Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 1.)

Łukasz OrłowskiReportaż5 sierpnia, 2026188 Wyświetleń

Dionizy Czachowski, legendarny dowódca Powstania Styczniowego. Właśnie w jego oddziale służył bezimienny żołnierz, którego wspomnienia zabierają nas m.in. w podróż do Połańca w 1863 roku.

W dzisiejszym artykule chcemy zaprosić Was do Połańca w 1863 roku. W tym czasie było to miasto już tylko z nazwy. Dawny królewski gród chylił się ku upadkowi. Leżał na samym końcu Królestwa Polskiego. Z jednej strony odcinał go rosnący w siłę prywatny Staszów. Z drugiej był przyparty do Wisły. Rzeka niestety nie stanowiła już okna na świat. Stała się pilnie strzeżoną granicą zaborów. W Połańcu stało zaledwie 237 domów, w których żyło ok. 2 tysięcy osób. Miasteczko było ciche i zapomniane.

właśnie do tego sennego miejsca pewnego wiosennego dnia wkroczyła historia. Przeglądając dawną prasę, natrafiliśmy na oryginalną relację z czasów powstania styczniowego. Jej autorem jest bezimienny żołnierz. Zwykły chłopak, pełen zapału ale również zwykłego ludzkiego strachu.

W swoim pamiętniku opisuje przeprawę przez Wisłę i trudny szlak bojowy. Opisuje też wejście swojego oddziału prosto do naszego Połańca. Przyznamy szczerze, że to fascynująca lektura. W jego wspomnieniach ożywają znani dowódcy. Poznajemy majora Andrzeja Łopackiego (1838-1902) herbu Lubicz i legendarnego Dionizego Czachowskiego (1810-1863) herbu Korab. Ale co najważniejsze – ożywa też nasze miasto. Z tekstu dowiemy się, jak połanieccy mieszczanie przyjęli zmęczonych partyzantów na rynku. Przeczytamy, czym ich karmili i jak wyglądał ich krótki odpoczynek przed dalszym marszem.

Zdecydowaliśmy się opublikować tę unikalną opowieść w trzech częściach. Dziś oddajemy w Wasze ręce pierwszą z nich. Zobaczcie wielkie zrywy niepodległościowe oczami prostego żołnierza. Poczujcie klimat dawnego Połańca na chwilę przed tym, jak powstańcy zniknęli w mrokach okolicznych lasów. Zapraszamy do lektury.

Czachowski i obóz jego.
Opowiadanie żołnierza z 1863 r. (Część 1.)

Tygodnik Ilustrowany “Praca” nr 35 z 30.08.1903 r.
Tekst w oryginalnym języku z epoki.

Niezawodnie był Czachowski je­dnym z najdzielniejszych i najwięcej energii posiadającym wodzem. Nie zważając na swój wiek (miał bowiem lat 65) i sterane zdrowie, na pierwszy odgłos strzałów pochwycił za oręż. W pierwszym zaraz początku był w oddziale Langiewicza, gdy tenże w lasach Świętokrzyskich oddział swój formował, przeszedłszy z nim razem w Krakows­kie, gdzie po rozbiciu oddziału Ku­rowskiego pod Miechowem, party­zantka upadkiem groziła, został miano­wany majorem i otrzymał dowództwo 2-go batalionu. Nader sprężysty i nie­zmordowany, wymustrował i wyćwi­czył swych ludzi w krótkim czasie, a prowadząc z bitwy do bitwy, zrobił z nich nieustraszonych żołnierzy i z ni­mi to przybył po upadku Langiewicza w Sandomierskie.

Potrzeba ludzi zmusiła Czachows­kiego zbliżyć się do granicy i żądać posiłków. Ludzie byli, broni także nie brakowało, i cóż było przyczyną, że Łopacki dopiero 8-go kwietnia przez Wisłę się przeprawił?

