brzeziny. Mijała po drodze martwe konie i zniszczone samochody. Po powrocie matki cała rodzina udała się do sierocińca. Budynek był już pusty. Niemcy wywieźli dzieci, a los małego Leszka na zawsze pozostał tajemnicą.

Z końcem lutego 1940 roku doszło do kolejnej tragedii. W nocy do mieszkania wpadli Niemcy razem z dozorcą. Dali rodzinie pani Janiny tylko pięć minut na natychmiastowe opuszczenie miejsca zamieszkania. Matka zdążyła zabrać jedynie grubą pierzynę. Później okazało się, że wiedziała, co robi, ponieważ to uratowało im życie. Dziecko wybiegło na silny mróz w samej koszuli nocnej, palcie i bamboszach. Wszyscy mieszkańcy z ulicy zostali zapędzeni do obozu przejściowego, który mieścił się przy ulicy Łąkowej. Ludzie spędzili tam trzy dni. Nie mieli spokoju, byli okradani z resztek wartościowych rzeczy. Janina chciała uciec do kuzynki, ale zauważył to niemiecki żołnierz uderzając ją kolbą karabinu w twarz. Dziewczynka zalała się krwią i straciła część zęba. Następnie wszystkich załadowano do wagonów towarowych na dworcu. Cała podróż trwała trzy dni. W tym czasie panował ogromny ścisk i siarczysty mróz. W dodatku ludzie nie mieli wody i jedzenia. Wiele niemowląt nie przeżyło tej drogi.

Pociąg dojechał do Staszowa. Stamtąd polskie wozy konne rozwoziły ludzi. Rodzinę Janiny wysłano do Połańca. Jechali w straszliwej zamieci śnieżnej. Uratowała ich pierzyna zabrana z domu. W Połańcu czekali lokalni działacze: żona sekretarza gminy Jana Liwińskiego zabrała dzieci do ciepłego domu. Lekarz weterynarii, major Tadeusz Górka, nacierał ich odmrożone ręce i nogi śniegiem, a potem naftą. Niestety, major Górka wraz z sekretarzem Janem Liwińskim zostali rozstrzelani przez Niemców dwa lata później, 1 lipca pod murem kościoła św. Marcina. Co m.in. potwierdzila w swoim pamiętniku p. Janina. Niemcy wkrótce oddzielili dzieci od matek. Dziewięcioletnią Janinę i starszą Stasię wywieziono do wsi Przeczów. Trafiły do domu niemieckiego gospodarza, gdzie zmuszono je do ciężkiej pracy.

Koniec wojny i trudne wchodzenie w dorosłość

Druga część wspomnień opisuje koniec wojny i bardzo trudny początek dorosłego życia. Zapiski pokazują ucieczkę z przymusowych robót. Ukazują walkę z powojenną biedą. Przedstawiają też macierzyństwo pełne wyrzeczeń i ciągłe zmiany miejsca zamieszkania.

W 1944 roku Niemcy zaczęli odczuwać wielki niepokój. Janina miała już czternaście lat. Każdego dnia myślała o ucieczce. Bała się wywózki w głąb Niemiec. Zaplanowała ucieczkę podczas wypasu krów. Wydarzyło się jednak coś niespodziewanego. Rano obierała ziemniaki. Usłyszała głośne strzały. Z okna widziała niemiecką wartownię. Polscy partyzanci otoczyli budynek. Niemcy uciekali i chowali się w polach. Akcja trwała tylko dwadzieścia pięć minut. Polacy zabrali broń, radiostację i konie. Następnie uciekli do lasu. Zabili kilku niemieckich żołnierzy.

Zemsta okupantów była szybka. Przyjechała ciężarówka pełna uzbrojonych esesmanów z psami. Złapali dwóch przypadkowych polskich mężczyzn. Bili ich i strasznie torturowali na ganku domu. Chcieli dowiedzieć się, gdzie są partyzanci. Następnego dnia Janina widziała zmasakrowane ciała tych mężczyzn. Tego samego wieczoru Niemcy spalili miasteczko Osiek. Łuny pożaru było widać z daleka.

