
Siedemnasty wiek zapisał się w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako czas potężnych wstrząsów, wielkich bitew i triumfów oręża. Jednocześnie była to epoka bezprecedensowych katastrof demograficznych, gospodarczych i społecznych. W cieniu politycznych roszad na najwyższych szczeblach władzy, traktatów pokojowych i blasku husarskich skrzydeł, rozgrywały się dramaty setek mniejszych miast i wsi.
W SKRÓCIE:

rowincjonalne ośrodki ponosiły przygniatający, nierzadko morderczy wręcz ciężar logistyczny oraz finansowy utrzymania armii, która miała bronić granic państwa. Bardzo dobrym, aczkolwiek niezwykle bolesnym i tragicznym przykładem takiego typu zjawiska jest los królewskiego miasta Połańca. Posiłkując się unikalnymi źródłami historycznymi możemy tylko sobie wyobrazić wstrząsający obraz upadku ówczesnego prężnego ośrodka miejskiego. Ośrodka, który był zmuszony do wyprzedaży własnego majątku komunalnego celem uchronienia resztek wygłodzonej populacji przed całkowitą ucieczką.
Za punkt wyjścia do dzisiejszego artykułu posłużą zapiski księdza Jana Wiśniewskiego (1876–1943), wybitnego regionalisty i badacza dziejów lokalnych. Ksiądz Jan, opierając się na dawnych aktach kościelnych, w swojej książce zatytułowanej „Dekanat Sandomierski” (wydanej w Radomiu w 1915 roku), na stronie 131 zamieścił z pozoru lakoniczną wzmiankę. Napisał on, że w Połańcu „konsystowała chorągiew pancerna na leżach zimowych”. To jedno zdanie kryje za sobą ogrom cierpienia i logistycznego koszmaru naszych przodków. Jednakże to odnaleziony za sprawą pana Jana Anioła (1898-1972) w archiwach dóbr staszowskich (pod numerami 301 i 258, znajdujący się obecnie w Archiwum Państwowym w Kielcach) dokument z 7 maja 1673 roku nadaje temu suchemu faktowi wymiar głęboko ludzkiej, strukturalnej i gospodarczej tragedii.
Ukazuje on miasto doszczętnie zrujnowane, obciążone niebotycznymi długami względem doborowych jednostek wojskowych, w tym elitarnej chorągwi husarskiej wojewody ruskiego, słynnego dowódcy hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jana Jabłonowskiego (1634-1702). Analiza tych wydarzeń pozwala nam przenieść się w czasie i zrozumieć lokalną historię Połańca. Poznamy bezwzględne mechanizmy funkcjonowania staropolskiego wojska, opresyjny system podatkowy epoki nowożytnej i realia życia codziennego w przededniu jednej z najważniejszych i najbardziej decydujących bitew w historii Europy Środkowo-Wschodnie tj. drugiej bitwy pod Chocimiem z 11 listopada 1673 roku. Aby jednak w pełni pojąć tragedię mieszkańców Połańca, musimy najpierw spojrzeć na szeroki kontekst geopolityczny Rzeczypospolitej w tamtym niezwykle burzliwym okresie.
Lata siedemdziesiąte XVII wieku to jeden z najciemniejszych i najbardziej kryzysowych okresów w dziejach państwa polsko-litewskiego. Trwający w latach 1672–1676 wielki konflikt z potężnym Imperium Osmańskim obnażył wszelkie słabości wewnętrzne kraju, rządzonego wówczas przez króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1640-1673). Państwo, wciąż niepodniesione z ruin po wyniszczającym potopie szwedzkim oraz długotrwałych wojnach z Moskwą i powstaniach kozackich, znalazło się na skraju przepaści.
Zła sytuacja wewnętrzna Rzeczypospolitej, sparaliżowanej brutalnymi sporami politycznymi między stronnictwem dworskim popierającym słabego monarchę a potężną, dążącą do przejęcia władzy opozycją magnacką, stanowiła idealną okazję dla dążącego do terytorialnej ekspansji Imperium Osmańskiego. Turcja, znajdująca się u szczytu swojej potęgi militarnej i wspierana przez kozackiego hetmana Piotra Doroszenkę, uderzyła na południowo-wschodnie rubieże państwa polskiego, dysponując przygniatającą, wręcz miażdżącą przewagą liczebną i logistyczną. Ofensywa ta doprowadziła latem 1672 roku do jednej z największych traum w polskiej historii wojskowości, oblężenia i upadku potężnej twierdzy w Kamieńcu Podolskim, która uchodziła dotąd za przedmurze chrześcijaństwa.
Bezpośrednią i tragiczną dla kraju konsekwencją tej militarnej klęski było podpisanie 16 lub 18 października 1672 roku traktatu w Buczaczu. Dokument ten był niezwykle upokarzający dla Rzeczypospolitej. Zakładał on nie tylko oddanie pod panowanie sułtana rozległych wschodnich terytoriów (Podola wraz z Kamieńcem Podolskim oraz części prawobrzeżnej Ukrainy), ale co najbardziej uderzało w honor i dumę szlacheckiego narodu, zobowiązywał Polskę do płacenia corocznego haraczu w astronomicznej wysokości 22 tysięcy dukatów. Ten punkt układu de facto sprowadzał dumne dotąd mocarstwo do roli państwa wasalnego wobec Turcji.

Paradoksalnie jednak to właśnie owa „hańba buczacka” wywołała w kraju potężny wstrząs, który doprowadził do niezwykłej społecznej mobilizacji. Skłócony i podzielony dotąd naród szlachecki, przerażony perspektywą dalszych postępów potężnej armii sułtana, plądrowania majątków i całkowitej utraty niepodległości, zjednoczył się wokół idei natychmiastowego odrzucenia upokarzającego traktatu i wznowienia zbrojnej walki o przetrwanie państwa. Sejm Rzeczypospolitej, w akcie politycznej determinacji, stanowczo odmówił ratyfikacji układu z Buczacza. Co więcej, uchwalono nadzwyczajne, niezwykle wysokie podatki na wystawienie nowej, wielkiej armii komputowej. Dowództwo nad tymi wojskami powierzono wybitnemu wodzowi, hetmanowi wielkiemu koronnemu Janowi III Sobieskiemu (1629-1696), na którym spoczęło zadanie uratowania ojczyzny.
