Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 2.)

Łukasz OrłowskiReportaż13 sierpnia, 2026252 Wyświetleń

Od lewej dowódcy powstania styczniowego: Marcin Borelowski, Dionizy Czachowski, Marian Langiewicz, Anna Henryka Pustowójtówna, Francois Rochebrune.

Bunt w oddziale, mądre pojednanie i szybka karma dla dezertera. W drugiej części wspomnień z 1863 roku wchodzimy w sam środek powstańczego życia! Zobaczycie, jak wyglądała obozowa radość po połączeniu sił, poznacie barwną kawalerię Stamirowskiego i... staniecie na linii ognia podczas porannego starcia pod Stefankowem. Jak zakończyła się ta bitwa? Przeczytajcie ciąg dalszy tej niezwykłej relacji.

zy pamiętacie szanowni czytelnicy opublikowaną przez nas 5 sierpnia pierwszą odsłonę wspomnień żołnierza z czasów powstania styczniowego 1863 roku? Wówczas napięcie można było tam kroić nożem. Kontynuując ten cykl, dziś przygotowaliśmy drugą część tej historii.

I od razu musimy Wam powiedzieć, że dzieje się jeszcze więcej. Mamy tutaj prawdziwe, żywe emocje. Przeczytacie m.in. jak jeden prosty, ale mądry gest pułkownika Czachowskiego potrafił zjednoczyć skłócony obóz. Dokładnie tak wygląda prawdziwe przywództwo.

A co z Faustynem Grylińskim, który tak bardzo próbował rozbić oddział? No cóż, los potrafi być przewrotny. Karma wróciła do niego bardzo szybko. W tym odcinku znajdziecie ponadto zupełnie inne oblicze powstańczego życia. No bo spróbujcie sobie tylko wyobrazić ten leśny obóz. Chłopaki z różnych stron kraju spotykają się po wygranych potyczkach. Śmieją się, żartują, piją piwo z beczki. Jest dość gwarno i radośnie. A wszystko to na dosłownie kilka godzin przed rozpoczęciem zaciętej bitwy pod Stefankowem z 22 kwietnia 1863 roku. Ten kontrast robi niesamowite wrażenie. Nie przedłużając niepotrzebnie, zapraszamy do lektury.

Czachowski i obóz jego.
Opowiadanie żołnierza z 1863 r. (Część 2.)

Tygodnik Ilustrowany “Praca” nr 36 z 06.09.1903 r.
Tekst w oryginalnym języku z epoki.

(Ciąg dalszy)

Czachowski widząc takie rozdwo­jenie w obozie, ustawił swych ludzi w porządku na rynku, Łopackiemu pole­cił, by toż samo ze swoimi uczynił, nie troszcząc się o Grylińskiego. Gdy oby­dwa oddziały czworobok sformowały wystąpił Czachowski w środku, zdjął czapkę, uklęknął, a za nim i my to zro­biliśmy, ksiądz kapelan zaczął modli­twę, którą pieśnią „Kto się w opiekę“ zakończono. Po odprawieniu modli­twy wstał Czachowski i przemówił do nas mniej więcej w następujące słowa:

– “Przyszliśmy tu ojczyznę ratować; nie klóćmyż się więc między sobą – zgodą oprzemy się dzikim barba­rzyńcom, a niezgoda bez nich nas zje. Nie chcecie, żebym wami dowodził – i na to przystanę; jestem o was spokoj­ny, macie dzielnego wodza w osobie majora Łopackiego, ten was dobrze poprowadzi; a teraz żegnam was moi bracia”…

Ledwie tych słów domówił, aż tu padł strzał. Czachowski otarł łzy; któ­re po licu mu spłynęły i dał rozkaz swoim, by się w dwójki uformowali; wtenczas zawołał cały nasz oddział je­dnogłośnie:
– Niech żyje Czachowski!
– Niech żyje Łopacki!

I dopiero zaczęliśmy nalegać na Czachowskiego, aby objął naczelne do­wództwo nad nami, pozostawiając nam jednak ukochanego Łopackiego. Otarł łzy radości a uścisnąwszy Łopackiego, kazał mu swój oddział sformować. Gryliński tylko nie myślał o zgodzie z Czachowskim, został też za to dotkli­wie ukaranym, w jaki sposób, później się okaże.