Przerażona dziewczyna uciekła o świcie. Wyprowadziła krowy nad rzekę. Zostawiła je tam i pobiegła do lasu. Towarzyszył jej pies. Przebiegła kilka kilometrów przez wsie Ruszcza i Rybitwy. Dotarła do leśniczówki, gdzie była jej matka. Obie uciekły na pobliskie bagniska. Siedziały w zimnej wodzie i gęstym sitowiu przez dwa dni. Kiedy matka poszła do wsi po wiadomości, dowiedziała się najgorszego. Dom Janiny został spalony, a wycofujący się Niemcy zabrali wszystkie polskie dzieci. Zabrano również Stasię, która nie zdążyła uciec. Janina i jej matka znalazły schronienie u sąsiadki. W jednej izbie spało wtedy siedem osób.

Przyjazd radzieckich czołgów wywołał dużą radość. Mieszkańcy rzucali żołnierzom kwiaty. Front stał tam jednak aż osiem miesięcy. Drogi były bardzo zniszczone, brakowało żywności. Matka Janiny musiała oddać żołnierzom swoją jedyną świnię. W izbie zamieszkał radziecki lekarz. Udało mu się wyleczyć duże, ropiejące rany na nogach Janiny.

Wojsko zdecydowało o wysiedleniu ludzi za rzekę Wisłę. Janina i matka trafiły do wsi Winnica w gminie Połaniec. Spały tam u gospodarza w stodole. Zaczęła się późna jesień. Pomagały młócić zboże w zamian za jedzenie. Janina nie miała ubrań. Radziecka sanitariuszka Tania oddała jej stary mundur. Chodzenie w wojskowych ubraniach było ryzykowne. Pewnego razu radziecki żołnierz aresztował dziewczynę. Komendant jednostki jednak ją wypuścił i wyśmiał swojego podwładnego. Czternastolatka poprosiła o pracę. Została wysłana do majora Suchorowskiego. Pracowała na wojskowym lotnisku. Do jej obowiązków należało zasypywanie łopatą dziur w ziemi. Maskowała też pas startowy gałęziami, aby chronić go przed niemieckimi samolotami. Pracowała w grupie starszych żołnierzy, którzy uczyli ją języka rosyjskiego i śpiewania. Nazywali ją “Winką”. Komendant dał jej paczkę smalcu, co bardzo pomogło głodującej matce. Po przerwaniu frontu Janina pożegnała się z majorem. Później odwiedził ich w Polsce. Niestety, zginął od granatu podczas walk z banderowcami w Bieszczadach.

Po pięciu latach wygnania Janina z matką wróciły do Łodzi. Szły pieszo i jechały chłopskimi wozami. Ich stary, drewniany dom na Bałutach nie istniał. W tym miejscu było kiedyś getto. Została tylko studnia, góry gruzu i stare szmaty. Kuzynki, do których chciały pójść, zginęły w czasie wojny. Następnego dnia Janina poszła szukać pracy. Została przyjęta do wojskowej szwalni. Praca opierała się na akordzie. Dziewczyna wcale nie umiała szyć, ale uczyła się bardzo szybko. Potrzebowano wielu mundurów. W tym czasie poznała swojego męża, Jana. Był on repatriantem z Wilna. Janina bardzo często się z nim kłóciła, ale zdecydowali się na ślub mimo iż było bardzo biednie. Panna młoda sama pomalowała farbą brązowe buty na biało, a sukienkę pożyczyła. Sama zrobiła też dla siebie ślubny bukiet. Mąż nie chciał brać ślubu w kościele, ale Janina nie ustąpiła.

