
W dzisiejszym artykule chcemy zaprosić Was do Połańca w 1863 roku. W tym czasie było to miasto już tylko z nazwy. Dawny królewski gród chylił się ku upadkowi. Leżał na samym końcu Królestwa Polskiego. Z jednej strony odcinał go rosnący w siłę prywatny Staszów. Z drugiej był przyparty do Wisły. Rzeka niestety nie stanowiła już okna na świat. Stała się pilnie strzeżoną granicą zaborów. W Połańcu stało zaledwie 237 domów, w których żyło ok. 2 tysięcy osób. Miasteczko było ciche i zapomniane.

właśnie do tego sennego miejsca pewnego wiosennego dnia wkroczyła historia. Przeglądając dawną prasę, natrafiliśmy na oryginalną relację z czasów powstania styczniowego. Jej autorem jest bezimienny żołnierz. Zwykły chłopak, pełen zapału ale również zwykłego ludzkiego strachu.
W swoim pamiętniku opisuje przeprawę przez Wisłę i trudny szlak bojowy. Opisuje też wejście swojego oddziału prosto do naszego Połańca. Przyznamy szczerze, że to fascynująca lektura. W jego wspomnieniach ożywają znani dowódcy. Poznajemy majora Andrzeja Łopackiego (1838-1902) herbu Lubicz i legendarnego Dionizego Czachowskiego (1810-1863) herbu Korab. Ale co najważniejsze – ożywa też nasze miasto. Z tekstu dowiemy się, jak połanieccy mieszczanie przyjęli zmęczonych partyzantów na rynku. Przeczytamy, czym ich karmili i jak wyglądał ich krótki odpoczynek przed dalszym marszem.
Zdecydowaliśmy się opublikować tę unikalną opowieść w trzech częściach. Dziś oddajemy w Wasze ręce pierwszą z nich. Zobaczcie wielkie zrywy niepodległościowe oczami prostego żołnierza. Poczujcie klimat dawnego Połańca na chwilę przed tym, jak powstańcy zniknęli w mrokach okolicznych lasów. Zapraszamy do lektury.

Czachowski i obóz jego.
Opowiadanie żołnierza z 1863 r. (Część 1.)
Tygodnik Ilustrowany “Praca” nr 35 z 30.08.1903 r.
Tekst w oryginalnym języku z epoki.
Niezawodnie był Czachowski jednym z najdzielniejszych i najwięcej energii posiadającym wodzem. Nie zważając na swój wiek (miał bowiem lat 65) i sterane zdrowie, na pierwszy odgłos strzałów pochwycił za oręż. W pierwszym zaraz początku był w oddziale Langiewicza, gdy tenże w lasach Świętokrzyskich oddział swój formował, przeszedłszy z nim razem w Krakowskie, gdzie po rozbiciu oddziału Kurowskiego pod Miechowem, partyzantka upadkiem groziła, został mianowany majorem i otrzymał dowództwo 2-go batalionu. Nader sprężysty i niezmordowany, wymustrował i wyćwiczył swych ludzi w krótkim czasie, a prowadząc z bitwy do bitwy, zrobił z nich nieustraszonych żołnierzy i z nimi to przybył po upadku Langiewicza w Sandomierskie.
Potrzeba ludzi zmusiła Czachowskiego zbliżyć się do granicy i żądać posiłków. Ludzie byli, broni także nie brakowało, i cóż było przyczyną, że Łopacki dopiero 8-go kwietnia przez Wisłę się przeprawił?
Już 16-go marca byliśmy gotowi do wychodu. Dano nam naczelnika w osobie majora B., który oddział do Czachowskiego doprowadzić miał, lecz inaczej zrządziła Opatrzność. Już następnego dnia major B. wypadłszy z bryczki zwichnął rękę, wskutek czego przeszło trzy tygodnie przeleżał. Oglądano się więc za innym dowódzcą i dano nam nawet rozkaz do wychodu, ale intrygi porobione przez jednego z oficerów, który wszelkiemi siłami dowództwo otrzymać chciał, zniszczyły cały plan. Obrażony nowoprzybyły wódz W. usunął się zupełnie, a my znowu zostaliśmy niewiedząc co czynić, czy czekać czy wracać do domu. Wielu też chwyciło się ostatniego, tem bardziej, że nadchodziły święta Wielkanocne, które każdy by rad był w kółku rodzinnem przepędzić. Nadeszły i święta, a ze świętami doczekaliśmy się i dowódzcy.
Zjadłszy każdy święcone gdzie był, zaczęliśmy się przygotowywać do wychodu; dopiero teraz dały się czuć różne drobne potrzeby. Każdy kupował igły, nici, fajki i inne drobiazgi, w obozie niezbędnie potrzebne.