Po pierwszym strzale nastąpiło kil­ka innych, a przybyły z wedety kawalerzysta zameldował Czachowskiemu, że dość wielki oddział Moskali pod la­sem się ukazał. Wyszliśmy naprze­ciw nich, lecz zaledwie arjergarda mia­sto opuściła, kazano się nam wrócić, a Czachowski sam siadłszy na koń wy­prowadził nas w przeciwną stronę za miasto: chciał on widać uniknąć po­tyczki, gdyż zapewne albo wiedział, że przeważająca siła Moskali nadciąga, albo nieznając ich liczby nie chciał lu­dzi na niepewną walkę narażać; skoń­czyło się więc na tem, że piechota wy­cofała się z miasta a kawalerja nasza dawszy kilka strzałów rozsypała się w łańcuch z tyłu oddziału, podczas gdy cała awangarda w łańcuch tyraljerski rozsypana pobliskie krzaki przetrząsa­ła. Nie spotkawszy Moskali, dostali­śmy się do lasu, a idąc nim ze 6 godzin stanęliśmy w gęstwinie nad źródłem dość obfitem, i tam obóz rozłożono.

Gryliński szedł z początku z nami; w pół drogi zaś znikł bez śladu z całym swym oddziałem, czem nietylko Czachowskiego, ale i nas wszystkich obu­rzył. W miejscu gdzieśmy stanęli, ka­zał Czachowski porobić namioty z ga­łęzi, zanosiło się bowiem na deszcz.

Tu zostaliśmy do dnia następnego, Czachowski chciał bowiem znaleść Gry­lińskiego, by się z nim porozumieć; gdy około południa przyjeżdża jeden kawalerzysta z oddziału ostatniego, do­nosząc, że są ze wszystkiem rozbici. Ubodło to Czachowskiego, nie żałował on wcale Grylińskiego, który słuszną karę za swój postępek odebrał, ale bo­lało go serce za ludźmi. Natychmiast dał rozkaz do wychodu i nie biorąc przewodników, sam i nas prowadził. Uszedłszy jakie 24 wiorst stanął oddział by wypocząć; jedni pokładali się na drodze i pozasypiali, drudzy konsu­mowali resztki chleba i słoniny, a kil­ku wróciło się do źródła, koło którego przeszliśmy byli. Między ostatnimi byłem i ja, było także trzech kawalerzystów; gdyśmy wodę pili, spostrzegł jeden na drodze w bok idący wózek, poskoczyl co rychło na koniu i ku nasze­ mu wielkiemu zdziwieniu przywiódł kozaka rannego, który bezprzytomny na wozie leżał i żołnierza z 7-ej roty zupełnie zdrowego. Oczywiście zaczę­liśmy się wypytywać o to i owo, a on odpowiadając z wielkim strachem i uszanowaniem na zapytanie każdego, objaśnił nas, że należał do oddziału, który rozbił Grylińskiego, i że zabraw­szy furgon wsadził nań rannego koza­ka, by go zawieść do korpusu. Mówił czysto po polsku, pytałem go więc ja­kiej narodowości, odpowiedział że jest Polakiem, że pochodzi z krakowskiego i że przed 15 laty do wojska wzięty, służy carowi.

Odprowadziliśmy jeńca do Cza­chowskiego, który z nim na osobności długo rozmawiał, a potem pod wartę go oddawszy, kazał dobrze pilnować. Dla jakiego powodu, nie wiem, ale dość na tem, że maszerowaliśmy całą noc i przeszliśmy koło Wąchocka; wypocząwszy z pół godziny ruszono da­lej, i dopiero nad ranem stanął oddział w wiosce, gdzie ludziom śniadanie roz­dzielono; tam opatrzył nasz felczer ran­nego kozaka, a obwiązawszy ranę uło­żył go w wozie, a z rozkazu Czachow­skiego nająwszy konie we wsi, odesłał do najbliższego miasteczka. Oddział tym czasem poszedł dalej i rozłożył obóz w Piekle.*) na brzegu lasu. Było to 21-go kwietnia.