Już 16-go marca byliśmy gotowi do wychodu. Dano nam naczelnika w oso­bie majora B., który oddział do Cza­chowskiego doprowadzić miał, lecz ina­czej zrządziła Opatrzność. Już nastę­pnego dnia major B. wypadłszy z bryczki zwichnął rękę, wskutek czego prze­szło trzy tygodnie przeleżał. Oglądano się więc za innym dowódzcą i dano nam nawet rozkaz do wychodu, ale intrygi porobione przez jednego z oficerów, który wszelkiemi siłami dowództwo otrzymać chciał, zniszczyły cały plan. Obrażony nowoprzybyły wódz W. usunął się zupełnie, a my znowu zostaliśmy niewiedząc co czynić, czy czekać czy wracać do domu. Wielu też chwyciło się ostatniego, tem bardziej, że nadchodziły święta Wielkanocne, które każdy by rad był w kółku rodzinnem przepę­dzić. Nadeszły i święta, a ze świętami doczekaliśmy się i dowódzcy.

Zjadłszy każdy święcone gdzie był, zaczęliśmy się przygotowywać do wychodu; dopiero teraz dały się czuć różne drobne potrzeby. Każdy kupował igły, nici, fajki i inne drobiazgi, w obo­zie niezbędnie potrzebne.

Nadeszła nareszcie tak długo oczekiwana chwila wymarszu. Wieczorem około godziny 9-tej zebrało się 250 ludzi w lasku nad samą Wisłą; tam przywie­ziono broń, amunicyę, obuwie a nawet blaszane menażki, których żaden pier­wej wychodzący oddział nie dostał.

Rozdawanie broni i amunicyi cią­gnęło się ze cztery godzin, a dopiero około 3-ciej rano przybył przyszły nasz naczelnik. Był to mężczyzna mniej niż nizkiego wzrostu, twarzy przyjemnej, obrośniętej blond zarostem. Mógł li­czyć lat 30. Ubiór jego stanowiła burka z kapiszonem, sięgająca po kostki; rogatywka czerwona i grube juchtowe buty, na spodnie wyciągnięte; pa­łasz przy boku, nadawał mu postać prawdziwie męzką. Był to Łopacki. Służył on przedtem pod Kurowskim, i był jednym, który zupełnie chciał zarzucić plan zdobywania Miechowa, w zasługę czego wyniesiony na stopień majora, dostał dowództwo oddziału.

Gdy ludzie już w szeregach stanęli, wystąpił naprzód i w kilku słowach wytłomaczył nam powód, dla któregośmy się tu zebrali, i napominając, żebyśmy byli posłusznymi i dobrymi żoł­nierzami, uścisnął każdemu rękę, opa­trzył potem broń i kazał ją nabić. Obli­czywszy nas, pokazało się, że ze spo­dziewanych 2000 zaledwie 250 i to nie wszystkich zdolnych pozostało; kilku malców, broń im odebrawszy, do domu poodsyłał, resztę zaś podzielił na dwie kompanie strzelców po 80 ludzi, na kompanję kosynierów z 27 ludzi, i plu­ton jazdy 30 ludzi.

Zaledwie się z tem ułatwił, gdy prom sprowadzony aż o 5 mil przybił do brze­gu i wziąwszy kompanję, przewiózł ją na tamtą stronę. Było to już około 5-tej godziny rano. Przybiwszy do brzegu, powyskakiwaliśmy z promu i podzieleni przez przydanego nam kapitana Markowskiego, byłego oficera garibaldowskiego, później pułkownika Bosaka, rozsypaliśmy się, by prze­ trząść nadbrzeżne krzaki. Nie znalazł­szy jednak nic podejrzanego, usiedliś­my nad brzegiem Wisły, patrząc może po raz ostatni na błogosławioną Galileję. Wkrótce przeprawiła się i reszta oddziału.

Koło południa ruszono z miejsca, zgromadzeni z tej strony Wisły obywatele i obywatelki żegnali nas, powiewa­jąc długo białemi chustkami.

Zaczęło się nowe życie, każdy z nas był żołnierzem i każdy miał się za bo­hatera; zapał ogarnął młodych żołnie­rzy – oddział ten bowiem składał się po największej części ze studentów i młodzieży inteligentnej.