To właśnie ta ogromna, realizowana w pośpiechu mobilizacja militarna na przełomie 1672 i 1673 roku była bezpośrednią przyczyną wielkiego dramatu, jaki rozegrał się w małym Połańcu. Tysiące nowo zaciągniętych żołnierzy, tysiące potężnych koni bojowych i taborowych, liczna czeladź, woźnice oraz oficerowie musieli gdzieś przetrwać najtrudniejsze miesiące. Musieli gdzieś stacjonować pod dachem, coś jeść i przygotowywać się do decydującej, letniej kampanii, zanim wiosną wyruszą na dalekie ukraińskie Podole. Wojsko to potrzebowało tzw. leż zimowych.
Kluczem do zrozumienia obecności wielkiego wojska w Połańcu i przyczyn gospodarczego upadku naszego miasteczka jest specyficzny, staropolski system logistyki i zaopatrywania armii. W XVII wieku polskie państwo, w przeciwieństwie do tworzących się właśnie na zachodzie Europy monarchii absolutnych, nie dysponowało rozwiniętym systemem stałych koszar, scentralizowanych magazynów prowiantowych ani nowoczesną logistyką w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Wojsko zaciężne i komputowe w okresie przerw w działaniach wojennych, co najczęściej przypadało na okres od późnej jesieni, przez całą zimę, aż do wczesnej wiosny, musiało być siłą rzeczy rozlokowane na terytorium kraju, bezpośrednio w miastach i majątkach ziemskich. Zjawisko to, polegające na zakwaterowaniu oddziałów na koszt miejscowej ludności, określano powszechnie mianem leż zimowych lub kwater zimowych.
W początkowym okresie kształtowania się tego systemu, do połowy XVII wieku, obciążenia związane z leżami zimowymi polegały na fizycznym, bezpośrednim kwaterowaniu żołnierzy w domach obywateli i obowiązku ich stałego prowiantowania. Oddziały zbrojne po prostu wkraczały do wyznaczonych wiosek i miasteczek, przejmując zabudowania gospodarcze, stajnie i izby mieszkalne. Żołnierze pobierali żywność dla siebie (chleb, mięso, piwo, kasze) oraz ogromne ilości paszy dla swoich koni (owies i siano) bezpośrednio od miejscowych chłopów i mieszczan.
Był to system z natury niezwykle uciążliwy i kryminogenny, prowokujący do nieustannych nadużyć, brutalnych grabieży, pobić, a nierzadko i dewastacji całych gospodarstw. Uzbrojeni, zdemoralizowani trudami wojny i brakiem żołdu mężczyźni, często pozbawieni ścisłego oficerskiego nadzoru, traktowali przydzielone im kwatery jak tereny podbite. Z biegiem czasu szlachta, posiadająca najsilniejszą, dominującą pozycję polityczną w państwie, zdołała wywalczyć dla swoich prywatnych majątków ziemskich (dóbr dziedzicznych) niemal całkowite zwolnienie z tego rujnującego obowiązku. Konstytucje sejmowe wyraźnie nakazywały hetmanom umieszczanie żołnierzy na leża zimowe w pierwszej kolejności w majątkach królewskich (tak zwanych królewszczyznach, do których należał Połaniec) oraz w dobrach należących do duchowieństwa.
Z upływem czasu, wraz z rosnącymi kosztami prowadzonych na wielu frontach wojen, a także w odpowiedzi na lawinowo rosnące skargi posłów na potworne nadużycia dokonywane przez wojsko na prowincji, system ten musiał ulec pewnym modyfikacjom. W okresie niszczycielskich konfliktów zbrojnych z połowy XVII wieku, w tym zwłaszcza po doświadczeniach potopu szwedzkiego, w dobrach królewskich i kościelnych wprowadzono specjalny, zryczałtowany podatek celowy. Przeznaczony był on wyłącznie na utrzymanie wojska w okresie zimowym i zwano go powszechnie hiberną, co w staropolskiej nomenklaturze tłumaczono dosłownie jako „chleb zimowy”. Było to przymusowe świadczenie mające formę finansowego ekwiwalentu za dawne, fizyczne kwaterunki.
Teoretycznie, zamiana uciążliwego obowiązku żywienia wygłodniałych żołnierzy na stały podatek pieniężny, obliczany proporcjonalnie z posiadanych łanów ziemi w przypadku obszarów wiejskich, oraz z tak zwanej osiadłości, obrotów z kupiectwa i zysków rzemiosła w przypadku miast i miasteczek, miała przynieść ludności cywilnej zauważalną ulgę i uporządkować napięte relacje między wojskiem a obywatelami. W ten sposób żołnierz miał mieć zapewnione środki na zakup pożywienia, a cywil miał być wolny od przemocy. W brutalnej praktyce tamtych czasów było jednak zupełnie inaczej. W dobie powszechnego załamania gospodarczego, dramatycznego braku gotówki na prowincji, spadku wartości monety i permanentnego, nieregularnego wypłacania żołdu przez wiecznie pusty skarb państwa, zdesperowane wojsko i tak ściągało należności siłą. Często stosowano tak zwane „stacje gwałtowne”, czyli fizyczne zajmowanie wyznaczonych terytoriów z użyciem broni, zmuszając mieszkańców do płacenia hiberny pod groźbą spalenia domostw.
Połaniec, jako urokliwie niegdyś położone miasteczko posiadające nieszczęsny w tym kontekście status dóbr królewskich (należących do domeny Jego Królewskiej Mości), znajdował się na pierwszej linii tego logistycznego frontu. Miasto było administracyjnie wręcz zmuszone do przyjmowania przechodzących wojsk, otwierania dla nich swoich skromnych zapasów i wypłacania gigantycznych kwot tytułem zaległej hiberny. Mechanizm ten rok po roku, zima po zimie, systematycznie i bezlitośnie wysysał z tego ośrodka miejskiego wszelkie soki witalne.
Dokumenty archiwalne z maja 1673 roku oraz zapiski z akt kościelnych jednoznacznie wskazują na obecność w Połańcu elity ówczesnej polskiej kawalerii. Mowa o chorągwi pancernej oraz chorągwi husarskiej. Obie te formacje stanowiły absolutny trzon i główną przełamującą siłę uderzeniową armii koronnej, budzącą słuszny popłoch wśród wrogów Rzeczypospolitej. Różniły się one jednak między sobą w sposób znaczący organizacją, stosowaną taktyką, wyposażeniem, a także strukturą społeczną zaciągających się do nich ludzi. Znajomość specyfiki tych elitarnych jednostek pozwala nam znacznie lepiej i głębiej zrozumieć, przed jak potężnymi i absurdalnie trudnymi do spełnienia wymogami logistycznymi postawiono w 1673 roku samorząd zrujnowanego miasteczka nad Wisłą.