Zaledwie ogniska założono, dała znać wedeta, że oddział naszych nad­ciąga, i już nie daleko od obozu się znajduje. Natychmiast więc cały sztab siadł na konie i wyjechał naprzeciw; nas zaś ustawił Łopacki w dwa szeregi i rozkazał przyjąć przybywających
okrzykami, gdyż zasłużyli na to, po­biwszy 20 kwietnia dwa razy silniejszy oddział Moskali. Niebawem nadcią­gnął niecierpliwie oczekiwany oddział; składał się zaledwie z 200 ludzi, po naj­większej części w kosy uzbrojonych; na czele jechał mężczyzna w średnich la­tach, był to Kononowicz; za nim postę­powała kompanja strzelców ze 40 lu­dzi złożona, za nią szli kosyniery, a arjergardę tworzył pluton kawalerji, na którego czele śp. ks. Agrypin Ko­narski. Ciągłe „wiwat!“ i „niech ży­je!“ wydobywało się z ust naszych żoł­nierzy, broń przed nimi prezentują­cych, na co podobnem iż okrzykami odpowiadali.

Już zakomenderował Łopacki „na ramię broń“ i już z ust mu wyleciało „w kozły…“, gdy przybiegł adjutant Czachowskiego z rozkazem od tegoż by żołnierze w szeregach pozostali; myśleliśmy że odbędzie z nami musztrę; lecz wcale co innego było tego przyczy­ną, gdyż zaledwie Kononowicz swój oddział w szeregi, ustawił, nadciągnął oddział kawalerj i z 70 ludzi złożony, pod dowództwem Stamirowskiego, młodzieńca, który zaledwie lat 25 liczyć mógł. Oddział ten składał się z samej inteligencji, z których każdy na swój koszt się umundurował i uzbroił. Isto­tnie dziwne było to umundurowanie: tworzyła je jedwabna rogatywka różo­wego lub białego koloru, złotym szy­chem wyszyta, rodzaj płótnianki, jaką lud nasz nosi, także szychem obszytej i buty po największej części z juchtu lakierowanego; konie były wszystkie doborowe, a uzbrojenie składało się z lancy z chorągiewką, pałasza i pięciostrzałowego rewolwera. Tuż za nimi nadciągnął i Wiśniewski z oddziałem piechoty 120 ludzi liczącym. Szczególniejszą rzeczą było, że w żadnym z trzech oddziałów nowoprzybyłych nie było ani jednego Galicjanina: było nas więc na 1020 ludzi zaledwie 200 Galicjanów.

Dopieroż ożywił się nasz obóz: żoł­nierze zabierali znajomości z nowo­ przybyłymi i weselili się pospołu; lecz nie na tem miała się skończyć dzisiej­sza radość: zapowiedział nam Cza­chowski, że jutro bić się będziemy: do­pieroż to było uciechy: biegaliśmy jak opętani, każdy krzyczał, śpiewał, śmiał się, tak że o jedzeniu nawet zapomnia­no, a nie jeden rachował w duchu Moskali, których na tamten świat posłać miał. I na Czachowskiego ta wspólna wesołość dobroczynny wpływ wywar­ła: dawniej zawsze zadumany, wypo­godził dziś swe czoło i weselił się także, a kilka beczek piwa, którego dostawio­no, kazał między ludzi rozdzielić.

Nadszedł i wieczór, lecz jakoś tak prędko przeminął ten czas, żeśmy na­wet nie wiedzieli jak i kiedy; ognie kazał Łopacki cokolwiek poprzygaszać i zalecił nam spokojność; uczyni­wszy to, położył się, a za jego przykła­dem poszedł cały oddział. Jeszcze do­syć ciemno było, gdy mnie ktoś za ra­mię ciągnął, obudziwszy się, poznałem kochanego majora:

– Wstawaj – rzeki do mnie – obudź twych ludzi, – tylko w spokojności. – (Musisz wiedzieć miły czy­telniku, że byłem wtenczas podofi­cerem).

Uskuteczniłem natychmiast rozkaz majora, a ustawiwszy sekcyę w po­rządku, kazałem jej broń rozebrać, wkrótce i inni podoficerowie zrobili to samo, a po chwili stała kompania w porządku, na przodzie kapitan, lecz nie Markowski; ten bowiem nomino­wany dnia poprzedniego majorem, do­stał dowództwo bataljonu w oddziale Czachowskiego; (my pod dowództwem Łopackiego tworzyliśmy osobny od­dział, lecz zostawaliśmy pod pośrednią komendą Czachowskiego).

Druga kompanja stała już także w porządku; ruszyliśmy wzmocnieni kompanją kosynierów Kononowicza i plutonem jazdy Czachowskiego; lecz gdzież to odchodziliśmy, gdy reszta oddziału Czachowskiego, Kononowicza, Stamirowskiego i Wiśniewskiego w obozie została? Zapewne zgadłeś czytelniku; tak jest, nie omyliłeś się, wyszliśmy naprzeciw Moskali; dosta­wszy się na gościniec skręciliśmy na lewo, a minąwszy wieś Piekło, stanął oddział na wzgórzu, na drodze, las przecinającej.

Słońce wschodziło właśnie i ukaza­ło nam przepyszny widok. U stóp wol­no spadającej góry rozłożyła się wio­ska Stefanków, przecięta na poprzek rzeczką, na której młyn się wznosił; w bok młyna zrąb, za tym łąka, a za nią wznosił las majestatycznie czoło; dro­ga jakby po sznurku dozwalała widzieć przedmioty na daleką odległość: na niej ruszało się coś na ksztalt jednostaj­nej masy; można było rozróżnić, że masa ta czarna na jedno tempo to w górę się podnosiła, to na dół spadała; gubiliśmy się w domysłach, niepewność, czy to ludzie, czy złudne zjawisko drę­czyła nas; po chwili jednak dowiedzie­liśmy się, że to byli tak długo przez nas oczekiwani Moskale. Kawalerja nasza wysunęła się naprzód, a piecho­ta rozwinięta w łańcuch postępowała lasem. Co się dalej na drodze działo, to nie wiem, bo będąc w lesie nic wi­dzieć nie mogłem; natomiast słyszałem najpierw jeden strzał, a po upływie 5-ciu minut zionęło 300 luf moskiewskich ogniem, kule przelatywały ponad nasze głowy, obcinając czubki starych sosen i świerków; później zaczęły się strzały powtarzać. Moskale bili ciągle, naturalnie nie widząc nas strzelali, że­by strzelać; z naszej strony nie padł dotychczas żaden strzał, gdyż niewidząc nikogo, nie można było strzelać; natomiast krzycząc bezustannie „hur­ra!“ biegliśmy naprzód. Po chwili przemknęło mi się coś przed oczyma, oglądnąłem się i zobaczyłem że jestem koło drogi, którą kilka furgonów mos­kiewskich umyka, zacząłem wołać na najbliższych mnie, a gdy przybiegli, wyszedłem z nimi na brzeg lasu i kaza­łem strzelać do koni, zrobili to, a 3 ko­nie, które padły od naszych strzałów, nie dozwoliły Moskalom zabrać wozów, skoczyliśmy na nie, a straż dla bezpieczeństwa tychże dana, umknęła; kazałem zabite konie uprzątnąć a fur­gony w tył odprowadzić, sam zresztą poszedłem naprzód i dostałem się na zrąb, zkąd nasi już dobrze na Moskali do wsi uciekających strzelali. Powoli naprzód się posuwając wygoniliśmy nieprzyjaciół ze wsi, a z tyłu dobrze prażeni musieli uciekać przez rzeczkę. Tam druga kompanja wpędziła ich na moczary, zkąd mała część życie uniosła, uciekając w przeciwną stronę, w las.

(Dokończenie nastąpi).

*) Piekło — wieś w radomskiej gubernii, w powiecie końskim; w sąsiedztwie tegoż leży Nekłaj, własna wieś fabryczna i Stefanów, gdzie nazajutrz bitwę stoczyliśmy.

Pułkownik Dionizy Czachowski w 1861 roku.

MATERIAŁ POWIĄZANY:

Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 3.)

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...