Po jednogodzinnym marszu przy­byliśmy do Połańca, miasteczka nad Wisłą położonego, gdzie schodząc z gó­ry do miasta, kilku spostrzegło jedne­go objeszczyka; wszystko ruszyło za nim, kawalerya naprzód a piechota za nią na wyścigi; objeszczyk kopnął się przez pola i pomimo naszej liczby um­knął. Łopacki zaczął nam przedsta­wiać że to nie zabawki, że powinnością naszą jego słuchać, a nie podług swego widzimisię robić. Gdy nas zburczał po­tężnie, kazał dwójki formować zakomenderowawszy: „baczność – krok zwyczajny – marsz!“ stanął na przodzie i wprowadził oddział do miasta. Tutaj zostawił nas na rynku, kazał broń w kozły postawić i rozejść się pomieście, wprzód widety rozstawiwszy. Niedługo przynieśli nam mieszczanie jeść i rozdawszy resztki z pozostałych ciast, zaczęli z nami rozmowy.

Niedługo atoli zostaliśmy w Połań­cu, bo zaledwie Łopacki z adjutantem obiad zjadł, kazał kapitanom swoje kompanie formować i z miasta ruszać. Powiększył się teraz nasz oddział o kil­ku ludzi miastowych. Przybyło kilka wozów żywnością wyładowanych i tak zaopatrzeni na dzień następny, wyszliś­my z miasta, dziękując mieszczanom za ich gościnne i szczere przyjęcie.

Oddział maszerował przez pola nie spodziewając się, że Moskale mogą być w pobliżu, lecz wkrótce przekonaliśmy się o ich bliskości; albowiem na wzgó­rzu, ciągnącem się od Połańca ku Osiekowi, ujrzano niedługo pikiety kozac­kie. Gdy Łopacki to zobaczył, wpro­wadził nas spiesznie w las, niedaleko Połańca leżący, i tam na brzegu tegoż zrobiwszy dwa szeregi, czekał, spodzie­wając się, że Moskale nadciągną z Osie­ka i będą nas atakować; tą razą jednak omyliło go przeczucie; skończyło się bowiem tylko na tem, że kozacy pokazaw­szy się kilka razy na wzgórzu znikli bez śladu a my wystawszy się ze dwie go­dzin, ruszyliśmy lasem dalej. Tak ma­ szerowano bez przeszkody do ciemnej nocy. Łopacki kazał spocząć, a sam po­jechał z kilkoma oficerami szukać dal­szej drogi, gdyż w nocy idąc zgubiliś­my ją. Jak długo ten spoczynek trwał, nie mogę powiedzieć, bo przyznam się, że będąc zmęczonym zasnąłem smacz­nie. To tylko wiem, że gdym się obu­dził, ogromny strach mnie ogarnął, nikogom koło siebie nie zobaczył. Różne myśli przychodziły mi do głowy. Chciałem wracać do Połańca, ale jak tu znaleść drogi, kiedy ciemno, że o trzy kro­ki nic nie można rozróżnić. Nie namyś­lając się więc długo postanowiłem iść przed siebie, gdzie zajdę to zajdę. Myślałem że jak się dzień zrobi, to może albo oddział znajdę, a jeżeli nie, to wstąpię do pierwszej lepszej wsi, a wziąwszy przewodnika wrócę do Galicyi. Lecz nie przyszło do tego, gdyż idąc chwilę, usłyszałem jakiś przytłu­miony gwar, a potem zobaczyłem ogień niewielki. Podszedłem więc tam i za­ stałem oddział, gotów już do dalszego pochodu. Przyłączyłem się i tak dzięki Najwyższemu wylazłem z tego nader krytycznego położenia. W godzinę pó­źniej dostaliśmy się do leśniczego; dowódzca rozlokował nas po części w ku­chni a po części w stodołach. Tam zo­staliśmy ze dwie godzin, gdy nagle padł strzał, ogromny ruch się wszczął, kawa­lerya siadała na koń, 1-sza kompania piechoty łańcuch formując tyralierski, posuwała się naprzód, za nią w rezer­wie szła 2-ga kompania i kosyniery, a po bokach maszerowała kawalerya. Marsz był utrudniony. Była to bowiem droga przez pola, a ziemia deszczem i śnie­giem, który bezustannie bił, zwilżona lgnęła, do butów. Tak przeszliśmy ko­ło Staszowa, gdzie 2 roty piechoty konsystowało; nie miał Łopacki ochoty ich zaczepiać, a ponieważ i oni z miasta nie wychodzili, więc najspokojniej koło miasta przemaszerowaliśmy.