Wzmiankowana przez księdza Wiśniewskiego chorągiew pancerna stanowiła fundament jazdy polskiej tamtego okresu. Towarzystwo pancerne klasyfikowano jako uniwersalną jazdę średniozbrojną, zdolną zarówno do wspierania ciężkiej husarii w szarżach, jak i do działań pościgowych, rozpoznawczych czy walki z lżejszą jazdą tatarską. Historycznie, chorągwie pancerne wywodziły się z szesnastowiecznych formacji jazdy kozackiej (nie mylić z Kozakami zaporoskimi, słowo to oznaczało typ jazdy lekkiej). Jednak z biegiem dekad poddano je ewolucji w kierunku coraz cięższego uzbrojenia ochronnego. Zasadniczą różnicą, która ostatecznie ukształtowała się w XVII wieku między nowymi chorągwiami pancernymi a dawnymi, zwykłymi i lekko zbrojnymi chorągwiami kozackimi, było stosowanie przez pancernych zaawansowanego i drogiego rynsztunku defensywnego.
Podczas gdy część tradycyjnych formacji lekkich występowała na polu bitwy niemal bez jakiegokolwiek uzbrojenia ochronnego, zdając się na manewr i szybkość, towarzysze służący w elitarnych chorągwiach pancernych używali kunsztownie plecionych pancerzy kolczych (od których przyjęła się nazwa samej formacji). Ochronę głowy zapewniały im wschodnie misiurki tj. hełmy z doczepianym czepcem z kółek kolczych chroniącym kark i ramiona. Dodatkowo stosowano stalowe karwasze chroniące przedramiona w walce wręcz, a przed ostrzałem z łuków zabezpieczano się za pomocą okrągłych, bogato zdobionych wschodnich tarcz typu kałkan.
Również uzbrojenie zaczepne chorągwi pancernej było niezwykle zróżnicowane i zabójczo skuteczne. Zasadniczą bronią w zwarciu była znakomita polska szabla, służąca do cięcia i rąbania. Ważną rolę odgrywała krótka broń palna w postaci pary pistoletów umieszczonych w olstrach (skórzanych futerałach) przy siodle lub bandoletów, krótkich strzelb noszonych na pasie. Do ataku szarżą na gęste szyki wroga używano długiej rohatyny (włóczni). Mimo rozwoju broni palnej, rzadziej, ale wciąż z powodzeniem i dużą popularnością wśród tego typu jazdy wykorzystywano kompozytowy łuk refleksyjny, który na wschodnim teatrze działań wojennych sprawdzał się znakomicie.
Zimowanie takiej formacji w miasteczku oznaczało konieczność znalezienia ciepłego kwaterunku dla zamożnego rotmistrza i towarzyszy pancernych oraz dla ich uzbrojonych pocztowych, luzaków zajmujących się dodatkowymi końmi a także całej rzeszy służby obozowej. Naprawa dziesiątek pancerzy kolczych, kucie setek wierzchowców zimą oraz konieczność zapewnienia żywności bogatej w kalorie stanowiły obciążenie, pod którym budżet Połańca szybko zaczął się łamać.

Jeśli obecność pancernych była logistycznym wyzwaniem, to wspominana w dokumencie z 7 maja 1673 roku obecność chorągwi husarskiej była dla miejskiej kasy wyrokiem śmierci. Husaria była bezsprzecznie jazdą najcięższą, nieporównywalnie najdroższą w utrzymaniu i cieszącą się najwyższym prestiżem w całym państwie. Służba w husarii była powodem do najwyższej dumy i najczęściej mogli sobie na nią pozwolić jedynie przedstawiciele zamożnej szlachty średniej oraz potężnej magnaterii. Towarzysz husarski stawiający się do służby musiał zjawić się wyposażony nie tylko w osobisty talent jeździecki, ale przede wszystkim w doskonałego, potężnego i niezwykle drogiego konia bojowego o specjalnych predyspozycjach do uderzenia w zwartym szyku. Ciało husarza chronił ciężki półpancerz płytowy, folgowe naramienniki i hełm typu szyszak. Podstawową bronią ofensywną była długa, pusta w środku kopia z proporcem (która ze względu na koszt produkcji i kruchość w walce była dostarczana przez dowodzącego rotmistrza). Do walki wręcz po skruszeniu kopii służyła długa szabla, a także prosty koncerz lub pałasz troczony pod siodłem. Uzupełnieniem arsenału, podobnie jak u pancernych, była broń palna. Każdemu towarzyszowi husarskiemu towarzyszył tak zwany poczet, składający się z jednego lub kilku pocztowych, którzy reprezentowali jego majętność. Oni również musieli być świetnie uzbrojeni i opancerzeni na koszt towarzysza.
Wymagania, jakie chorągiew husarska stawiała przed swoimi kwatermistrzami i gospodarzami, były astronomiczne. Wielkie konie husarskie, stanowiące o sile przełamującej całej formacji, wymagały ogromnej ilości wysokogatunkowego, starannie wyselekcjonowanego owsa i najlepszego siana. Brak takiego pożywienia szybko doprowadzał do osłabienia tkanki mięśniowej koni bojowych, czyniąc jednostkę bezużyteczną na wiosnę. W okresie tak zwanego przednówka, najtrudniejszego czasu między wyczerpaniem zeszłorocznych zapasów a nowymi zbiorami, zapewnienie pożywienia dla setek takich koni stanowiło potężny problem dla zrujnowanych chłopów i miast.
Wymagania finansowe i aprowizacyjne husarii były przez dowództwo egzekwowane ze szczególną, systemową wręcz bezwzględnością. Przerażający dług wynoszący równe 2300 złotych polskich z tytułu samego tylko „chleba zimowego trzyletniego”, jaki narósł w małym Połańcu za lata 1671–1673 względem stacjonującej tam husarii, był kwotą na ówczesne realia prowincjonalne absolutnie niewyobrażalną. Suma ta najdobitniej świadczy o gigantycznych, niszczących apetytach finansowych tej pięknej formacji militarnej.