Nadeszła nareszcie tak długo oczekiwana chwila wymarszu. Wieczorem około godziny 9-tej zebrało się 250 ludzi w lasku nad samą Wisłą; tam przywieziono broń, amunicyę, obuwie a nawet blaszane menażki, których żaden pierwej wychodzący oddział nie dostał.
Rozdawanie broni i amunicyi ciągnęło się ze cztery godzin, a dopiero około 3-ciej rano przybył przyszły nasz naczelnik. Był to mężczyzna mniej niż nizkiego wzrostu, twarzy przyjemnej, obrośniętej blond zarostem. Mógł liczyć lat 30. Ubiór jego stanowiła burka z kapiszonem, sięgająca po kostki; rogatywka czerwona i grube juchtowe buty, na spodnie wyciągnięte; pałasz przy boku, nadawał mu postać prawdziwie męzką. Był to Łopacki. Służył on przedtem pod Kurowskim, i był jednym, który zupełnie chciał zarzucić plan zdobywania Miechowa, w zasługę czego wyniesiony na stopień majora, dostał dowództwo oddziału.
Gdy ludzie już w szeregach stanęli, wystąpił naprzód i w kilku słowach wytłomaczył nam powód, dla któregośmy się tu zebrali, i napominając, żebyśmy byli posłusznymi i dobrymi żołnierzami, uścisnął każdemu rękę, opatrzył potem broń i kazał ją nabić. Obliczywszy nas, pokazało się, że ze spodziewanych 2000 zaledwie 250 i to nie wszystkich zdolnych pozostało; kilku malców, broń im odebrawszy, do domu poodsyłał, resztę zaś podzielił na dwie kompanie strzelców po 80 ludzi, na kompanję kosynierów z 27 ludzi, i pluton jazdy 30 ludzi.
Zaledwie się z tem ułatwił, gdy prom sprowadzony aż o 5 mil przybił do brzegu i wziąwszy kompanję, przewiózł ją na tamtą stronę. Było to już około 5-tej godziny rano. Przybiwszy do brzegu, powyskakiwaliśmy z promu i podzieleni przez przydanego nam kapitana Markowskiego, byłego oficera garibaldowskiego, później pułkownika Bosaka, rozsypaliśmy się, by prze trząść nadbrzeżne krzaki. Nie znalazłszy jednak nic podejrzanego, usiedliśmy nad brzegiem Wisły, patrząc może po raz ostatni na błogosławioną Galileję. Wkrótce przeprawiła się i reszta oddziału.
Koło południa ruszono z miejsca, zgromadzeni z tej strony Wisły obywatele i obywatelki żegnali nas, powiewając długo białemi chustkami.
Zaczęło się nowe życie, każdy z nas był żołnierzem i każdy miał się za bohatera; zapał ogarnął młodych żołnierzy – oddział ten bowiem składał się po największej części ze studentów i młodzieży inteligentnej.
Po jednogodzinnym marszu przybyliśmy do Połańca, miasteczka nad Wisłą położonego, gdzie schodząc z góry do miasta, kilku spostrzegło jednego objeszczyka; wszystko ruszyło za nim, kawalerya naprzód a piechota za nią na wyścigi; objeszczyk kopnął się przez pola i pomimo naszej liczby umknął. Łopacki zaczął nam przedstawiać że to nie zabawki, że powinnością naszą jego słuchać, a nie podług swego widzimisię robić. Gdy nas zburczał potężnie, kazał dwójki formować zakomenderowawszy: „baczność – krok zwyczajny – marsz!“ stanął na przodzie i wprowadził oddział do miasta. Tutaj zostawił nas na rynku, kazał broń w kozły postawić i rozejść się pomieście, wprzód widety rozstawiwszy. Niedługo przynieśli nam mieszczanie jeść i rozdawszy resztki z pozostałych ciast, zaczęli z nami rozmowy.
Niedługo atoli zostaliśmy w Połańcu, bo zaledwie Łopacki z adjutantem obiad zjadł, kazał kapitanom swoje kompanie formować i z miasta ruszać. Powiększył się teraz nasz oddział o kilku ludzi miastowych. Przybyło kilka wozów żywnością wyładowanych i tak zaopatrzeni na dzień następny, wyszliśmy z miasta, dziękując mieszczanom za ich gościnne i szczere przyjęcie.
