
Bunt w oddziale, mądre pojednanie i szybka karma dla dezertera. W drugiej części wspomnień z 1863 roku wchodzimy w sam środek powstańczego życia! Zobaczycie, jak wyglądała obozowa radość po połączeniu sił, poznacie barwną kawalerię Stamirowskiego i... staniecie na linii ognia podczas porannego starcia pod Stefankowem. Jak zakończyła się ta bitwa? Przeczytajcie ciąg dalszy tej niezwykłej relacji.

zy pamiętacie szanowni czytelnicy opublikowaną przez nas 5 sierpnia pierwszą odsłonę wspomnień żołnierza z czasów powstania styczniowego 1863 roku? Wówczas napięcie można było tam kroić nożem. Kontynuując ten cykl, dziś przygotowaliśmy drugą część tej historii.
I od razu musimy Wam powiedzieć, że dzieje się jeszcze więcej. Mamy tutaj prawdziwe, żywe emocje. Przeczytacie m.in. jak jeden prosty, ale mądry gest pułkownika Czachowskiego potrafił zjednoczyć skłócony obóz. Dokładnie tak wygląda prawdziwe przywództwo.
A co z Faustynem Grylińskim, który tak bardzo próbował rozbić oddział? No cóż, los potrafi być przewrotny. Karma wróciła do niego bardzo szybko. W tym odcinku znajdziecie ponadto zupełnie inne oblicze powstańczego życia. No bo spróbujcie sobie tylko wyobrazić ten leśny obóz. Chłopaki z różnych stron kraju spotykają się po wygranych potyczkach. Śmieją się, żartują, piją piwo z beczki. Jest dość gwarno i radośnie. A wszystko to na dosłownie kilka godzin przed rozpoczęciem zaciętej bitwy pod Stefankowem z 22 kwietnia 1863 roku. Ten kontrast robi niesamowite wrażenie. Nie przedłużając niepotrzebnie, zapraszamy do lektury.

Czachowski i obóz jego.
Opowiadanie żołnierza z 1863 r. (Część 2.)
Tygodnik Ilustrowany “Praca” nr 36 z 06.09.1903 r.
Tekst w oryginalnym języku z epoki.
(Ciąg dalszy)
Czachowski widząc takie rozdwojenie w obozie, ustawił swych ludzi w porządku na rynku, Łopackiemu polecił, by toż samo ze swoimi uczynił, nie troszcząc się o Grylińskiego. Gdy obydwa oddziały czworobok sformowały wystąpił Czachowski w środku, zdjął czapkę, uklęknął, a za nim i my to zrobiliśmy, ksiądz kapelan zaczął modlitwę, którą pieśnią „Kto się w opiekę“ zakończono. Po odprawieniu modlitwy wstał Czachowski i przemówił do nas mniej więcej w następujące słowa:
– “Przyszliśmy tu ojczyznę ratować; nie klóćmyż się więc między sobą – zgodą oprzemy się dzikim barbarzyńcom, a niezgoda bez nich nas zje. Nie chcecie, żebym wami dowodził – i na to przystanę; jestem o was spokojny, macie dzielnego wodza w osobie majora Łopackiego, ten was dobrze poprowadzi; a teraz żegnam was moi bracia”…
Ledwie tych słów domówił, aż tu padł strzał. Czachowski otarł łzy; które po licu mu spłynęły i dał rozkaz swoim, by się w dwójki uformowali; wtenczas zawołał cały nasz oddział jednogłośnie:
– Niech żyje Czachowski!
– Niech żyje Łopacki!
I dopiero zaczęliśmy nalegać na Czachowskiego, aby objął naczelne dowództwo nad nami, pozostawiając nam jednak ukochanego Łopackiego. Otarł łzy radości a uścisnąwszy Łopackiego, kazał mu swój oddział sformować. Gryliński tylko nie myślał o zgodzie z Czachowskim, został też za to dotkliwie ukaranym, w jaki sposób, później się okaże.
Po pierwszym strzale nastąpiło kilka innych, a przybyły z wedety kawalerzysta zameldował Czachowskiemu, że dość wielki oddział Moskali pod lasem się ukazał. Wyszliśmy naprzeciw nich, lecz zaledwie arjergarda miasto opuściła, kazano się nam wrócić, a Czachowski sam siadłszy na koń wyprowadził nas w przeciwną stronę za miasto: chciał on widać uniknąć potyczki, gdyż zapewne albo wiedział, że przeważająca siła Moskali nadciąga, albo nieznając ich liczby nie chciał ludzi na niepewną walkę narażać; skończyło się więc na tem, że piechota wycofała się z miasta a kawalerja nasza dawszy kilka strzałów rozsypała się w łańcuch z tyłu oddziału, podczas gdy cała awangarda w łańcuch tyraljerski rozsypana pobliskie krzaki przetrząsała. Nie spotkawszy Moskali, dostaliśmy się do lasu, a idąc nim ze 6 godzin stanęliśmy w gęstwinie nad źródłem dość obfitem, i tam obóz rozłożono.
Gryliński szedł z początku z nami; w pół drogi zaś znikł bez śladu z całym swym oddziałem, czem nietylko Czachowskiego, ale i nas wszystkich oburzył. W miejscu gdzieśmy stanęli, kazał Czachowski porobić namioty z gałęzi, zanosiło się bowiem na deszcz.
Tu zostaliśmy do dnia następnego, Czachowski chciał bowiem znaleść Grylińskiego, by się z nim porozumieć; gdy około południa przyjeżdża jeden kawalerzysta z oddziału ostatniego, donosząc, że są ze wszystkiem rozbici. Ubodło to Czachowskiego, nie żałował on wcale Grylińskiego, który słuszną karę za swój postępek odebrał, ale bolało go serce za ludźmi. Natychmiast dał rozkaz do wychodu i nie biorąc przewodników, sam i nas prowadził. Uszedłszy jakie 24 wiorst stanął oddział by wypocząć; jedni pokładali się na drodze i pozasypiali, drudzy konsumowali resztki chleba i słoniny, a kilku wróciło się do źródła, koło którego przeszliśmy byli. Między ostatnimi byłem i ja, było także trzech kawalerzystów; gdyśmy wodę pili, spostrzegł jeden na drodze w bok idący wózek, poskoczyl co rychło na koniu i ku nasze mu wielkiemu zdziwieniu przywiódł kozaka rannego, który bezprzytomny na wozie leżał i żołnierza z 7-ej roty zupełnie zdrowego. Oczywiście zaczęliśmy się wypytywać o to i owo, a on odpowiadając z wielkim strachem i uszanowaniem na zapytanie każdego, objaśnił nas, że należał do oddziału, który rozbił Grylińskiego, i że zabrawszy furgon wsadził nań rannego kozaka, by go zawieść do korpusu. Mówił czysto po polsku, pytałem go więc jakiej narodowości, odpowiedział że jest Polakiem, że pochodzi z krakowskiego i że przed 15 laty do wojska wzięty, służy carowi.
Odprowadziliśmy jeńca do Czachowskiego, który z nim na osobności długo rozmawiał, a potem pod wartę go oddawszy, kazał dobrze pilnować. Dla jakiego powodu, nie wiem, ale dość na tem, że maszerowaliśmy całą noc i przeszliśmy koło Wąchocka; wypocząwszy z pół godziny ruszono dalej, i dopiero nad ranem stanął oddział w wiosce, gdzie ludziom śniadanie rozdzielono; tam opatrzył nasz felczer rannego kozaka, a obwiązawszy ranę ułożył go w wozie, a z rozkazu Czachowskiego nająwszy konie we wsi, odesłał do najbliższego miasteczka. Oddział tym czasem poszedł dalej i rozłożył obóz w Piekle.*) na brzegu lasu. Było to 21-go kwietnia.