Chorągiew husarska, poruszająca się i zimująca w strukturze składającej się z rotmistrza, towarzyszy i pocztowych, nie składała się tylko z wojowników. Prowadziła ona ze sobą potężne tabory, własnych rzemieślników obozowych, rzesze ciurów (niewykwalifikowanej służby obozowej) i czeladzi. Wprowadzenie kilkuset mężczyzn oraz setek zwierząt do drewnianego, gęsto zabudowanego miasteczka pozbawionego infrastruktury komunalnej stanowiło ogromne wyzwanie sanitarne, aprowizacyjne i porządkowe, grożące w każdej chwili wybuchem pożaru lub wysoce śmiertelnej epidemii.

Postacią historyczną, która nierozerwalnie łączyła prowincjonalne kwaterunki z wielką polityką i wojną z Imperium Osmańskim, jest bezpośrednio wymieniony w dramatycznym połanieckim dokumencie wojewoda ruski, kasztelan krakowski, a od 1683 roku hetman wielki koronny Stanisław Jan Jabłonowski (1634–1702). Urodzony w 1634 roku magnat był w tamtym czasie jednym z najbardziej obiecujących i najwybitniejszych dowódców wojskowych Rzeczypospolitej.
Jego kariera była usiana zbrojnymi zmaganiami. Jabłonowski był doświadczonym weteranem licznych kampanii. Walczył ze Szwedami podczas zgubnego Potopu, zmagał się z siłami Kozaków zaporoskich, ścierał się w bitwach z wojskami Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. W początkach lat siedemdziesiątych XVII wieku, jako wojewoda ruski, wyrósł na prawą rękę, bliskiego i zaufanego współpracownika ówczesnego hetmana wielkiego koronnego, Jana Sobieskiego. Sobieski wielokrotnie, już w latach 1666–1671, powierzał mu samodzielne dowództwo nad wydzielonymi zgrupowaniami w walkach szarpanych z szybkimi czambułami tatarskimi i oddziałami kozackimi, między innymi w bitwach pod Podhajcami i Kalnikiem.
W latach 1672-1673, w obliczu zagrożenia całkowitym rozbiorem przez Turcję, Jabłonowski odgrywał kluczową, podwójną rolę w przygotowaniach do wojny odwetowej. Na arenie krajowej, jako sprawny polityk, był wpływowym członkiem konfederacji “malkontentów” czyli opozycji magnackiej sprzeciwiającej się rządom króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Pełnił odpowiedzialną funkcję marszałka sejmików województwa ruskiego i jako potężny senator brał aktywny udział w burzliwych obradach sejmu w 1672 roku, kształtując strategię odrzucenia pokoju buczackiego.
W sferze czysto militarnej, jako potężny magnat i dowódca państwowy, Jabłonowski posiadał pod swoją bezpośrednią komendą rozbudowane zgrupowanie prywatnych i państwowych oddziałów. Historyczne przekazy źródłowe i znane nam dziś struktury organizacyjne armii koronnej z tego okresu bezsprzecznie potwierdzają, że wojewoda ruski był właścicielem i nominalnym dowódcą (rotmistrzem) zarówno elitarnej chorągwi husarskiej, wspomnianej w źródłach chorągwi pancernej, a także pomocniczej chorągwi lekkiej jazdy, przeznaczonej do dalekiego rozpoznania i szybkich manewrów oskrzydlających.

Fakt zimowania jego chorągwi husarskiej i pancernej w 1673 roku w okolicach Połańca nie był przypadkiem, lecz elementem starannie przygotowanej gry wojennej. Zimowanie w Małopolsce wpisywało się w szeroko zakrojoną, centralną strategię logistyczną Jana Sobieskiego, polegającą na koncentracji i żywieniu odbudowywanych wojsk koronnych na bezpieczniejszych, niezniszczonych bezpośrednio działaniami wojennymi terytoriach zachodnich i centralnych. Sobieski oszczędzał siły swoich chorągwi przed zaplanowaną na późne, upalne lato morderczą ekspedycją marszową na Kresy Wschodnie. Niestety, strategiczna decyzja hetmanów okazała się gwoździem do trumny gospodarki Połańca.
Aby w pełni odczuć skalę społecznej rozpaczy i przerażenia mieszkańców Połańca, wyrażoną w głośnym dokumencie z maja 1673 roku, należy cofnąć się w czasie i uświadomić sobie, z jak niezwykle wysokiego pułapu cywilizacyjnego miasto to upadło w ciągu ledwie kilku tragicznych dekad. Połaniec nie był mało znaczącą, prowincjonalną osadą. Przed nastaniem niszczycielskich wojen z połowy XVII wieku był to wspaniały ośrodek miejski tętniący życiem, korzystający ze swoich wielkich praw i przywilejów królewskich.


Znajdując się bezpośrednio nad Wisłą, będącą ówczesną autostradą gospodarczą Europy, miasto funkcjonowało jako ważny węzeł komunikacyjny, sprawny port rzeczny i punkt spławu najcenniejszych towarów masowych tj. polskiego zboża transportowanego prosto do Gdańska. Dobrobyt opierał się na handlu, flisactwie i silnym rzemiośle. W miastach małopolskich tamtego okresu istotnym czynnikiem dynamizującym i ożywiającym lokalną gospodarkę był również niezwykle obrotny element żydowski. Pierwsi Żydzi zaczęli napływać do Połańca już w XVI wieku i wkrótce zorganizowali prężną, silnie ekspansywną grupę kupiecką i finansową, która stymulowała obrót kapitałem i pośredniczyła w handlu rzecznym.
Jednakże uderzenie szwedzkiego potopu w 1655 roku, systematyczne i brutalne przemarsze wojsk brandenburskich, a następnie niemal apokaliptyczny w skutkach, niszczycielski najazd pacyfikacyjny dzikich wojsk siedmiogrodzkich księcia Jerzego II Rakoczego w 1657 roku, zamieniły Połaniec w dymiące zgliszcza. Skalę katastrofy najlepiej obrazują twarde dane demograficzne i podatkowe zapisane w staropolskich księgach rewizyjnych i lustracjach.
W czasach świetności we wczesnym XVII wieku, o których ze smutkiem wspomina miejski dokument, Połaniec szczycił się liczbą około 400 prężnie działających domostw, tętniących życiem warsztatów rzemieślniczych i kupieckich kramów. Rejestry powojenne z 1662 roku, spisane po pierwszych tragediach, wskazują na drastyczny spadek do zaledwie 100 ocalałych z pożóg domów i populację liczącą 556 osób ocalałych z rzezi. Kiedy w początkach 1673 roku wojska polskie gromadziły się w regionie, aby ruszyć na potężną wojnę osmańską, miasto znajdowało się już w stanie przedśmiertnej agonii. Z wystawionego w tym czasie aktu notarialnego dowiadujemy się wprost, że pozostało zaledwie 80 osad, zamieszkałych wyłącznie przez jednostki najuboższe, pozbawione zdolności do pracy wytwórczej i handlu. Łączna liczba obywateli miasta stopniała do 461 dusz.