Życie w małżeństwie polegało na ciągłych przeprowadzkach. Mąż rozpoczął służbę wojskową. W marcu 1950 roku urodziła się córka, Elżbieta. Mąż zaczął uczyć się w szkole oficerskiej. Został porucznikiem i przeniesiono go do miasta Braniewo. W czerwcu 1951 roku urodziła się córka Krystyna. Wtedy rodzina przeniosła się do Elbląga. W 1952 roku urodził się syn Janusz. Następnie przeprowadzili się do Torunia, a potem do Gniezna. Janina ciężko to znosiła. Przywiązywała się do ludzi i po każdym wyjeździe bardzo płakała.

Czas spędzony w Elblągu był najgorszy. Mąż ciągle wyjeżdżał na długie kursy i poligony wojskowe. Janina musiała radzić sobie sama. Sama rąbała duże kawałki drewna, reperowała domowe żelazko i malowała ściany. W nocy, gdy dzieci spały, uczyła się czytać i pisać. Cały czas brakowało jedzenia. Mięso wydawano tylko na kartki. Po zwykłe mleko kobieta musiała chodzić aż dwa kilometry w jedną stronę. Próbowała pracować w sklepie, ale wynajęta młoda opiekunka nie dawała rady sobie z jeszcze małymi dziećmi. Trzecia ciąża była wyczerpująca. Po narodzinach syna Janusza, Janina bała się kolejnego dziecka i przeniosła swoje łóżko do innego pokoju.

Największy dramat rodziny nadszedł, kiedy męża wysłano na czteroletnie studia do Leningradu. Janina została w Polsce zupełnie sama z trójką bardzo małych dzieci. Dochdoziły kolejne ciężkie obowiązki np. musiała przenieść do piwnicy dwie tony węgla. Gdy wszyscy zachorowali na grypę, nie miał kto podać im herbaty. Dzieci miały czterdzieści stopni gorączki i krew leciała im z nosa. Kobieta poczuła wielki bunt. Uznała, że mąż o nią nie dba. Przestała pisać do niego listy i kazała zostawić rodzinę w spokoju.

Upragniony spokój, teatr i walka o byt

Trzecia część pamiętnika pani Janiny ukazuje odwagę autorki. Przedstawia m.in. jej starcie z generałami wojskowymi. Opisuje też epizod pracy w teatrze oraz przeprowadzkę do nowego miejsca zamieszkania, gdzie walka o przetrwanie zaczęła się od nowa.

Ciągły stres, na który była narażona i samotność bardzo zniszczyły jej zdrowie. Zaczęła cierpieć na nerwicę i czuła ogromny lęk. W pewnym momencie bała się nawet własnego cienia. W nocy nie mogła zasnąć, bo ciągle wydawało jej się, że ktoś puka w okna. Zastrzyki i tabletki nasenne od lekarza nie pomagały. Odmówiła wyjazdu do sanatorium, bo nie chciała zostawić dzieci. Otrzymała pomoc od koleżanki, która prowadziła przedszkole. Kobieta przyniosła jej też małego psa o imieniu Azorek. Miał on dawać poczucie bezpieczeństwa w nocy. Pies jednak po zgaszeniu światła natychmiast mocno zasypiał na łóżku.

Brak listów zaniepokoił męża Jana. Wyprosił więc krótki urlop i przyjechał do Polski. Janina dostała nagle wielkiej energii przed jego powrotem. Kupiła kredę i pomarańczową farbę do pomalowania pokoju. Na ścianach było widać ślady pędzla. Aby to ukryć, kobieta wzięła ekierkę i narysowała po całym pokoju ciemne trójkąty. Kiedy mąż przyjechał, dzieci go nawet nie poznały. Widząc chorą żonę, Jan postanowił zostać w kraju. Pisał oficjalne raporty do ministerstwa w Warszawie. Wysyłał zaświadczenia lekarskie. Nikt z dowództwa mu jednak nie odpisywał.