Zaledwie ogniska założono, dała znać wedeta, że oddział naszych nadciąga, i już nie daleko od obozu się znajduje. Natychmiast więc cały sztab siadł na konie i wyjechał naprzeciw; nas zaś ustawił Łopacki w dwa szeregi i rozkazał przyjąć przybywających
okrzykami, gdyż zasłużyli na to, pobiwszy 20 kwietnia dwa razy silniejszy oddział Moskali. Niebawem nadciągnął niecierpliwie oczekiwany oddział; składał się zaledwie z 200 ludzi, po największej części w kosy uzbrojonych; na czele jechał mężczyzna w średnich latach, był to Kononowicz; za nim postępowała kompanja strzelców ze 40 ludzi złożona, za nią szli kosyniery, a arjergardę tworzył pluton kawalerji, na którego czele śp. ks. Agrypin Konarski. Ciągłe „wiwat!“ i „niech żyje!“ wydobywało się z ust naszych żołnierzy, broń przed nimi prezentujących, na co podobnem iż okrzykami odpowiadali.
Już zakomenderował Łopacki „na ramię broń“ i już z ust mu wyleciało „w kozły…“, gdy przybiegł adjutant Czachowskiego z rozkazem od tegoż by żołnierze w szeregach pozostali; myśleliśmy że odbędzie z nami musztrę; lecz wcale co innego było tego przyczyną, gdyż zaledwie Kononowicz swój oddział w szeregi, ustawił, nadciągnął oddział kawalerj i z 70 ludzi złożony, pod dowództwem Stamirowskiego, młodzieńca, który zaledwie lat 25 liczyć mógł. Oddział ten składał się z samej inteligencji, z których każdy na swój koszt się umundurował i uzbroił. Istotnie dziwne było to umundurowanie: tworzyła je jedwabna rogatywka różowego lub białego koloru, złotym szychem wyszyta, rodzaj płótnianki, jaką lud nasz nosi, także szychem obszytej i buty po największej części z juchtu lakierowanego; konie były wszystkie doborowe, a uzbrojenie składało się z lancy z chorągiewką, pałasza i pięciostrzałowego rewolwera. Tuż za nimi nadciągnął i Wiśniewski z oddziałem piechoty 120 ludzi liczącym. Szczególniejszą rzeczą było, że w żadnym z trzech oddziałów nowoprzybyłych nie było ani jednego Galicjanina: było nas więc na 1020 ludzi zaledwie 200 Galicjanów.
Dopieroż ożywił się nasz obóz: żołnierze zabierali znajomości z nowo przybyłymi i weselili się pospołu; lecz nie na tem miała się skończyć dzisiejsza radość: zapowiedział nam Czachowski, że jutro bić się będziemy: dopieroż to było uciechy: biegaliśmy jak opętani, każdy krzyczał, śpiewał, śmiał się, tak że o jedzeniu nawet zapomniano, a nie jeden rachował w duchu Moskali, których na tamten świat posłać miał. I na Czachowskiego ta wspólna wesołość dobroczynny wpływ wywarła: dawniej zawsze zadumany, wypogodził dziś swe czoło i weselił się także, a kilka beczek piwa, którego dostawiono, kazał między ludzi rozdzielić.
Nadszedł i wieczór, lecz jakoś tak prędko przeminął ten czas, żeśmy nawet nie wiedzieli jak i kiedy; ognie kazał Łopacki cokolwiek poprzygaszać i zalecił nam spokojność; uczyniwszy to, położył się, a za jego przykładem poszedł cały oddział. Jeszcze dosyć ciemno było, gdy mnie ktoś za ramię ciągnął, obudziwszy się, poznałem kochanego majora:
– Wstawaj – rzeki do mnie – obudź twych ludzi, – tylko w spokojności. – (Musisz wiedzieć miły czytelniku, że byłem wtenczas podoficerem).