I właśnie temu opustoszałemu, strawionemu przez wielkie pożary i zdziesiątkowanemu przez nawracające epidemie miasteczku, przypadało dramatyczne wydarzenie polegające na przymusowym odprawianiu i aprowizacji, jak to ujęli mieszczanie, „po trzy, cztery chorągwie gęsto nazbyt przechodzące”. Aby dopełnić czary goryczy, elitarne jednostki stacjonujące tam na stałe, narzuciły miastu bezlitosny, obwarowany sankcją egzekucji wojskowej obowiązek uiszczenia zaległości z aż trzech lat w formie zryczałtowanego „chleba zimowego”.
Sytuację pogarszał fakt skrajnie opresyjnego fiskalizmu ówczesnego państwa polsko-litewskiego względem miast. Nawet wobec wojennej ruiny, machina państwowa nie rezygnowała ze swoich praw. Na wygłodzonych obywateli Połańca nakładały się liczne obciążenia z czasów pokoju. Zryczałtowany podatek majątkowy i gruntowy zwany szosem, płacono od wyprodukowanych i sprzedanych trunków. Był to podatek zwany czopowym (wynoszący ponad 11% wartości, gdzie od każdego zarobionego grosza oddawano 2 denary), narzucona siłą, uciążliwa darowizna z roku 1629 obciążająca wszystkich kupców i właścicieli kramów. System podatkowy dławił zarówno resztki zrujnowanych producentów, jak i ubogich nabywców. Poborcy, wspierani przez wojsko, bezwzględnie kazali płacić podatki nawet za umarłych członków rodziny, których nazwiska wciąż widniały w starych księgach rejestrowych.
Doprowadziło to zasoby naszego miasteczka i lokalnych cechów do historycznego punktu absolutnego zerwania i zmusiło zdesperowaną radę miasta pod przewodnictwem burmistrza do podjęcia bezprecedensowego w dziejach samorządu aktu dobrowolnej wyprzedaży strategicznego majątku ziemskiego. Co więcej, nędza była tak głęboka, że Połaniec i sąsiedni Osiek okazały się całkowicie niezdolne do wywiązania się ze swojego uświęconego tradycją, konstytucyjnego obowiązku względem korony. Z powodu braku koni, broni i kapitału, mieszczanie połanieccy, pomimo groźby procesów królewskich, nie wyekspediowali obowiązkowego miejskiego wozu wojennego i uzbrojonych pocztów rzemieślniczych na letnią wyprawę przeciw Turcji w 1673 roku. Skrajna bieda pokonała królewskie prawo.
Historyczny dokument, którego streszczenie zachowało się dla potomności jest poruszającym manifestem obywatelskiej bezsilności. Dzięki wnikliwym badaczom przeglądającym archiwa majątkowe dóbr staszowskich w osobie p. Jana Anioła ze Szczeki, możemy się z nim poniżej zapoznać. Jest on dowodem na przetrwanie tradycji prawnych i ciągłości struktur ustrojowych staropolskich miast koronnych, nawet w obliczu wiszącego nad nimi bankructwa i rozkładu społecznego. Niestety nie mamy fotokopii oryginału, ale postaramy się do niego dotrzeć, pisząc do Archiwum Państwowego w Kielcach o jego przesłanie na podstawie znanych nam sygnatur. Dokument ten zamieścił p. Kazimierz Warchałowski w swojej książce “Połaniec. Zarys dziejów”.
My burmistrz i rajcy, a także wójt połaniecki i ławnicy, cechmistrze z bracią swoją tudzież pospólstwo miasteczka Jego Królewskiej Mości zgodnie, jawnie i dobrowolnie zeznajemy, że pilną i gwałtowną dobrą wspólnego potrzebą, mianowicie na zniesienie długów winnych różnym osobom, a zaciągnięte przez wszystko pospólstwo na różne chorągwie gęsto nazbyt przechodzące, iż na dzień po trzy, cztery chorągwie odprawować musieliśmy, a także na zapłacenie wydanie chleba zimowego trzechletniego teraźniejszej chorągwi husarskiej Jegomości Pana Wojewody Ruskiego złotych polskich 2300.
Przeto nie mogąc dla wielkiego ubóstwa ludzi doszczętnie zniszczonych zapłacić takowych długów, ani też niemogący wynaleźć innych środków w miasteczku Połańcu, w którym przed laty było 400 osad a teraz zaledwie znajduje się z najuboższymi 80 przez co większego ubóstwa i zniszczenia przychodzi miasteczko na skutek wielkich, nieznośnych i ustawicznych ciężarów, poborów i innych wszelkich podatków, które i za umarłych płacić, zatem obawiając się dalszej i większej ruiny, aby się ostatek pospólstwa z miasteczka nie rozbiegło zgodnie i jednostajnie wszyscy na plac publiczny zeszedłszy się, zezwoliliśmy na zniesienie pomienionych długów sztukę pastwiska nam odległego pod Rybitwami i Ruszczą leżącego, któryśmy rewindykowali z rąk szlacheckich JMP Parysa Dębickiego wyrokiem sądowym, co nas wiele musiało kosztować, jako też defacto przedaliśmy JP Stanisławowi Parzniewskiemu za sumę 1000 złotych polskich na co rękami naszymi podpisujemy się i pieczęć przykładamy.
— AP w Kielcach, Archiwum Dóbr Staszowskich, sygn. 258, 301.
Zeznanie publiczne i oświadczenie wydane oficjalnie 7 maja (swoją drogą dzień i miesiąc przypomina nam ogłoszenie Uniwersału Połanieckiego) zostało bardzo precyzyjnie i zgodnie z wymogami prawa magdeburskiego. Sformułowano go w imieniu wszystkich mieszkańców Połańca na czele z radą miejską i burmistrzem, członkami ławy z wójtem oraz starszymi cechmistrzami rzemieślniczymi. Kim konkretnie, o tym później.