Nie będę tu opisywał dalszych mar­szów; mógłbym tem znudzić czytelnika, a zresztą zadaniem mojem jest przyto­czyć fakta główne, nie wdając się w ża­dne rozprawy tak strategiczne jako też i polityczne. Przytoczę tylko, że po 3 dniowym marszu stanęliśmy w Słupi nowej. Miasto to porządnie zabudowa­ne leży u stóp góry, z której kościół S. Krzyża swe ramiona nad niem wyciąga; chciałbym był zwiedzić kościół ten, ale nadto krótki czas, który tam bawi­łem, nie pozwalał na to. Tam złożyliś­my przysięgę przed naszym kapelanem i zanuciwszy marsza, wyszliśmy odpro­wadzeni przez mieszkańców miasta. Następnego dnia złączył się oddział nasz w Brodach z Grylińskim, który tam trzy tygodnie obozował z oddzia­łem, składającym się ze 150 ludzi, na­der źle uzbrojonych.

Obozowaliśmy razem z nimi a żyw­ność, którą mieli w zapasie i dla nas wystarczyła. Wspomnę tu jeszcze, że w oddziale Grylińskiego były dwie białogłowy; jedna z nich nie chcąc mę­ża odstąpić, służyła z nim razem w kompanii strzelców, druga zaś wo­ziła się na bryczce. Była to wielka za­wada. Osobną bryczkę musiano trzymać dla wożenia indywiduum w obo­zie zupełnie niepotrzebnego. Było to nierozsądnie, ale errare humanum est.

Złączeni z Grylińskim, mogliśmy śmiało czoło trzem rotom Moskali sta­wić. We dwa dni przybyliśmy pod miasto Iłżę. Dziesięć wiorstw od te­goż rozkwaterował nas Łopacki we wiosce, której nazwisko zapomniałem. Wioska ta liczyła zaledwo 25 zagród; wypadało więc blisko 15 żołnierzy na jednego gospodarza. Obiad tam zjadł­szy, zaczęliśmy mustrę. Niezmordo­wany Markowski obznajmił nas z ro­bieniem bronią, uczył formowania łań­cucha tyraljerskiego i byłby dalej ćwiczenia te prowadził, gdyby nie nagły rozkaz Łopackiego, żeby żołnierze na­tychmiast z kwater pozabierali swoje bagaże i do wychodu gotowi w szyku stanęli. Zdziwił nas ten rozkaz nie­mało, tem bardziej, że zapowiedział nam był Łopacki, iż pobyt w tej wsi ze dwa dni potrwa, a tu po kilkugodzinnym wypoczynku już dalej iść kazano. Stanęliśmy szeregami z jednej strony drogi, gdy miejsce z drugiej strony od­dział Grylińskiego zajął, tak że szpa­ler się utworzył. Po upływie dziesię­ciu minut usłyszeliśmy śpiew, a po drugich dziesięciu minutach ukazały się z poza płotów białe rogatywki, nareszcie kosy a w końcu kawalerya. Ra­dość malowała się na twarzach naszych żołnierzy: jeden i drugi miał na­dzieję zobaczyć dawnego znajomego, a cóż milszego jak w obozie stary przy­jaciel? Niebawem wstąpił w szpaler przez nas utworzony wódz przybyłego oddziału, wzrostu średniego, nader sil­nie zbudowany, twarzy ogorzałej, w której dobroć ale energia razem się przebijała; broda siwa spadała na ko­żuch węgierski, wstęgą czerwonobiałą przepasany; rewolwer za pasem a pa­łasz przy boku tworzyły dziwną har­monię tak z wyrazem twarzy, jak też i z ubiorem przybyłego. Był to nasz dzielny Czachowski, wtenczas już pułownik. Prowadzony przez Łopac­kiego i Grylińskiego, okiem pełnem radości spoglądał na nas. Oglądał na­szą broń i niemało się zadziwił, przekonawszy się, że wszyscy w sztucery z bagnetami uzbrojeni byliśmy. Za nim nadciągnął i oddział jego: nie był wprawdzie źle uzbrojonym, ale zawsze nie tak jak my.

