
W historii każdej miejscowości, obok radosnych wspomnień, bywają również karty zapisane tragicznie. Gmina Połaniec nie jest tu wyjątkiem. Blisko sto lat temu, w maju 1930 roku, cichą wieś Maśnik wstrząsnęła niewyobrażalna tragedia, która początkowo wyglądała na nieszczęśliwy wypadek, lecz szybko ujawniła swoją mroczną, kryminalną naturę.

gminie Połaniec nie zawsze bywało spokojnie i kolorowo. Przeglądając archiwalne numery „Ziemi Sandomierskiej” z 1930 roku, natrafiliśmy na historię, która wstrząsnęła ówczesną opinią publiczną i do dziś mrozi krew w żyłach. Wszystko zaczęło się w nocy z 4 na 5 maja 1930 roku w Maśniku.
Pierwsze doniesienia prasowe (Ziemia Sandomierska nr 10/1930) mówiły o tragicznym pożarze w gospodarstwie Wincentego Warchałowskiego. Gazeta informowała wówczas o śmierci całej rodziny: małżeństwa oraz ich zaledwie półtorarocznego synka. Początkowo sądzono, że przyczyną była wadliwa budowa komina, a rodzina zginęła we śnie przez uduszenie dymem.
Jednak prawda okazała się znacznie bardziej mroczna, o czym dowiadujemy się z kolejnego numeru gazety (Ziemia Sandomierska, nr 15/1930). To nie był nieszczęśliwy wypadek, lecz brutalna zbrodnia na tle rabunkowym.

Sprawcą okazał się 32-letni Kazimierz Szpiega z powiatu pińczowskiego, którego do czynu namówił… sąsiad ofiar, miejscowy szewc. Morderca, licząc na ukryte w domu dolary, włamał się do mieszkania. Gdy domownicy się obudzili, doszło do dramatycznej walki. Szpiega zastrzelił pana Warchałowskiego, a następnie nożem odebrał życie matce i maleńkiemu dziecku. Aby zatrzeć ślady, ukradł pieniądze oraz rewolwer, ułożył ciała na łóżkach tak, by sprawiały wrażenie śpiących, i podpalił dom słomą ze stodoły.
Sumienie sprawcy nie dało mu jednak spokoju. Dręczony koszmarami i wizją krwi na rękach, sam zgłosił się na policję, przyznając się do winy, gdy poczuł, że śledczy są już na jego tropie.
Tragiczna historia z Maśnika przypomina nam, nie po raz pierwszy, że przeszłość Połańca i okolic kryła zarówno radosne chwile, mroczne tajemnice jak i wielkie ludzkie tragedie. Zdecydowaliśmy się opublikować materiał archiwalny nie dla sensacji, lecz by oddać głos tym, którzy zostali go brutalnie pozbawieni. To część dziedzictwa naszej gminy, bolesna, ale prawdziwa. Wierzymy, że pamięć o rodzinie Warchałowskich zasługuje na coś więcej niż tylko pożółkłą kartę w archiwum. Niech odpoczywają w pokoju.






