Niezwykły triumf husarii pod Hodowem. Jak Połaniec i sandomierskie miasteczka ratowały królewską armię

Łukasz OrłowskiHistoria regionalna22 czerwca, 2026355 Wyświetleń

Z lewej husarz w pełnym rynsztunku bojowym - symbol odwagi i potęgi Rzeczypospolitej, której losy w 1694 roku ważyły się pod Hodowem. Z prawej tatarski jeździec uzbrojony we włócznię i łuk refleksyjny. W tle Połaniec na mapie z końca XVII w. © Na Fali Czasu 2026.

W czerwcu 1694 roku Rzeczpospolita, osłabiona ciągłymi wojnami i pustym skarbcem, zmagała się z kryzysem. W tym samym czasie, gdy garstka polskiej husarii i jazdy pancernej dokonywała niemożliwego, odpierając wielokrotnie liczniejszą ordę tatarską pod Hodowem, w głębi kraju, w Połańcu, zwykli ludzie płacili dramatyczną cenę za utrzymanie wojska.

  • W czerwcu 1694 roku Rzeczpospolita, rządzona przez króla Jana III Sobieskiego, zmagała się z wojną z Imperium Osmańskim i wewnętrznym kryzysem gospodarczym.
  • Wielka orda tatarska, licząca około 40 tysięcy najeźdźców pod wodzą Gazy Gereja, ruszyła na Polskę, aby zaopatrzyć oblężony Kamieniec Podolski i zdobyć łupy oraz jasyr.
  • Pod Hodowem 400 żołnierzy polskiej husarii i jazdy pancernej, dowodzonych początkowo przez Mikołaja Tyszkowskiego, a następnie Konstantego Zahorowskiego, starło się ze strażą przednią ordy.
  • Polska jazda wycofała się do wsi Hodów i przez 5-6 godzin odpierała ataki Tatarów, używając chłopskich barykad i zaimprowizowanej amunicji z tatarskich strzał.
  • Tatarscy dowódcy wysłali posłańców (Lipków) z propozycją kapitulacji, którą polscy obrońcy kategorycznie odrzucili.
  • Orda tatarska poniosła ciężkie straty, szacowane na 2-4 tysiące zabitych, i zmuszona została do odwrotu, paląc ciała swoich poległych wojowników.
  • Zwycięstwo pod Hodowem, osiągnięte w obliczu ogromnej przewagi liczebnej wroga 1:100, jest uznawane za światowy ewenement militarny.
  • Miasto Połaniec, w przeszłości niszczone przez najazdy tatarskie (np. w 1241 i 1502 roku) oraz armię Rakoczego (1657 rok), w 1673 roku musiało sprzedać część swoich ziem, aby spłacić 2300 złotych polskich długu za zimowe kwaterowanie husarii (hibernę).

ył czerwiec 1694 roku. Rzeczpospolita znajdowała się w bardzo trudnym położeniu. Na tronie wyczerpanego ciągłymi wojnami kraju zasiadał król Jan III Sobieski (1629-1696). Pamiętano jego wielkie zwycięstwo pod Wiedniem z 1683 r. Jednak od tamtej pory minęło już ponad dziesięć lat. Wojna z Imperium Osmańskim ciągnęła się bez końca. Skarb państwa świecił pustkami. Żołnierze często nie otrzymywali żołdu.

W tym samym czasie zwykli ludzie zmagali się z ogromną biedą. Miasta królewskie przeżywały najgorszy kryzys w swojej historii. Doskonałym przykładem jest miasto Połaniec. Niegdyś bogaty i tętniący życiem, pod koniec XVII wieku przypominał ruinę.

Wielka polityka i wojenne zmagania miały bezpośredni wpływ na życie mieszkańców. Z jednej strony armia polska dokonywała cudów waleczności. Przykładem jest bitwa pod Hodowem z 1694 roku, która stanowi temat naszego dzisiejszego artykułu. Z drugiej strony koszty utrzymania tego wojska spadały na barki mieszczan i chłopów. Przyjrzyjmy się zatem niezwykłemu zwycięstwu polskiej jazdy na wschodnich rubieżach. Zobaczmy też, jak w tym samym czasie wyglądało życie w głębi kraju, w królewskim Połańcu. Będzie to opowieść o wielkim bohaterstwie, ale także o wielkim cierpieniu.