Oddział maszerował przez pola nie spodziewając się, że Moskale mogą być w pobliżu, lecz wkrótce przekonaliśmy się o ich bliskości; albowiem na wzgórzu, ciągnącem się od Połańca ku Osiekowi, ujrzano niedługo pikiety kozackie. Gdy Łopacki to zobaczył, wprowadził nas spiesznie w las, niedaleko Połańca leżący, i tam na brzegu tegoż zrobiwszy dwa szeregi, czekał, spodziewając się, że Moskale nadciągną z Osieka i będą nas atakować; tą razą jednak omyliło go przeczucie; skończyło się bowiem tylko na tem, że kozacy pokazawszy się kilka razy na wzgórzu znikli bez śladu a my wystawszy się ze dwie godzin, ruszyliśmy lasem dalej. Tak ma szerowano bez przeszkody do ciemnej nocy. Łopacki kazał spocząć, a sam pojechał z kilkoma oficerami szukać dalszej drogi, gdyż w nocy idąc zgubiliśmy ją. Jak długo ten spoczynek trwał, nie mogę powiedzieć, bo przyznam się, że będąc zmęczonym zasnąłem smacznie. To tylko wiem, że gdym się obudził, ogromny strach mnie ogarnął, nikogom koło siebie nie zobaczył. Różne myśli przychodziły mi do głowy. Chciałem wracać do Połańca, ale jak tu znaleść drogi, kiedy ciemno, że o trzy kroki nic nie można rozróżnić. Nie namyślając się więc długo postanowiłem iść przed siebie, gdzie zajdę to zajdę. Myślałem że jak się dzień zrobi, to może albo oddział znajdę, a jeżeli nie, to wstąpię do pierwszej lepszej wsi, a wziąwszy przewodnika wrócę do Galicyi. Lecz nie przyszło do tego, gdyż idąc chwilę, usłyszałem jakiś przytłumiony gwar, a potem zobaczyłem ogień niewielki. Podszedłem więc tam i za stałem oddział, gotów już do dalszego pochodu. Przyłączyłem się i tak dzięki Najwyższemu wylazłem z tego nader krytycznego położenia. W godzinę później dostaliśmy się do leśniczego; dowódzca rozlokował nas po części w kuchni a po części w stodołach. Tam zostaliśmy ze dwie godzin, gdy nagle padł strzał, ogromny ruch się wszczął, kawalerya siadała na koń, 1-sza kompania piechoty łańcuch formując tyralierski, posuwała się naprzód, za nią w rezerwie szła 2-ga kompania i kosyniery, a po bokach maszerowała kawalerya. Marsz był utrudniony. Była to bowiem droga przez pola, a ziemia deszczem i śniegiem, który bezustannie bił, zwilżona lgnęła, do butów. Tak przeszliśmy koło Staszowa, gdzie 2 roty piechoty konsystowało; nie miał Łopacki ochoty ich zaczepiać, a ponieważ i oni z miasta nie wychodzili, więc najspokojniej koło miasta przemaszerowaliśmy.
Nie będę tu opisywał dalszych marszów; mógłbym tem znudzić czytelnika, a zresztą zadaniem mojem jest przytoczyć fakta główne, nie wdając się w żadne rozprawy tak strategiczne jako też i polityczne. Przytoczę tylko, że po 3 dniowym marszu stanęliśmy w Słupi nowej. Miasto to porządnie zabudowane leży u stóp góry, z której kościół S. Krzyża swe ramiona nad niem wyciąga; chciałbym był zwiedzić kościół ten, ale nadto krótki czas, który tam bawiłem, nie pozwalał na to. Tam złożyliśmy przysięgę przed naszym kapelanem i zanuciwszy marsza, wyszliśmy odprowadzeni przez mieszkańców miasta. Następnego dnia złączył się oddział nasz w Brodach z Grylińskim, który tam trzy tygodnie obozował z oddziałem, składającym się ze 150 ludzi, nader źle uzbrojonych.
Obozowaliśmy razem z nimi a żywność, którą mieli w zapasie i dla nas wystarczyła. Wspomnę tu jeszcze, że w oddziale Grylińskiego były dwie białogłowy; jedna z nich nie chcąc męża odstąpić, służyła z nim razem w kompanii strzelców, druga zaś woziła się na bryczce. Była to wielka zawada. Osobną bryczkę musiano trzymać dla wożenia indywiduum w obozie zupełnie niepotrzebnego. Było to nierozsądnie, ale errare humanum est.
Złączeni z Grylińskim, mogliśmy śmiało czoło trzem rotom Moskali stawić. We dwa dni przybyliśmy pod miasto Iłżę. Dziesięć wiorstw od tegoż rozkwaterował nas Łopacki we wiosce, której nazwisko zapomniałem. Wioska ta liczyła zaledwo 25 zagród; wypadało więc blisko 15 żołnierzy na jednego gospodarza. Obiad tam zjadłszy, zaczęliśmy mustrę. Niezmordowany Markowski obznajmił nas z robieniem bronią, uczył formowania łańcucha tyraljerskiego i byłby dalej ćwiczenia te prowadził, gdyby nie nagły rozkaz Łopackiego, żeby żołnierze natychmiast z kwater pozabierali swoje bagaże i do wychodu gotowi w szyku stanęli. Zdziwił nas ten rozkaz niemało, tem bardziej, że zapowiedział nam był Łopacki, iż pobyt w tej wsi ze dwa dni potrwa, a tu po kilkugodzinnym wypoczynku już dalej iść kazano. Stanęliśmy szeregami z jednej strony drogi, gdy miejsce z drugiej strony oddział Grylińskiego zajął, tak że szpaler się utworzył. Po upływie dziesięciu minut usłyszeliśmy śpiew, a po drugich dziesięciu minutach ukazały się z poza płotów białe rogatywki, nareszcie kosy a w końcu kawalerya. Radość malowała się na twarzach naszych żołnierzy: jeden i drugi miał nadzieję zobaczyć dawnego znajomego, a cóż milszego jak w obozie stary przyjaciel? Niebawem wstąpił w szpaler przez nas utworzony wódz przybyłego oddziału, wzrostu średniego, nader silnie zbudowany, twarzy ogorzałej, w której dobroć ale energia razem się przebijała; broda siwa spadała na kożuch węgierski, wstęgą czerwonobiałą przepasany; rewolwer za pasem a pałasz przy boku tworzyły dziwną harmonię tak z wyrazem twarzy, jak też i z ubiorem przybyłego. Był to nasz dzielny Czachowski, wtenczas już pułownik. Prowadzony przez Łopackiego i Grylińskiego, okiem pełnem radości spoglądał na nas. Oglądał naszą broń i niemało się zadziwił, przekonawszy się, że wszyscy w sztucery z bagnetami uzbrojeni byliśmy. Za nim nadciągnął i oddział jego: nie był wprawdzie źle uzbrojonym, ale zawsze nie tak jak my.
Przeglądnąwszy tak nasz oddział jako też i Grylińskiego, siadł na koń i kazał swym ludziom iść w awangardzie a ustawienie arjergardy zdał Łopackiemu, który natychmiast kompanją na tył wysłał.
Złączeni teraz w trzy oddziały, liczyliśmy 780 ludzi. Czachowski bowiem miał 400 żołnierza. Była to więc spora garstka, silna ilością ludzi lecz silniejsza duchem: każdy pojedynczy żołnierz drżał z radości, gdy szef sztabu, później dowódzca oddziału w Lubelskiem, Eminowicz oznajmił, że następnego dnia może batiuszków spotkamy.
W nocy nie przerywając marszu spoczynkami, doprowadził Czachowski złączone oddziały do miasteczka Grabowca; tam przywołał burmistrza i kazał ludzi rozkwaterować po domach. Noc przeszła najspokojniej. Moskale, których co chwila się spodziewano, nie alarmowali nas. Każden więc miał dość czasu przespać się i wypocząć po ośmiogodzinnym bezustannym marszu.
Nazajutrz, zaledwie świtać zaczęło powstali żołnierze; jedni w nadziei zobaczenia piękności miastowych, (niech się moje piękne czytelniczki wcale tem nie obrażają, gdyż jest to wadą młodych żołnierzy, że sam wyraz ten „panna“ dziwne jakieś uczucie w nich wywołuje) drudzy zaś powychodzili wczas, by u którego z mieszczan sera, masła lub kiełbas kupić. Dzień ten był dniem niespokoju. Czachowski chciał objąć dowództwo nad wszystkimi trzema oddziałami, czemu Łopacki zupełnie się poddał, o czem zaś Bryliński nawet słyszeć nie chciał, i już żądał nawet dymisji od Czachowskiego, niechcąc być pod jego komendą.
Wieść ta gruchnęła między ludźmi Grylińskiego, a z ust do ust idąc, dostała się i do nas. I tutaj wywołała niechęć. Trudnem zdawało się nam kogo innego mieć naczelnikiem jak Łopackiego, tak bowiem przywiązali się ludzie do niego, że w piekło by byli poszli, byle go nieopuścić, czego pod Stefankowem 23-go kwietnia dali dowód.
Przytoczę tu na pochwałę Łopackiego, że był nietylko dobrym wodzem, ale przytem ojcem i przyjacielem ludzi. Nigdy nie robił różnicy między oficerem a szeregowcem, wszystkich uważał zarówno, a zdaniem jego było: „każdy z nas jest oficerem“. Otóż żal było nam takiego dowódzcy tem bardziej, że ludzie złej woli, których i tam nie brakowało, różne wieści nie najpochlebniej o Czachowskim mówiące, rozsiewali, i tym sposobem ziarno niezgody między nas rzucić chcieli; lecz dzięki Najwyższemu minęła ta burza, nie pociągając złych skutków za sobą.
Koniec części 1. Ciąg dalszy nastąpi.








Odpowiedź: Czachowski i obóz jego. Relacja żołnierza z 1863 r. (Część 2.) - Na Fali Czasu