Wyraźnie zaznaczają „pilną i gwałtowną dobra wspólnego potrzebę” zniesienia ogromnych, lawinowo narastających długów. Zostały one uprzednio „zaciągnięte przez wszystko pospólstwo na różne chorągwie gęsto nazbyt przechodzące”, co uniemożliwiło zebranie morderczej kwoty 2300 złotych polskich dla chorągwi husarskiej wojewody ruskiego z tytułu zaległego chleba zimowego.
Zastosowana przez pisarza miejskiego w tekście dokumentu przejmująca fraza: „aby się ostatek pospólstwa z miasteczka nie rozbiegło”, niesie ze sobą ładunek najwyższego, historycznego tragizmu. Doświadczone trudami władze miasta, reprezentujące ostatnich obrońców urbanizacji nad Wisłą, doskonale zdawały sobie sprawę z ludzkiej psychologii i granic wytrzymałości. Rozumiały, że jedyną racjonalną i naturalną reakcją zwykłych, zastraszonych rzemieślników i wyrobników na narzucone przez bezwzględnych oficerów husarskich, niemożliwe fizycznie do udźwignięcia kwoty podatkowe, będzie spakowanie skromnego dobytku na wozy, porzucenie swoich ojcowskich domów w środku nocy i ucieczka. Ludzie ci najpewniej zbiegliby pod opiekę pobliskich, potężnych majątków magnackich o statusie prywatnym, które były oficjalnie chronione prawem przed opresyjnym kwaterunkiem wojska koronnego. A masowy eksodus doprowadziłby do fizycznego wyludnienia i ostatecznego wymazania Połańca z mapy żywych i działających ośrodków miejskich.
Jedynym rozwiązaniem prawno-ekonomicznym, na jakie mogła w tej dramatycznej godzinie wpaść obradująca otwarcie na publicznym placu rynkowym ocalała społeczność Połańca, była desperacka zgoda na wyprzedaż własności komunalnej. Zdecydowano więc o sprzedaży odległego, wartościowego pastwiska miejskiego, liczącego powierzchnię około 100 morgów żyznej ziemi. Nieruchomość była dogodnie zlokalizowana „pod Rybitwami i Ruszczą”. Ziemia miała dla miasta potężne znaczenie symboliczne i majątkowe. Jak wskazuje sam dokument, po wielkich kosztach prawnych i wyczerpujących procesach przed wyższymi instancjami, została uprzednio pomyślnie „rewindykowana” i odzyskana z rąk szlacheckiego posesora Jegomości Pana Parysa Dębickiego.
Majątek ów, stanowiący swoiste zielone płuco agrarne oraz rezerwę paszową ratującą poławiaczy i rzeźników miejskich w trudnych latach, został ostatecznie w obliczu brutalnego, militarnego przymusu i głodu finansowego sprzedany z potężną stratą, de facto innemu szlachcicowi panu Stanisławowi Parzniewskiemu. Uzyskana z tego transakcji kwota była przerażająco niska i wynosiła jedynie 1000 złotych polskich.
Zadłużenie samej husarii Jabłonowskiego za hibernę wynosiło astronomiczne 2300 złotych. Kwota zestawiona z zaledwie 1000 złotych uzyskanymi przez radę miejską ze sprzedaży aż 100 morgów dobrej ziemi, boleśnie obnażała ówczesną przepaść ekonomiczną i wyzysk. Miasteczko wyzbywało się swoich najcenniejszych, strategicznych rezerw gruntowych, dekapitalizując się na rzecz lokalnej szlachty, a mimo to zdołało w ten sposób pokryć zaledwie niespełna połowę roszczeń wysuniętych przez jedno stacjonujące tam zgrupowanie kawalerii. Resztę długów mieszkańcy musieli spłacić gotówką, długimi miesiącami wycieńczającej, przymusowej pracy lub oddaniem w ręce wojska ostatnich sztuk swojego dobytku ruchomego.
Powyższy zacytowany w oryginale akt notarialny, obok swojego tragicznego wymiaru opisującego powolną śmierć gospodarki, jest w skali polskiej historiografii dokumentem niezwykle cennym z punktu widzenia socjologicznego. Po raz pierwszy i tak kompleksowo pozwala on współczesnym badaczom epoki, genealogom i miłośnikom historii na poznanie pełnego, dokładnego spisu imiennego ówczesnych struktur władzy, elity i przedstawicieli zamożniejszych rzemieślników żyjących w połanieckiej społeczności w połowie XVII wieku. Poniżej za p. Kazimierzem Warchałowskim przedstawiamy mieszkańców Połańca w podziale na reprezentowane przez nich grupy społeczne:
Złożone własnoręcznie pod aktem kupna-sprzedaży podpisy i przyłożone osobiste pieczęcie miejskie uwieczniły nazwiska ludzi, którzy musieli wziąć na swoje barki bezpośrednią odpowiedzialność za tę arcytrudną i niepopularną decyzję. Analiza przedstawicielstwa jest podstawą do zrozumienia złożonej struktury organizacyjnej osady w przededniu załamania.
Podpisy wyżej wymienionych obywateli stanowią swego rodzaju niezwykły, niematerialny pomnik uporu lokalnej społeczności u schyłku XVII wieku. Fakt, że tak drobiazgowo, skrupulatnie i obok nazwisk dostojnych włodarzy miasta odnotowano w tekście przedstawicieli pospolitej ławy, wykonujących mało prestiżowe, użytkowe rzemiosła, w pełni uwiarygadnia historyczną tezę o absolutnym, solidarnym zjednoczeniu się wszystkich porządków i warstw społecznych w ruinach miasta. Obywatele ci zrozumieli, że wobec śmiertelnego, wspólnego i bezpośredniego wroga wewnętrznego, nie tylko w postaci bezwzględnych oddziałów obcych wojsk i fiskalnego przymusu, ale głębokiego głodu i bankructwa, nie ma podziałów klasowych. Ratunek musiał nadejść z poświęcenia wszystkich.
Niewątpliwie rzemieślnicy tacy jak kuśnierz Brożek czy szewc Pisula musieli mocno odczuć obecność i wymagania kilkuset żołnierzy pancernych i husarskich, dla których na co dzień szyto i łatano końską uprząż czy skórzane namioty. Paradoksem epoki było to, że duże masy wojska w czasie pokoju potrafiły napędzać lokalną gospodarkę. Jednak przed kampanią chocimską wygłodzone i nieopłacone oddziały płaciły głównie wekslami lub przemocą, co doprowadzało wytwórców do rynkowej śmierci. Ostateczne podpisy rzemieślników przypieczętowały zwolnienie się z bata komorników i egzekutorów chorągwianych a także to, że mieszkańcy nie mogli już liczyć wyłącznie na własne uprawy.