Cień tatarskiej szabli. Z piekła rodem

Aby zrozumieć znaczenie obrony pod Hodowem, musimy poznać wroga. Kiedy w XIII wieku azjatycki lud Tatarów pojawił się na europejskich równinach, wzbudził powszechny terror. Jego nazwę szybko zaczęto utożsamiać z mitologicznym piekłem, czyli Tartarem. Nie chodziło tutaj tylko o zwykłe podobieństwo słów. Chrześcijan przerażało bezlitosne zachowanie koczowników. W ich oczach Tatarzy przypominali prawdziwych wysłanników piekieł.

Mimo upływu stuleci, strach przed Tatarami wcale nie mijał. W XVII wieku drżała przed nimi nie tylko bezbronna ludność cywilna. Paniczny lęk odczuwali także doświadczeni żołnierze. Najbardziej obawiano się niewoli zwanej jasyrem. Los ludzi wziętych w jasyr był nad wyraz żałosny i okrutny. Jeńców czekał głód, ból oraz ciągłe poniżenie. Gwałcono pojmane kobiety, a jeńców zmuszano do niewolniczej, ciężkiej pracy. Za najmniejszy przejaw buntu karano śmiercią. Tylko najbogatsi mogli liczyć na nieco lepsze traktowanie. Ich bowiem trzymano przy życiu dla wysokiego okupu.

W XVII wieku nie było w Polsce niemal roku bez tatarskich najazdów. Mniejsze lub większe grupy łupieżców wdzierały się w granice Rzeczpospolitej. Ich celem było zdobycie łupu i niewolników stosunkowo tanim kosztem. Tanim, ponieważ Tatarzy byli piekielnie szybcy w przemieszczaniu się. Zazwyczaj każdy wojownik podróżował, mając do dyspozycji kilka koni. Zmieniał wierzchowce w trakcie jazdy. Dzięki temu koczownicy potrafili w jednym przemarszu pokonać nawet do 300 kilometrów. Zanim ktokolwiek o nich usłyszał, zanim zorganizowano obronę, oni już tam byli. Łupili dobytek, palili domy. Porywali w jasyr śpiących i zupełnie bezbronnych ludzi.

Co najbardziej zdumiewa, państwo Tatarów było dość słabo zaludnione. Nosiło nazwę Chanatu Krymskiego. Pomimo tego potrafiło wysłać na łupieżczą wyprawę nawet do 100 tysięcy ludzi. Tatarzy dysponowali więc atutem niesamowitej szybkości oraz ogromnej przewagi liczebnej. Nie mieli jednak przewagi w jakości uzbrojenia. W tak wielkiej masie ludzkiej tylko mniejszość stanowili prawdziwi, dobrze uzbrojeni wojownicy. Mieli do dyspozycji łuki, szable, dzidy oraz pancerze. Cała reszta była dość słabo uzbrojonym motłochem. Same wyprawy miały charakter masowy. Chłopców wysyłano na wojnę już w wieku 12 lat. Zdarzało się nawet, że w walce i grabieży brały udział kobiety.

Połaniec i orda. Echa dawnych najazdów

Mieszkańcy ziemi sandomierskiej doskonale znali okrucieństwo ordy. Nasz obszar leżał na starym szlaku handlowym ze wschodu na zachód. Niestety, szlak ów był również odwieczną trasą tatarskich grabieży.

Już w lutym 1241 roku miał tu miejsce wielki najazd zimowy. Tatarzy zdobyli Kijów i uderzyli na nasze ziemie. Dokonali rzezi w Sandomierzu. 13 lutego 1241 roku doszło do bitwy pod Turskiem obok Połańca. Tatarzy rozłożyli się tam obozem. Wojewoda krakowski Włodzimierz zaatakował ich niespodziewanie w Środę Popielcową. Początkowo Polacy odnieśli wielki sukces. Zdobyli obóz mongolski i uwolnili jasyr. Niestety, polscy rycerze zlekceważyli wroga i zaczęli dzielić łupy. Tatarzy użyli wtedy swojej ulubionej metody walki. Udawali pozorowaną ucieczkę, a potem nagle zwarli szyki, tym samym zaskakując zajętych grabieżą Polaków. Rycerstwo krakowskie poniosło wtedy ciężką klęskę.