Przeglądnąwszy tak nasz oddział jako też i Grylińskiego, siadł na koń i kazał swym ludziom iść w awangar­dzie a ustawienie arjergardy zdał Łopackiemu, który natychmiast kompanją na tył wysłał.

Złączeni teraz w trzy oddziały, li­czyliśmy 780 ludzi. Czachowski bowiem miał 400 żołnierza. Była to więc spora garstka, silna ilością ludzi lecz silniejsza duchem: każdy poje­dynczy żołnierz drżał z radości, gdy szef sztabu, później dowódzca oddziału w Lubelskiem, Eminowicz oznajmił, że następnego dnia może batiuszków spotkamy.

W nocy nie przerywając marszu spoczynkami, doprowadził Czachow­ski złączone oddziały do miasteczka Grabowca; tam przywołał burmistrza i kazał ludzi rozkwaterować po domach. Noc przeszła najspokojniej. Moskale, których co chwila się spodzie­wano, nie alarmowali nas. Każden więc miał dość czasu przespać się i wy­począć po ośmiogodzinnym bezustan­nym marszu.

Nazajutrz, zaledwie świtać zaczęło powstali żołnierze; jedni w nadziei zobaczenia piękności miastowych, (niech się moje piękne czytelniczki wcale tem nie obrażają, gdyż jest to wadą mło­dych żołnierzy, że sam wyraz ten „pan­na“ dziwne jakieś uczucie w nich wy­wołuje) drudzy zaś powychodzili wczas, by u którego z mieszczan sera, masła lub kiełbas kupić. Dzień ten był dniem niespokoju. Czachowski chciał objąć dowództwo nad wszystki­mi trzema oddziałami, czemu Łopacki zupełnie się poddał, o czem zaś Bryliń­ski nawet słyszeć nie chciał, i już żądał nawet dymisji od Czachowskiego, niechcąc być pod jego komendą.

Wieść ta gruchnęła między ludźmi Grylińskiego, a z ust do ust idąc, dosta­ła się i do nas. I tutaj wywołała nie­chęć. Trudnem zdawało się nam kogo innego mieć naczelnikiem jak Łopa­ckiego, tak bowiem przywiązali się lu­dzie do niego, że w piekło by byli po­szli, byle go nieopuścić, czego pod Stefankowem 23-go kwietnia dali dowód.

Przytoczę tu na pochwałę Łopackie­go, że był nietylko dobrym wodzem, ale przytem ojcem i przyjacielem lu­dzi. Nigdy nie robił różnicy między oficerem a szeregowcem, wszystkich uważał zarówno, a zdaniem jego było: „każdy z nas jest oficerem“. Otóż żal było nam takiego dowódzcy tem bardziej, że ludzie złej woli, których i tam nie brakowało, różne wieści nie najpochlebniej o Czachowskim mówią­ce, rozsiewali, i tym sposobem ziarno niezgody między nas rzucić chcieli; lecz dzięki Najwyższemu minęła ta burza, nie pociągając złych skutków za sobą.

Koniec części 1. Ciąg dalszy nastąpi.

Na zdj. portret Dionizego Czachowskiego prezentowany w Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Fot. Konrad Gałka.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...