W maju 1673 roku, w tym samym dokładnym czasie, gdy zdesperowana i upokorzona finansowo rada miejska Połańca przystawiała woskowe pieczęcie pod dokumentem poświadczającym sprzedaż ostatnich pastwisk dla pokrycia ogromnych długów, elitarne chorągwie husarskie i pancerne wojewody Jabłonowskiego podnosiły się z leż zimowych. Żołnierze otrzepywali się z błota połanieckich pól, a dumni oficerowie wyprowadzali odżywione kosztem miasteczka wielkie konie bojowe, stawiając kolumny marszowe w gotowości bojowej. Wyekwipowane zgrupowane masy polskiej kawalerii opuściły wreszcie granice nadwiślańskich dóbr królewskich i skierowały się szybkim marszem w stronę odległego, kresowego Podola i Mołdawii. Rozpoczynała się w ten sposób słynna, wielka i obfitująca w chwałę wyprawa pod wodzą wodza naczelnego, Jana III Sobieskiego.
To, co dla prowincji z Małopolski stanowiło bezkresne pasmo upokorzeń, głodu i ruiny ekonomicznej, z perspektywy historii i strategicznego dowództwa wojskowego Rzeczypospolitej Obojga Narodów przyniosło spektakularne, błyskotliwe rezultaty. Pół roku później, w srogą zimę 11 listopada 1673 roku, pod murami Chocimia stanęły zjednoczone wojska koronne i litewskie. Zebrane wysiłkiem całego narodu siły wzięły szturmem obronny obóz potężnej i pewnej siebie armii osmańskiej.
W tej absolutnie decydującej, morderczej bitwie potężne uderzenie na umocnionych Turków, zażarty bój w warunkach śnieżycy i finalne przełamanie linii osmańskich przyniosły hetmanowi Janowi Sobieskiemu chwalebne, miażdżące zwycięstwo nad doświadczonym tureckim wodzem, Husseinem Paszą. Historycy wojskowości są zgodni, że wkład wojsk pancernych i husarskich, w odniesienie tego strategicznego sukcesu był kolosalny, wręcz bezcenny. Sam wspominany wcześniej rotmistrz wielkiej chorągwi, Stanisław Jan Jabłonowski, wsławił się podczas bitwy dowodzeniem prawym skrzydłem polskim i osobistym poprowadzeniem zwycięskiej, budzącej grozę i ociekającej krwią szarży polskiej husarii. Potężne uderzenie ciężkich kopii ostatecznie przyczyniło się do krwawego rozgromienia i bezładnej ucieczki obozujących wojsk tureckich.
Zwycięstwo pod Chocimiem odbudowało morale armii i otworzyło Janowi Sobieskiemu drogę do tronu po nagłej śmierci króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Mimo ogromnej radości w Europie, triumf ten nie odwrócił jednak trudnej sytuacji politycznej, a ostateczne wyparcie Turków zajęło jeszcze wiele dekad wyniszczających walk.
Żyzne Kresy Wschodnie, łącznie z nieszczęsnym, symbolicznym Podolem oraz dumą fortyfikacji – twierdzą w Kamieńcu Podolskim – wróciły oficjalnie w granice Rzeczypospolitej dopiero w styczniu 1699 roku na mocy dalekosiężnych postanowień pokoju zawartego ostatecznie w odległych Karłowicach. Aż do tego czasu, militarne utrzymanie wojska w ciągłym pogotowiu opierało się na plecach rolników i mieszkańców takich miast jak Połaniec. Wspaniały triumf pod Chocimiem i tak odległe ocalenie granic państwowych, okupione były łzami, potem, głodem i trwałą ruiną tysięcy miejscowości stanowiących bezbronne zaplecze logistyczne i krwiobieg podatkowy tej wojny. Połaniec, podobnie jak wiele innych osad, zapłacił za chocimską wiktorię jedną z najwyższych cen. Koszty hiberny i stacji wojskowych ostatecznie pogrzebały jego historyczną i strukturalną odrębność.
Z perspektywy lokalnej, odetchnięcie i ostateczne opuszczenie wyniszczonego Połańca przez liczne chorągwie hetmana Stanisława Jana Jabłonowskiego w wiosennym maju 1673 roku przyniosło poczucie ulgi jedynie powierzchownej. Ten pełen kontrastów rok został uświetniony zwycięskim echem armat pod Chocimiem oraz naznaczony ważną dla ustroju śmiercią monarchy Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Jednakże lokalnie stanowił on jednak paradoksalnie ciche i nieodwracalne przejście do najtrudniejszego, mrocznego okresu w dotychczasowych dziejach miasteczka.
Utrata ziemi była symbolicznym przełomem. Jak pokazują analizy przestrzenne, nastąpiła gwałtowna, powszechna agraryzacja osady, co oznaczało przekształcenie się zamożnych i dumnych niegdyś rzemieślników w chłopów orzących skrawki ocalałej ziemi. Klasyczne i miastotwórcze funkcje produkcyjne, rzemieślnicze oraz handlowe zostały na dziesięciolecia zmarginalizowane na rzecz prymitywnego rolnictwa opartego na uprawie zbóż pod własne potrzeby. Miało ono na celu wyłącznie fizyczne, czysto biologiczne przetrwanie resztek populacji. Kolejne dziesięciolecia wojen z czasów saskich przyniosły nowe przemarsze wojsk, zarazy i cykliczne epidemie. Te tragiczne wydarzenia skutecznie uniemożliwiły Połańcowi powrót na tory bogatego rozwoju, zapoczątkowanego jeszcze we wczesnym XVII stuleciu. Postępujący, smutny spadek i tak drastycznie zredukowanej liczby mieszkańców, wynoszący zaledwie z 461 w pamiętnym roku 1673 r. do 438 dusz zaledwie rok później w 1674 r., wskazuje obiektywnie na narastającą, stałą tendencję schyłkową oznaczającą upadek potencjału ludzkiego.