Tragiczne chwile nadeszły też na początku XVI wieku, kiedy to południowo-wschodnie granice kraju nie były wtedy dobrze chronione. Tak zwana “obrona potoczna” składała się zaledwie z 2 tysięcy żołnierzy. To nie wystarczało. W 1502 roku Tatarzy przeszli przez zamarzniętą Wisłę. Zagon tatarski dotarł wtedy prosto do Połańca. Najeźdźcy zrabowali całe miasto i puścili je z dymem. Połaniec uległ straszliwym zniszczeniom. Sytuacja była na tyle dramatyczna, że kiedy na tronie zasiadł nowy król, Zygmunt I Stary (1467-1548), podjął decyzję o ratowaniu zrujnowanego miasta. Zwolnił miejscowych pogorzelców na 8 lat od wszelkich podatków. Obniżył też wymiar podatku koronacyjnego z 10 do 9 grzywien, ponieważ zrujnowani obywatele nie mieli z czego płacić. Główny poborca ziemi sandomierskiej wpisał tę tragedię do swoich rejestrów.

Widzimy więc, że zapach dymu i widok skośnookich jeźdźców głęboko wrył się w pamięć lokalnej społeczności. Gdy w 1694 roku rozeszła się wieść o nowym, gigantycznym najeździe, w domach zapanowała groza.

Upadek miasta. Połaniec przed bitwą pod Hodowem

Zanim przejdziemy do bohaterskiej obrony z 1694 roku, musimy spojrzeć na tło historyczne. Jak wyglądał Połaniec w tamtym czasie? Odpowiedź brzmi: tragicznie. Wiek XVII przyniósł miastu powolną agonię. Jeszcze na początku stulecia miasto było pełne życia. Posiadało ponad 400 domów. Liczyło około 2 tysięcy mieszkańców. Kwitł tu handel wiślany. Kupcy z Połańca sprzedawali zboże, wosk i potaż aż do Gdańska. Przez miasto przepędzano wielkie stada wołów z Rusi na Śląsk. W 1582 roku przez komorę celną w Brzegu i Świdnicy przepędzono z Połańca ponad 800 wołów.

Wszystko załamało się w połowie XVII wieku. W latach 1655-1656 przez kraj przetoczył się potop szwedzki. Chwilę później, w styczniu 1657 roku, do Polski wkroczył książę Siedmiogrodu, Jerzy II Rakoczy (1621-1660). Armia Rakoczego była zbieraniną różnych nacji. Znajdowali się w niej Kozacy, Włosi, Mołdawianie i Węgrzy. W kwietniu 1657 roku wojska te dotarły do Połańca. Rozpoczął się straszliwy rabunek. Miasteczko zostało splądrowane i zrównane z ziemią w 75% miejskiej zabudowy. Połaniec zamienił się w wielkie pogorzelisko. Najeźdźcy przynieśli ze sobą także zarazę. Ludzie masowo umierali. Ciała leżały na ulicach. Ci, którzy przeżyli, uciekali w okoliczne lasy.

Lustracja, czyli królewska kontrola przeprowadzona w 1664 roku, wykazała pełną skalę tragedii. Ze wspaniałego miasta liczącego ponad 400 domów, zostało zaledwie 100. Z ponad 300 pól uprawnych zostało ledwie 30. Drastycznie spadła liczba rzemieślników. Przed potopem miasto było bogate, a teraz obywatele musieli walczyć o przetrwanie każdego dnia.

Miasto coraz bardziej przypominało dużą wieś. Mieszkańcy porzucali swoje rzemiosła. Szukali lepszego życia. Wielu z nich przenosiło się do pobliskich prywatnych folwarków szlacheckich. Znanym miejscem ucieczek było sąsiednie, potężne latyfundium rytwiańskie. Szlachta oferowała tam lepsze warunki i ochronę. Połaniec niestety tracił ludzi, a bez ludzi nie mógł się rozwijać. I mimo tych wszystkich klęsk, państwo nałożyło na zrujnowane miasto nowy, straszliwy obowiązek. Musiało ono utrzymywać wojsko.

Hiberna. Cena husarskich skrzydeł

Husaria i jazda pancerna to nasza narodowa duma. Byli to żołnierze niezwykle odważni i skuteczni. Wygrali pod Wiedniem, wygrali pod Hodowem. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, ile kosztowało ich utrzymanie. Koszty te zrujnowały miasta takie jak Połaniec. Kilka miesięcy temu pisaliśmy już o hibernie. Ale żeby dzisiejszy wpis był kompletny wspomnimy o tym obowiązku po raz kolejny.