Janina pokazała wtedy wielki charakter. Zostawiła dzieci u rodziny w Łodzi. Sama wsiadła do pociągu i pojechała prosto do Warszawy. Poszła do Głównego Zarządu Politycznego wojska. Przyjął ją wysoki rangą generał. Początkowo bardzo na nią krzyczał, później jednak odbyło się dziwne przesłuchanie. Janina usiadła w wielkim gabinecie na fotelu przed olbrzymim biurkiem. Przesłuchiwali ją trzej oficerowie: pułkownik Stypuła, major Machoń i generał Melenas. Wzięli ją w krzyżowy ogień pytań. Nazywali ją drobnomieszczanką. Twierdzili, że chce zniszczyć karierę męża. Zdenerwowana Janina podniosła głos i zaczęła bronić swoich racji. Powiedziała, że pułkownik nie dorasta bolszewikom do pięt. Ta niesamowita odwaga bardzo spodobała się głównemu generałowi. Nakazał przebadać ją w szpitalu. Mąż mógł wrócić do Polski.

Pan Jan zrezygnował z wojska i przeszedł do cywila. Zaczął studiować historię w Poznaniu. Rodzina przeniosła się do Gniezna. Na początku zamieszkali w zwykłym baraku z powodu braku mieszkań. Zaczęli jednak powoli stawać na nogi. Janina zatrudniła się w Teatrze im. Aleksandra Fredry, z początku jako zwykła bileterka. Wkrótce nowy dyrektor Eugeniusz Aniszczenko zaproponował jej prowadzenie kawiarni teatralnej. Bufet nazywał się “piekiełkiem”. Janina bardzo poważnie podeszła do tego zadania. Za własne pieniądze kupiła sprzęt. Sprzedawała aktorom ciastka, kawę i papierosy. Aktorzy nie zawsze mieli pieniądze. Kobieta dawała im towar na kredyt do czasu wypłaty. Kiedy zauważyła, że na poranne próby przychodzą głodni, zaczęła podawać wędliny i jajka. Wszyscy w teatrze bardzo ją polubili. Przynosili jej kwiaty po premierach. Mówili do niej “Nasza Kochana Pani Janeczka”. Kobieta pilnowała nauki swoich dzieci i spędzała z nimi czas w przerwach w pracy. To był dobry, spokojny okres. Niestety, nowy dyrektor Zieliński z Warszawy zmienił zasady w teatrze. Zaczął grać słabsze, mało ambitne sztuki. Widzowie przestali przychodzić, a najlepsi aktorzy odeszli. Mąż skończył studia i zaczął pracować jako nauczyciel w szkole.

Spokój nie trwał długo. Z różnych powodów rodzina musiała znów zmienić dom. Tym razem ruszyli do obcego Krakowa. Jak się później okazało, była to dramatyczna zmiana. W wyniku przeprowadzki stracili wszystkie meble i oszczędności. Zostali zupełnie z niczym. Janina musiała natychmiast znaleźć zatrudnienie. Dostała katorżniczą, fizyczną pracę w krakowskiej hurtowni towarów. Wtedy okazało się, że jest w ciąży. Było to ogromne zaskoczenie, bo minęło osiemnaście lat od narodzin starszych dzieci. Kobieta była przerażona nową sytuacją. Na szczęście starsze rodzeństwo bardzo ucieszyło się z narodzin nowej siostry, Beaty. Okres krakowski był czasem ciężkiej walki ze skrajną biedą.

Dziennikarskie śledztwo redakcji “Na Fali Czasu”

Po publikacji tekstów, nasza redakcja postanowiła sprawdzić, co stało się z autorką. Ostatnim miastem i adresem zapisanym w pamiętniku był Kraków. W poszukiwanaich postanowiliśmy skorzystać z najprostszej, a zarazem najszybszej metody. Zamieściłyśmy prośbę o pomoc w skontaktowaniu się z rodziną pani Janiny na krakowskiej grupie na Facebooku: „STARY KRAKÓW stare zdjęcia, fotografie, filmy, wspomnienia”, liczącej ponad 130 tys. członków. Reakcja ludzi była bardzo szybka. Użytkownicy dotarli nawet do sąsiadów i znajomych autorki. Po krótkim czasie na skrzynkę e-mailową redakcji przyszła bardzo ważna wiadomość. Napisała do nas pani Beata Pieciun-Fert, najmłodsza córka autorki.