Uskuteczniłem natychmiast rozkaz majora, a ustawiwszy sekcyę w porządku, kazałem jej broń rozebrać, wkrótce i inni podoficerowie zrobili to samo, a po chwili stała kompania w porządku, na przodzie kapitan, lecz nie Markowski; ten bowiem nominowany dnia poprzedniego majorem, dostał dowództwo bataljonu w oddziale Czachowskiego; (my pod dowództwem Łopackiego tworzyliśmy osobny oddział, lecz zostawaliśmy pod pośrednią komendą Czachowskiego).
Druga kompanja stała już także w porządku; ruszyliśmy wzmocnieni kompanją kosynierów Kononowicza i plutonem jazdy Czachowskiego; lecz gdzież to odchodziliśmy, gdy reszta oddziału Czachowskiego, Kononowicza, Stamirowskiego i Wiśniewskiego w obozie została? Zapewne zgadłeś czytelniku; tak jest, nie omyliłeś się, wyszliśmy naprzeciw Moskali; dostawszy się na gościniec skręciliśmy na lewo, a minąwszy wieś Piekło, stanął oddział na wzgórzu, na drodze, las przecinającej.
Słońce wschodziło właśnie i ukazało nam przepyszny widok. U stóp wolno spadającej góry rozłożyła się wioska Stefanków, przecięta na poprzek rzeczką, na której młyn się wznosił; w bok młyna zrąb, za tym łąka, a za nią wznosił las majestatycznie czoło; droga jakby po sznurku dozwalała widzieć przedmioty na daleką odległość: na niej ruszało się coś na ksztalt jednostajnej masy; można było rozróżnić, że masa ta czarna na jedno tempo to w górę się podnosiła, to na dół spadała; gubiliśmy się w domysłach, niepewność, czy to ludzie, czy złudne zjawisko dręczyła nas; po chwili jednak dowiedzieliśmy się, że to byli tak długo przez nas oczekiwani Moskale. Kawalerja nasza wysunęła się naprzód, a piechota rozwinięta w łańcuch postępowała lasem. Co się dalej na drodze działo, to nie wiem, bo będąc w lesie nic widzieć nie mogłem; natomiast słyszałem najpierw jeden strzał, a po upływie 5-ciu minut zionęło 300 luf moskiewskich ogniem, kule przelatywały ponad nasze głowy, obcinając czubki starych sosen i świerków; później zaczęły się strzały powtarzać. Moskale bili ciągle, naturalnie nie widząc nas strzelali, żeby strzelać; z naszej strony nie padł dotychczas żaden strzał, gdyż niewidząc nikogo, nie można było strzelać; natomiast krzycząc bezustannie „hurra!“ biegliśmy naprzód. Po chwili przemknęło mi się coś przed oczyma, oglądnąłem się i zobaczyłem że jestem koło drogi, którą kilka furgonów moskiewskich umyka, zacząłem wołać na najbliższych mnie, a gdy przybiegli, wyszedłem z nimi na brzeg lasu i kazałem strzelać do koni, zrobili to, a 3 konie, które padły od naszych strzałów, nie dozwoliły Moskalom zabrać wozów, skoczyliśmy na nie, a straż dla bezpieczeństwa tychże dana, umknęła; kazałem zabite konie uprzątnąć a furgony w tył odprowadzić, sam zresztą poszedłem naprzód i dostałem się na zrąb, zkąd nasi już dobrze na Moskali do wsi uciekających strzelali. Powoli naprzód się posuwając wygoniliśmy nieprzyjaciół ze wsi, a z tyłu dobrze prażeni musieli uciekać przez rzeczkę. Tam druga kompanja wpędziła ich na moczary, zkąd mała część życie uniosła, uciekając w przeciwną stronę, w las.
(Dokończenie nastąpi).
*) Piekło — wieś w radomskiej gubernii, w powiecie końskim; w sąsiedztwie tegoż leży Nekłaj, własna wieś fabryczna i Stefanów, gdzie nazajutrz bitwę stoczyliśmy.

MATERIAŁ POWIĄZANY:
Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 3.)