W połowie XVII wieku wprowadzono w Rzeczypospolitej nowy podatek. Nosił on nazwę “hiberna” lub “chleb zimowy”. Był to obowiązek utrzymania żołnierzy w okresie zimy. Wtedy, kiedy nie toczono walk, wojsko zjeżdżało z frontu na wschodzie i kwaterowało w królewskich miastach i wsiach. Miasto musiało zapewnić żołnierzom dach nad głową, dać im jedzenie, ciepło oraz paszę dla koni. Wymagania wojska były ogromne. Żołnierze, zwłaszcza bogata husaria, byli bardzo wymagający i często zachowywali się bezwzględnie wobec mieszczan.

Mamy na to doskonały dowód z naszego lokalnego podwórka. W archiwach zachował się niezwykle ważny dokument z 7 maja 1673 roku. Został napisany w skrajnej rozpaczy przez samych mieszkańców miasta Połańca. Dokument wymienia z imienia i nazwiska ludzi, którzy wtedy rządzili miastem. Burmistrzem był Wawrzyniec Uciński, zaś starszymi rajcami: Jan Grabowski, Wojciech Stelmach, Andrzej Furmakowicz, Walenty Broszkowic i Marcin Biduchowic. Wójtem sądowym był Piotr Pawlikowski. Pismo podpisali też starsi cechów rzemieślniczych, np. Jakub Pisula (szewc), Walenty Brożek (kuśnierz) czy Tomasz Pluta (garncarz).

Co napisali ci zrozpaczeni ludzie? Skarżyli się na “gęsto nazbyt przechodzące chorągwie”. Zdarzało się, że w jednym dniu musieli karmić i gościć aż 3 lub 4 oddziały wojska! To jednak nie był koniec ich nieszczęść. W dokumencie przyznają, że miasto wpadło w potężne długi. Połaniec musiał zapłacić 2300 złotych polskich za trzyletnie, zimowe kwaterowanie chorągwi husarskiej. Dowodził nią sam wojewoda ruski, Stanisław Jabłonowski (1634-1702). Później został on wielkim hetmanem i bliskim współpracownikiem króla Jana III Sobieskiego.

Pomyślmy, jak mogłoby to wyglądać. Zrujnowane miasteczko, które ma zaledwie 80 biednych domów, musiało wyżywić elitarną husarię. Mieszczanie wprost napisali o wielkim, nieznośnym ubóstwie. Twierdzili, że podatki są tak straszne, że każą im płacić nawet za zmarłych obywateli. Obawiając się, że reszta ludzi ucieknie z miasta, ojcowie Połańca podjęli trudną decyzję, jaką była sprzedaż miejskiego majątku. Pozbyli się tym samym 100 morgów pastwisk. Ziemia leżała pod wsiami Rybitwy i Ruszcza. Sprzedali ją szlachcicowi Stanisławowi Parzniewskiemu za 1000 złotych polskich. Pieniądze poszły na spłatę długów za husarię.

Dramatyczny dokument uświadamia nam bolesną prawdę. Wojsko polskie było wspaniałe na polu walki. Broniło granic. Jednak jego utrzymanie niszczyło kraj od wewnątrz. Kiedy więc w 1694 roku żołnierze polscy po raz kolejny szykowali się do walki pod Hodowem, robili to w imieniu państwa, które niestety gospodarczo umierało.

Rok 1694. Orda znowu rusza na Polskę

Przejdźmy teraz do wydarzeń z roku 1694. Wojna z Turcją wciąż trwała. Polska miała jeden główny cel na południowym wschodzie tj. odzyskanie potężnej twierdzy w Kamieńcu Podolskim. Forteca wpadła w tureckie ręce w 1672 roku. Kamieniec był uważany za klucz do Kresów. Kto go miał, ten panował nad całą okolicą.

Twierdza była zbyt silna, aby zdobyć ją zwykłym szturmem. Dlatego Polacy postanowili wziąć Turków głodem. Wokół Kamieńca zbudowano gęstą sieć małych fortec i szańców. Znajdowały się wśród nich słynne Okopy Świętej Trójcy oraz Szaniec Panny Maryi. Z tych umocnień wyjeżdżały polskie patrole. Ich główne zadanie polegało na przejmowaniu tureckich konwojów z żywnością. Załoga Kamieńca powoli zaczynała głodować.

Turcy i Tatarzy postanowili pomóc obleganej fortecy. Wiosną 1694 roku zaplanowano wielką operację. Główne siły tureckie oraz wojska krymskie miały walczyć z armią cesarską na Węgrzech. Z kolei Tatarzy nogajscy z regionu zwanego Budziakiem otrzymali inne zadanie. Mieli ruszyć na Rzeczpospolitą. Ich cel był podwójny. Po pierwsze, musieli dostarczyć prowiant dla wygłodzonej załogi Kamieńca. Po drugie, mieli zorganizować głęboki, niszczycielski najazd na terytorium Polski. Chcieli w ten sposób zdobyć bogate łupy i zagarnąć jak najwięcej jasyru.