Największy żal pozostawiła po sobie jednak kwestia ziemi. Utracona z bezwzględnego, logistycznego przymusu własność komunalna w postaci około 100 morgów żyznych pastwisk w sprzyjającym sąsiedztwie dawnego folwarku Ruszcza Dolna nigdy w historii nie powróciła do rąk wywłaszczonego i sterroryzowanego ówcześnie miasta. Akt wyprzedaży w majestacie prawa miejskiego skutecznie usankcjonował na stulecia odłączenie tego cennego terytorium od macierzystych zasobów ekonomicznych osady nadwiślańskiej. Niezwykłym i wstrząsającym zarazem historycznym echem owej wojennej transakcji jest oficjalny spór sądowy na tle praw własnościowych, który wybuchł dokładnie równo dwieście lat w roku 1873. Był to czas postępującego kapitalizmu i reform pouwłaszczeniowych przeprowadzonych na dawnych terenach I Rzeczypospolitej (znajdujących się wówczas pod zaborami administracji carskiej i cesarskiej).
Stare, pośpiesznie sprzedane pod presją pastwisko o rozległej powierzchni 100 morgów uległo znaczącej transformacji naturalnej. Przez okrągłe dwa stulecia na dawnej zielonej trawie i gruntach ornych zdążył zakorzenić się i wyrosnąć wartościowy rynkowo, potężny, dorodny i wysokopienny las. Teren był niezwykle cenny w gospodarce zaborczej opartej na pozyskiwaniu drewna. W połowie XIX wieku owa zalesiona działka stała się nagle osią zażartego sporu przed urzędowymi trybunałami prawnymi. Po jednej stronie stanęło nowe pokolenie zdeterminowanych mieszkańców Połańca, szukających rekompensaty i powrotu do rolnictwa. Przeciwnikiem był zaś ustosunkowany i świetnie opłacany pełnomocnik prawny, wywodzący się z bogatego otoczenia hrabiów Potockich, magnackiego rodu władającego wówczas ogromnymi dobrami staszowskimi, w skład których wszedł sporny grunt.
Nasi przodkowie byli zdeterminowani. Podjęli próbę dowiedzenia swych praw, utraconych bezprawnie. Powoływali się oni na fakt przymusu wojennego, wymuszonego przez państwo w imię ratunku przed ogólnym upadkiem. Niestety skomplikowane i nieubłagane uwarunkowania prawne dotyczące zasiedzenia i ciągłości aktów notarialnych okazały się dla rolników wybitnie surowe. Po upływie dwustu lat system pozostał ślepy na dawną sprawiedliwość oraz przymusowy charakter transakcji z epoki Jana III Sobieskiego.
Bezduszny proces sądowy, wytoczony potężnemu rodowi magnackiemu w 1873 roku, nie przywrócił zrujnowanemu miastu jego bezprawnie wydartych gruntów. Trybunał odrzucił wszelkie roszczenia do lasu rosnącego w folwarku pod Ruszczą. Tym samym zamknięty został tragiczny rozdział niszczycielskich obciążeń, jakie wojsko nałożyło na polskie miasta w dobie wojennych starć z muzułmańskim Imperium.
Historia stacjonowania chorągwi pancernej, opisana przez księdza Jana Wiśniewskiego i utrwalona w Archiwum Dóbr Staszowskich, odsłania brutalną prawdę o kosztach logistyki dawnego państwa. Dokumenty ukazują nienasycony apetyt husarzy pod brawurową komendą Stanisława Jana Jabłonowskiego, którzy stacjonowali w nieszczęsnym Połańcu. Obraz rzadko pojawia się u tradycyjnych malarzy czy powieściopisarzy, demaskując bezwzględne sposoby finansowania wielkich wojen minionych epok.
W samobójczym zrywie organizacyjnym państwo szlacheckie desperacko dążyło do zmazania upokarzającego traktatu w Buczaczu i zniesienia trybutu na rzecz Imperium Osmańskiego. W tej walce o uratowanie Polski na froncie, małe królewskie osady i lokalne społeczności wiejskie zostały bezwzględnie rzucone na pożarcie. Systematycznie pozbawiano je możliwości samodzielnego bytu, nakładając na nie podwójny ucisk w postaci bezdusznego aparatu skarbowego egzekwującogo opłaty oraz uzbrojonych oficerów, którzy od jesieni do lata stacjonowali w zagrodach.
Podczas gdy narodowe panteony na zawsze wypełniły się echem wygranych bitew i krwią ocalonego Podola, w cieniu wielkiej historii toczył się inny, cichy dramat. Nad brzegiem Wisły, w dobitym gospodarczą zapaścią Połańcu, trwała desperacka i z góry skazana na porażkę walka mieszkańców z własną, głodującą demografią. Była to heroiczna próba ratowania ojcowskiego dorobku dawnych przodków, którzy choć przeżyli pacyfikacje Rakoczego, teraz musieli bić się o prawo do egzystencji na skrawku wolnej ziemi.
Zgoda rzemieślników i włodarzy na zaopatrzenie wojska kosztem miejskich pastwisk nie przyniosła Połańcowi chwały ani ratunku przed kolejną falą głodu. Oddanie stu morgów ziemi na rzecz szlachty i wojska było cichym dramatem, który miał jedynie zagwarantować, że „ostatek rzemieślniczego patrycjatu nie poucieka przerażonym strumieniem dusz”. W ten sposób, pośród XVII-wiecznych zgliszcz prowincji, z najwyższą desperacją próbowano ocalić sam szkielet miejskiego życia. Badanie dawnych akt pozwala nam dziś ocalić przed niepamięcią postacie, których trud został spisany na zalanych potem pergaminach. Poznajemy odważnego szewca Jakuba, ławnika Tomasza oraz wójta Wawrzyńca, który własnym podpisem przypieczętował upadek miasta na rzecz husarii.
Bezbronne elity polskiej prowincji opłaciły triumf pod Chocimiem własnymi, pokoleniowymi ranami. Na długo przed tym, jak wojsko odblokowało twierdzę, mieszkańcy Połańca i Osieka złożyli ofiarę z własnego bytu na ołtarzu obrony wschodnich krańców. To z ich bankructwa i popiołów wykupiono ratunek dla południowo-wschodniej, chrześcijańskiej ojczyzny, wolnej od sułtańskiego panowania. Uratowanie kraju odbyło się drogą krwawych i niemożliwych do udźwignięcia ciężarów logistycznych. To właśnie ta dawna, „piękna” hiberna położyła się głębokim cieniem na pamięci narodu w końcach XVII stulecia. Tak oto upadająca Rzeczpospolita budowała swą wielkość na fundamentach żalu i ruin własnych miasteczek, takich jak nasz Połaniec.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!






