
W średniowieczu handel wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Zapłata za luksusową biżuterię wcale nie musiała brzęczeć w sakiewce. Czasem wystarczyło... iść nad Wisłę. Poznajcie historię Marcina z Połańca, który w 1445 roku ubił w Krakowie niezwykły interes.

ofnijmy się o ponad 580 lat. W 1445 roku mieszkaniec naszego miasta, niejaki Marcin z Połańca, odwiedził gwarny Kraków. Miał tam ważną sprawę do załatwienia. Udał się do pracowni znanego złotnika, który również nosił imię Marcin. Połańczanin zamówił wyjątkową biżuterię.
Zlecił rzemieślnikowi wykonanie dwóch spinek i trzech pierścieni. Złotnik miał do tego użyć nietypowego materiału. Były to tak zwane “pieniążki św. Jana”. Czym były te tajemnicze monety? To po prostu starożytne rzymskie denary. Dawniej chłopi często wyorywali je z ziemi na polach. Najwięcej pojawiało się ich po ulewnych deszczach, w okolicach Nocy Świętojańskiej. Stąd też wzięła się ich nazwa. Ludzie wierzyli, że takie monety mają magiczną moc i chronią przed złem. Dlatego dawne elity bardzo chętnie nosiły je jako luksusowe talizmany.
Najciekawsza w tej historii jest jednak sama zapłata. Marcin z Połańca nie zapłacił za usługę gotówką. W starej księdze miejskiej zapisano, że w zamian za pracę złotnika obiecał dać mu… rybę. I to nie byle jaką! Był to łosoś. W starym dokumencie zapisano to wprost: “piscem vulgariter lososch”, co oznacza dosłownie: “rybę pospolicie zwaną łososiem”.
Dziś może to brzmieć jak żart, ale w XV wieku tak nie było. Potężny łosoś wiślany był wtedy prawdziwym luksusem. Wisła stanowiła tętniącą życiem rzekę, pełną wędrownych ryb. Świeży łosoś z okolic Połańca miał w Krakowie ogromną cenę. Był wart tyle samo, co misterna praca wykwalifikowanego jubilera. To świetny dowód na to, że mieszkańcy dawnego Połańca byli zaradni i potrafili robić doskonałe interesy.

Ślad tej ciekawej transakcji udało się nam znaleźć w Jagiellońskiej Bibliotece Cyfrowej. Wpis przetrwał w dawnych rachunkach krakowskich. W XIX wieku stare księgi badał Ambroży Grabowski, krakowski historyk i archiwista. W 1854 roku wydał w Lipsku książkę pod tytułem “Skarbniczka naszej archeologii”. Grabowski skrupulatnie przepisywał dawne umowy gospodarcze. I właśnie w jego zbiorach ukryta była ta drobna wzmianka o naszym niezwykłym krajanie. Dzięki niej historia ożyła na nowo. Uwielbiamy takie historie.
Musimy jednak pamiętać, że gdyby rolnik wyorał z ziemi podobne “pieniążki św. Jana” w dzisiejszych czasach, przepisy wyglądałyby zupełnie inaczej. Zgodnie z obowiązującym prawem, znalezienie historycznego skarbu wiązałoby się z koniecznością przekazania go na rzecz Skarbu Państwa.
Co ciekawe, historia z antycznymi monetami w naszym mieście to wcale nie są tylko dawne, krakowskie anegdoty. Być może nie wiecie, ale nad rzeką Wschodnią w Połańcu rzeczywiście odkryto niegdyś zapomniany skarb rzymskich denarów.
Więcej o tym fascynującym, lokalnym znalezisku przeczytacie w naszym artykule poniżwj.
MATERIAŁ POWIĄZANY:







