
Czy opisane w artykule tajemnicze zjawiska to tylko lokalny folklor, czy kryje się za nimi coś więcej? W tym wpisie zgłębisz mniej znane opowieści z naszego regionu, takie jak historie o widmach kosynierów, śpiących wojskach czy zjawie austriackiego żołnierza, poznając je poprzez lokalne legendy, reportaż redaktora Zbigniewa Fronczka oraz ich historyczne konteksty.

nam różne historie, gawędy i legendy związane z Połańcem i okolicą, ale akurat zjawisko błąkających się widm kosynierów w naszej okolicy jest dla mnie zupełną nowością i spotykam się z tą historią po raz pierwszy. Przyznam szczerze, że artykuł redaktora Zbigniewa Fronczka zaintrygował mnie szczególnie. Być może też z tego względu, że przez ponad 10 lat sam przywdziewałem sukmanę kosyniera połanieckiego i brałem udział w różnych rekonstrukcjach historycznych. Polska, z jej burzliwą historią naznaczoną niezliczonymi bitwami i powstaniami, jest żyznym gruntem dla opowieści o duchach, widmach itp. W wielu regionach, gdzie krew przesiąkała ziemię, a losy narodu ważyły się na szali, pamięć o dawnych zmaganiach czasami przybiera formę różnych niezwykłych zjawisk i lokalnych legend.
Opowieści te, mistrzowsko spisane przez redaktora Fronczka w „Tygodniku Nadwiślańskim”, intrygują i skłaniają do refleksji nad cienką granicą między rzeczywistością a legendą. Widma żołnierzy, błąkające się po dawnych polach bitew czy traktach, często symbolizują niedokończone sprawy, tragiczne losy lub pragnienie pamięci. Droga między Rytwianami a Połańcem, z pewnością była świadkiem wielu marszów, potyczek czy przemarszów wojsk, co bez wątpienia sprzyjało powstawaniu takich legend. A może to nie legendy? Zapraszam do lektury.
Pędzące na koniach zjawy żołnierzy oglądano w czerwcowe krótkie noce już na początku XX wieku. Lud polski stworzył kilka niezwykłych baśni o uśpionych żołnierzach. Najpopularniejsza jest baśń o zaklętym wojsku Chrobrego w Tatrach pod Giewontem. W kilku miejscowościach rozsianych po całej Polsce opowiada się o śpiących wojskach królowej Jadwigi i hetmana Czarnieckiego. Na początku XX wieku folkloryści spisali opowieści o wojskach czekających na wojnę we wzgórzach sandomierskich i opoczyńskich lasach. W baśniach i ludowych opowieściach powtarzał się często motyw żołnierza sprowadzającego w zamkowe podziemie kowala do podkucia wierzchowca lub wieśniaka z paszą dla koni. Przyjęło się mówić, iż w baśniach jest ziarenko prawdy. Czy jest więc także w przekazach o uśpionych wojskach? Owym ziarenkiem, jak się wydaje, jest właśnie coś tak nieokreślonego i niesprawdzalnego, jak duchy. To właśnie zagadkowe widma pojawiają się w miejscach bitew, obozowisk, tras przemarszów wojsk, o których pamięć przetrwała tylko w legendzie. Widma nie żądały pomocy w kuciu koni czy dostarczeniu paszy, ale swym pojawieniem się budziły zdumienie niejednokrotnie grozę.
Na drodze z Rytwian do Połańca
Trudno ustalić, kiedy i kto spotkał ich pierwszy raz. Wiadomo, że było to dawno. Widywano ich przed I i II wojną, spotykano w latach pięćdziesiątych i ponoć nawet w latach osiemdziesiątych XX wieku! Pojawiają się rzadko, nieregularnie, a sceptycy, których i w tamtej okolicy nie brakuje, twierdzą, że są jedynie wytworem chorej wyobraźni. Ci, którzy się na nich natknęli, składają różne relacje. Jedni zapewniają, że jest kilku, inni mówią o kilkunastu, jeszcze inni o kilkudziesięciu. Są uzbrojeni w kosy, widły, drągi, potrząsają łańcuchami. Pojawienie się tej zagadkowej grupy kosynierów ma poprzedzać głuchy, budzący niepokój łoskot. Maszerują nocami i spotykano ich po zapadnięciu mroku. Ciągną z Rytwian w stronę Połańca.
Maszerują wzdłuż wyasfaltowanej drogi, a niekiedy zdążają polnymi dróżkami. Z kilku relacji o spotkaniu z uzbrojonymi widmami najciekawsza wydaje się przedwojenna, szeroko do dziś komentowana. Jej autor, rolnik z Połańca, wracał furmanką do domu. Nocną ciszę zmącił odgłos kroków i pobrzękiwanie żelaza. Zaniepokojony rozejrzał się wokół i dostrzegł maszerującą kolumnę. Najstarszemu z wojaków, z bujną brodą i najbardziej – jak się wydawało – znużonemu zaproponował podwiezienie. Rozległy się słowa, nieznajomi zniknęli. Ot, rozpłynęli się. Po ich zniknięciu ni stąd ni zowąd wiatr się zerwał gwałtowny, coś przeraźliwie zawyło, ziemia się może nawet zakołysała. Czyż trzeba lepszego potwierdzenia, że zdarzyło się coś niebywałego? Woźnica się wystraszył, ale i konie się spłoszyły. Właściciel zapanował nad nimi dopiero w gospodarskim obejściu.
Inna relacja pochodzi już z powojennych czasów. Dwaj młodzieniaszkowie wracali z zabawy w Rytwianach. Zbliżała się północ, noc była chłodna i cicha, nagle usłyszeli niepokojące odgłosy. Ze zdumieniem spostrzegli, że w tym samym kierunku, lecz po drugiej stronie drogi, zdąża grupka mężczyzn. Nieznajomi byli odziani w sukmany, uzbrojeni po chłopsku: w drągi, kosy, topory. Nie budzili lęku wśród przypadkowych obserwatorów, jedynie zdumienie i ciekawość. Jak długo maszerowali obok siebie powracający z zabawy i widmowy oddziałek? Kilka, może kilkanaście chwil? Nagle tajemniczy oddziałek rozpłynął się, zniknął im z oczu.
Lęk u obserwatorów pojawiał się dopiero po zniknięciu widm, rzadziej w czasie obserwacji. W okolicy różnie interpretowano nocny marsz duchów. Nie brakowało śmiałków, którzy wałęsali się nocami w oczekiwaniu na zetknięcie się z zagadkowymi postaciami. Niestety nocne wyprawy podejmowane w celu spotkania okazywały się bezskuteczne. Jak się już bowiem rzekło: widma pojawiają się nieregularnie i nie na zamówienie, a niektórzy twierdzą – co też już zostało powiedziane – że nie ma ich wcale.
O duchach do Moskwy i Paryża
W 1835 do przywódców polskiej emigracji w Paryżu napłynęła korespondencja: “Od niejakiego czasu szczególne zjawisko w górzystych okolicach Kielc zwróciło uwagę mieszkańców, a nawet rządu. Opowiadania są rozmaite. Włościanin jeden, wyszedłszy z domu wieczorem, spostrzegł z dala licznych jeźdźców. Ciekawy, co to za jedni byli, przybliża się i w świetle księżyca poznaje krakusów z lancami, to w szyku bojowym, to w rozpierzchających się między górami, jak gdyby w pogoni za nieprzyjacielem. Zdziwiony biegnie do domu i opowiada, co widział. Nareszcie dowiaduje się o tym władza i zsyła komisję do sprawdzenia zjawiska. Komisarze moskiewscy udali się w nocy na miejsce oznaczone i w raporcie swoim donieśli, iż widzieli mnóstwo krakusów, którzy się pokazywali i znikali”.
Zjawisko pod Kielcami mogli obserwować tubylcy, przyjezdni i wysokie komisje. Rzecz została opisana, relacje dotarły do Moskwy i Paryża, po latach dokumenty pokrył kurz, widmowi krakusi pod Kielcami więcej się już nie pojawili. Ich harce zostały jednak zarejestrowane, a widmowych ułanów z okolicy Koprzywnicy spowija tylko lokalna legenda, choć na tamtejszych pagórkach pojawili się bez zawodu, niczym aktorzy w teatrze. Pędzące na koniach zjawy żołnierzy oglądano w czerwcowe krótkie noce już na początku XX wieku. Widma nie napędziły nikomu strachu, więc spragnieni niecodziennych widoków i wrażeń ciągnęli tutaj niczym muchy do miodu. Bolesne przeżycie ostatniej wojny znacznie osłabiły zainteresowanie lokalnymi widziadłami. Ponoć widuje się je coraz rzadziej.
Złote guziki
Józef Szczepański, mieszkaniec wsi Dąbie pod Zawichostem, był żołnierzem BCh, przed akcją w obrębie podsandomierskim wsi Obrazów, Dębiany, Polany został wystawiony na wartę. Noc była wtedy ciemna, kwietniowa. W pewnym momencie dostrzegł przed sobą niezwykłą postać. Nie pytał o hasło, nie sięgał po karabin, przeczuł, że w tym spotkaniu broń zbyteczna. Przybysz, od którego powiało cmentarnym chłodem, był okazałej postury. Wartownik nie dostrzegł jego głowy. Tkwiła wysoko, gdzieś bardzo wysoko, może nie nad drzewami, ale nie była widoczna. Pan Józef, mężczyzna niewysokiego wzrostu, lecz niebywale odważny, nie zawahał się trącić nieznajomego. Wyciągniętą ręką dotykał lśniących guzików, wyczuwał także pod palcami grube sukno munduru. Po latach wielokrotnie wspominał, iż w czasie spotkania nie zaznał strachu. Po zniknięciu tajemniczego jegomościa skonstatował, że poczęły dygotać mu nogi. Ich drżenia nie opanował już do świtu. Rankiem zameldował się gospodarz z pobliskiej wsi Głazów. Chciał przestrzec przed pojawiającym się w okolicy widmem, które niejednokrotnie napędziło strachu. Nie czyniło nikomu krzywdy, jedynie płoszyło konie, bydło i ptactwo.
Cóż to za zjawa? To duch żołnierza w mundurze ze złotymi guzikami. Na początku XVIII wieku powiesił się w tamtej okolicy austriacki huzar. Zapamiętano, że był ogromnego wzrostu. Pochowano nieboraka pośpiesznie, bo oddział opuszczał kwatery. Po pewnym czasie przyjechała z Węgier rodzina samobójcy i nawet planowano przenieść zwłoki huzara na cmentarz. Nie potrafiono jednak znaleźć mogiły. Zrozpaczona rodzina odjechała, a okolicę począł nawiedzać duch. Nie jest złośliwy, uparcie milczy, niekiedy w nocnej ciszy zabrzęczą jego złote guziki. Nikt nie wie, jaki dramat rozegrał się w duszy nieszczęsnego Węgra i czemu nie może zaznać pośmiertnego spokoju.
Zbigniew W. Fronczek.

Opowieści o widmach żołnierzy stanowią jeden z najbardziej rozpowszechnionych i symbolicznych motywów w polskim folklorze. Nie są to tylko lokalne anegdoty, lecz ogólnonarodowy archetyp, odzwierciedlający głęboko zakorzenioną wiarę w ukrytą, uśpioną siłę militarną, która obudzi się w obliczu narodowego zagrożenia. Ten motyw służył jako potężny mechanizm psychologiczny dla narodowej odporności, szczególnie w kraju o historii naznaczonej rozbiorami i obcą dominacją. Redaktor Zbigniew Fronczek wspomniał o opowieści o zaklętym wojsku Bolesława Chrobrego, śpiącym pod Giewontem w Tatrach. Legenda głosi, że po licznych bitwach i podbojach, gdy Polska była u szczytu potęgi za panowania Bolesława Chrobrego, część jego wojsk, zmęczona trudami wojen, znalazła schronienie w sercu Tatr. Król, przewidując przyszłe zagrożenia i wierząc w niezwykłą moc tej ziemi, miał nakazać swoim najwierniejszym rycerzom, by zapadli w głęboki sen. Wojownicy, odziani w zbroje, z mieczami u boku i tarczami ułożonymi obok, spoczywają w ukrytych komnatach. Czas dla nich stanął w miejscu. Ich konie, również uśpione, czekają cierpliwie obok nich. W świadomości mieszkańców Podhala i turystów utrwaliło się nawet wyobrażenie, że kształt masywu Giewontu, zwłaszcza widziany od północy, przypomina śpiącego rycerza, z Wielkim Giewontem jako głową i Długim Giewontem jako tułowiem.
Podobne opowieści o śpiących wojskach krążą w wielu miejscowościach rozsianych po całej Polsce, a dotyczą one również armii królowej Jadwigi i hetmana Czarnieckiego. Królowa Jadwiga, postać historyczna symbolizująca pobożność i jedność, często odwiedzała Sandomierz i Połaniec z wojskiem, które niegdyś broniło mieszkańców Opoczna przed najazdami “bisurmanów”. Legenda głosi, że żołnierze ci, w okresie spokoju, co pewien czas wychodzą na szczyt, by zaczerpnąć świeżego powietrza, a w razie zagrożenia ponownie staną do walki w obronie wiary i ojczyzny. Z kolei Stefan Czarniecki, wybitny dowódca jazdy z czasów potopu szwedzkiego, stał się ikoną patriotyzmu. W 1657 r. założył obóz warowny w Połańcu podczas pościgu za wojskami Jerzego II Rakoczego. Jego legenda narastała w czasach klęsk Rzeczypospolitej w XVIII wieku, czyniąc go symbolem zwycięskiego wodza, który nigdy nie poddał się zwątpieniu.