Pani Beata była bardzo wzruszona naszym odkryciem. Posiadała ona w domu prywatne rękopisy mamy przekazane jej tuż przed śmiercią. Chciała je porównać z materiałem, który opublikowaliśmy. Reszta rodzeństwa, p. Krystyna i p. Janusz również dowiedziała się o całej sytuacji. Wszyscy wyrazili pełną zgodę na publikację wspomnień. Niestety, p. Beata potwierdziła, że nie ma żadnych zdjęć matki z okresu dzieciństwa. Wszystko zniszczyła wojna i wysiedlenie. Ale przekazała redakcji fotografie powojenne.

Byliśmy ciekawi, jak potoczył sie dalsze losy p. Janiny po 1981 roku. Dzięki pani Beacie udało się opowiedzieć końcówkę tej historii. Życie nadal nie było łaskawe dla naszej bohaterki. W 1990 roku została wdową. Zmarł jej mąż, Jan (1918-1990). Najgorszy cios przyszedł jednak w 1996 roku. Zmarła wtedy pierwsza, ukochana córka Janiny, Elżbieta (1950-1996). Był to cios, który pozostawił w matce wielką bliznę do końca życia. Sama autorka odeszła z tego świata w 2005 roku. Przyczyną była ciężka choroba. Została pochowana w Krakowie, mieście, które stało się na zawsze domem dla jej rodziny.

Córka Beata opisuje matkę w pięknych słowach. Janina, mimo braku wykształcenia i ciągłej biedy, była pełna niesamowitej energii. Do końca swoich dni zachowała siłę i wytrwałość. Miała genialne, ogromne poczucie humoru. Nie znosiła siedzieć w domu. Organizowała ciągłe wyjazdy, podróże małe i duże. Cieszyła się z sukcesów dzieci. Wszystkie jej dzieci zdobyły świetne wykształcenie. Zostali szanowanymi nauczycielami, jak ich ojciec. Była z nich bardzo dumna. Zrekompensowało jej to własny brak szkoły, którego tak długo się wstydziła.

Elżbieta i Krystyna malowały obrazy, Krystyna nadal. Wszystkie trzy córki uzdolnione plastycznie. Syn matematyk, infomatyk. Zresztą nasz tata po odejściu z wojska i ukończeniu studiów z zakresu historii był nauczycielem w krakowskim liceum, a następnie wizytatorem krakowskiego kuratorium. O mamie chciałabym dodać, że zawsze dużo czytała, w domu było pełno książek i czasopism. Mimo, że nie zdążyła zdobyć wykształcenia sama potrafiła poszerzać swoje horyzonty wiedzy. Mama kochała zwierzęta, zawsze w domu był kot i pies.

Beata Pieciun-Fert

Podczas analizy pamiętnika, dostrzegliśmy od razu rzucający się w oczy, ciekawy szczegół. Chodzi o kopertę, w której znajdował się rękopis. Na jej przodzie wielkimi literami napisano imię “HELENA”. Początkowo można było myśleć, że to być może drugie imię autorki lub jej pseudonim. Ale prawda okazała się zupełnie inna. Pani Beata szybko wyjaśniła tę zagadkę.

Imię Helena należało do matki pani Janiny. Słowo zostało użyte celowo i pełniło funkcję tak zwanego godła konkursowego. Przed laty wszystkie prace nadsyłane na konkursy musiały być anonimowe. Uczestnicy podpisywali zatem swoje prace wymyślonym przez siebie hasłem, czyli tzw. godłem. W osobnej, zamkniętej kopercie z tym samym godłem znajdowały się prawdziwe dane autora. Jak się dowiedzieliśmy Janina Pieciun brała udział w wielu takich konkursach. Pisanie było dla niej wielką pasją. O czym świadczą również fotografie i przykładowe dokumenty, które zamieściliśmy poniżej.

Pozostała jeszcze jedna tajemnica do odkrycia. Jak dokument trafił do Kórnickiej Biblioteki Cyfrowej? Redakcja zapytała o to starszego kustosza tej instytucji. Pan Grzegorz Kubacki udzielił jasnej odpowiedzi. Rękopis został przekazany do biblioteki w 1986 roku. Został podarowany przez Instytut Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz Instytut Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dlaczego takie instytucje miały ten dokument? W 1981 roku socjolodzy we współpracy z PAN zorganizowali specjalny, ogólnopolski konkurs. Nosił on nazwę “Konkurs na pamiętniki robotników”. Odzew społeczeństwa był wtedy gigantyczny. Trwał akurat karnawał “Solidarności”. Ludzie chcieli opisywać swoje trudy życia w Polsce Ludowej. Janina Pieciun spisała swoje wspomnienia i wysłała je do Poznania. Stamtąd, kilka lat później, jako cenny dokument naukowy, trafiły do zbiorów w Kórniku.

Opisane wyżej wydarzenie nie było jednak przypadkiem. Tłumaczy ono niezwykły fenomen polskiej nauki. Profesor Florian Znaniecki (1882-1958), słynny socjolog, wprowadził metodę, która zmieniła świat. W 1920 roku w Poznaniu utworzył swój instytut. Stwierdził, że suche statystyki nie wystarczą, aby zbadać społeczeństwo. Zdecydował, że należy pytać zwykłych ludzi o ich własne uczucia. Metoda nazywa się dzisiaj metodą dokumentów osobistych lub metodą biograficzną.

Od 1922 roku ogłaszano w Polsce setki takich konkursów. Pisali chłopi, pracownicy i bezrobotni. Pisanie stało się potężnym ruchem społecznym. Dzięki temu powstała wielka scena, na której prości, często słabo wykształceni ludzie, mogli zabrać głos. Konkurs z 1981 roku dał Janinie Pieciun impuls, którego bardzo potrzebowała. Przyznacie Państwo że jest to dość niezwykłe, jak wielka historia polskiej socjologii splotła się z chęcią opowiedzenia o rąbaniu drewna w Elblągu i strachu na lotnisku w czasie wojny.

Na koniec, podsumowując całość chcemy powiedzieć, że historia pamiętnika przedstawia potężną prawdę o życiu. Bardzo często, na kartach podręczników, szukamy wielkich bohaterów. Tymczasem prawdziwe bohaterstwo rozgrywa się w ciasnych mieszkaniach czy starych barakach. Rękopis z Biblioteki Cyfrowej w Kórniku, na który udało się nam natrafić przypadkowo, udowadnia, że niezwykła siła drzemie w zwykłych ludziach. Bezwględna walka z głodem, katorżnicza praca fizyczna i ciągła walka o byt pokazują postawę godną najwyższego szacunku.

Znalezienie rodziny i wyjaśnienie wszystkich sekretów zamyka wspaniały rozdział. Jesteśmy bardzo dumni i wdzięczni rodzinie pani Janiny za zaufanie i możliwość podzielenia się tą historią z naszymi Czytelnikami. Ich Mama wygrała z czasem i trudami życia. Odchowała swoje pociechy, przekazała im dobrą energię i zostawiła bezcenny, szczery zapis swoich doświadczeń. Jest to lekcja pokory i wytrwałości dla wszystkich, którzy dzisiaj mają okazję przeczytać jej słowa. Cześć Jej pamięci!

Fotografie rodzinne autorki pamiętnika

MATERIAŁ POWIĄZANY:

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...