Równie ciekawe jest przywołanie historii o widmowych krakusach pojawiających się w górzystych okolicach Kielc w 1835 roku. Zjawisko podobno było na tyle intensywne i powszechne, że zwróciło uwagę nie tylko mieszkańców, ale nawet władz zaborczych. Co jeszcze bardziej intrygujące, komisarze moskiewscy udali się nocą na wskazane miejsce i w swoim raporcie donieśli, że widzieli mnóstwo krakusów, którzy się pokazywali i znikali. Należy jednak pamiętać, że po klęsce powstania listopadowego, w społeczeństwie polskim panował głęboki żal, tęsknota za wolnością i pamięć o poległych. W takich warunkach mogło dochodzić do masowych halucynacji lub interpretacji zwykłych zjawisk naturalnych (np. cieni, zjawisk świetlnych, migotania świateł w oddali) jako widzeń powstańców. Ludzka psychika w obliczu traumy i silnych emocji często poszukuje symboli i znaków, które mogą podtrzymać nadzieję lub upamiętnić ważne wydarzenia. Nie można również wykluczyć, że doniesienia te były również elementem biernego oporu przeciwko zaborcy. Rozpowszechnianie plotek o widzeniach polskich żołnierzy mogło podtrzymywać na duchu ludność i przypominać o trwającej walce o niepodległość, nawet jeśli nie była to walka zbrojna. Dla władz rosyjskich, takie zjawiska mogły być niepokojące, gdyż świadczyły o niezadowoleniu i silnym poczuciu tożsamości narodowej Polaków.
Historia zaprezentowana w reportażu szczególnie w części związanej z połanieckim rolnikiem, który wracał do domu furmanką i na swojej drodze spotkał maszerującą kolumnę kosynierów, jest z wiadomych względów dla mnie najciekawsza. Po zniknięciu kosynierów miał nagle zerwać się gwałtowny wiatr, coś przeraźliwie zawyło, a ziemia zakołysała się, co było dla woźnicy i jego spłoszonych koni ostatecznym potwierdzeniem niezwykłości zdarzenia. Warto również dodać, że w Połańcu znajduje się Cmentarzyk Kosynierów, upamiętniający poległych w bitwie pod Racławicami oraz w potyczkach z Rosjanami podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, w tym w dużej bitwie 13 maja 1794 roku. Rosjanie przeprowadzili w tym dniu szturm na obwarowany obóz wojsk powstańczych. Atak ten zakończył się niepowodzeniem i w bitwie pod Połańcem górą byli Polacy. Kilka dni później Wisłę przekroczył Grochowski, co zmusiło Denisowa do zrezygnowania z dalszych ataków i wycofania się w kierunku zachodnim. Czy marsz widmowych kosynierów w stronę Połańca mógł być zatem symbolicznym powrotem do miejsca, które było dla nich punktem zwrotnym w walce o wolność, lub też miejscem ich ostatecznego spoczynku?
Nie jest moją rolą oceniać, czy ta historia jest autentycznym świadectwem paranormalnym, czy też jedynie owocem bogatej wyobraźni. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z rzeczywistym zjawiskiem, duchami, czy z płodną narracją wynikającą z lokalnego folkloru i osobistych przeżyć, nie można zaprzeczyć, że ludzie często spotykają się z dziwnymi, niewytłumaczalnymi zjawiskami. Takie opowieści, jak ta przypominają nam, że świat bywa pełen tajemnic, a granice między tym, co racjonalne, a tym, co nadprzyrodzone, często zacierają się w ludzkiej świadomości i podaniach. Czy są to tylko wytwory bujnej wyobraźni, czy może w tych opowieściach kryje się coś więcej, nieuchwytna energia miejsc naznaczonych cierpieniem i poświęceniem? Tego nikt nie może stwierdzić z całą pewnością. Być może to tylko legendy, a być może nie.
Na koniec kilka słów o autorze reportażu, Zbigniewie Włodzimierzu Fronczku. Urodzony w 1947 roku, pochodzi z Ostrowca Świętokrzyskiego. Polonista z wykształcenia, absolwent UMCS w Lublinie. Z zamiłowania archiwista, historyk i kronikarz ludowych opowieści grozy. Pan Fronczek jest autorem wielu cennych publikacji dotyczących historii i tradycji związanych z Lubelszczyzną. Osobiście zaciekawiła mnie jego książka “Ludowe opowieści grozy”, wydana w 1998 roku, która bezpośrednio nawiązuje do tematu dzisiejszego artykułu. Przedstawia ona opowieści i gawędy z okolic Sandomierza, Połańca i Opatowa.
A może ktoś z Państwa miał okazję zetknąć się z podobnymi opowieściami w naszej okolicy? Może znacie inne legendy? Jeśli tak, serdecznie zapraszam do podzielenia się nimi.