Obrona przed Tatarami zawsze zaczynała się od dobrego rozpoznania ich zamiarów. Dowództwo polskie wiedziało, że coś się święci. Już w maju 1694 roku do dworu królewskiego, który znajdował się w Żółkwi, docierały niepokojące wieści. Król Jan III Sobieski obawiał się najazdu. Problem polegał na tym, że Tatarzy byli mistrzami podstępu. W kwietniu i w maju zorganizowali fałszywe alarmy. Udawali, że atakują w jednym miejscu, by za chwilę zniknąć. Te manewry mocno zmyliły polskie dowództwo. Fałszywe alarmy osłabiły czujność Polaków. Wojska Rzeczypospolitej nie były do końca przygotowane na prawdziwe uderzenie.

Na początku czerwca wielka orda pod wodzą Gazy Gereja ruszyła w stronę polskich granic. Liczba najeźdźców była ogromna. Różne szacunki podawały liczby od 25 tysięcy do 30 tysięcy ludzi. Pojawiały się też głosy o 70 tysiącach. Najprawdopodobniej niższe liczby dotyczyły prawdziwych wojowników, a wyższe obejmowały też towarzyszący im, gorzej uzbrojony motłoch. Według historycznych danych było to ok. 40 tysięcy najeźdźców.

Wyprawa tatarska odniosła na początku swój jedyny wielki sukces. Orda dotarła bezpiecznie pod Kamieniec Podolski. Przed polską granicą zostawili Turkom aż 400 wozów wypełnionych zapasami i żywnością. Głodująca załoga fortecy została uratowana. Pozbywszy się ciężkich wozów, które spowalniały marsz, Tatarzy odzyskali swoją największą broń, czyli niesamowitą szybkość. 8 czerwca runęli w głąb Rzeczpospolitej. Marsz głównych sił trwał zaledwie 4 dni, między 8 a 11 czerwca. Tatarzy rozlali się szeroko po kraju, szukając bogactw i bezbronnych ludzi.

Tym razem jednak spotkała ich niemiła niespodzianka. Polacy, pamiętając okrutne lekcje z przeszłości, byli gotowi. Ludzie uciekli z otwartych, bezbronnych wsi. Zabrali inwentarz i ukryli się w miasteczkach, zamkach oraz fortecach. Wsie były puste. Co ważniejsze, armia koronna nie spała. Polskie wojsko skoncentrowało się na linii między Pomorzanami a Złoczowem. Pomorzany i Złoczów dzieli w linii prostej ok. 15-18 km. Miasta te znajdowały się w obwodzie lwowskim.

Dowództwo tatarskie stanęło przed nie lada problemem. Nie chcieli wdawać się w bitwę z głównymi siłami polskimi. Ich celem było przecież tanie wzbogacenie się. Walka z regularnym wojskiem oznaczała duże straty i ryzyko porażki. Dlatego też orda starała się omijać polskie zgrupowania. Niestety dla nich, w okolicach małej wsi Hodów, ich straż przednia natknęła się na polski patrol.

Zasadzka w polu. Początek bitwy pod Hodowem

Niedaleko podolskiej wsi Hodów, kilkanaście kilometrów na wschód od Pomorzan, polska jazda spotkała czoło tatarskiej armii. Polskie siły składały się zaledwie z 7 chorągwi husarskich i pancernych. Liczyły łącznie tylko 400 żołnierzy. Byli to rycerze, którzy wyjechali z przygranicznych fortec. Jedną grupą, z Okopów Świętej Trójcy, dowodził Konstanty Zahorowski. Drugą, z Szańca Panny Maryi, komenderował Mikołaj Tyszkowski.

Spotkanie tak małego polskiego oddziału bardzo ucieszyło Tatarów. Rzucili się do ataku z wielką ochotą przekonani, że zniszczą garstkę Polaków w mgnieniu oka. Przewaga liczebna była przytłaczająca. W niektórych momentach bitwy dysproporcja sił wynosiła około 100, a w skrajnych przypadkach nawet 175 do jednego! Tatarzy bardzo chcieli zdobyć cennych jeńców. Pojmanie bogatych towarzyszy z husarii i jazdy pancernej gwarantowało im uzyskanie gigantycznego okupu.

Pierwsze zderzenie miało miejsce na otwartym polu pod Hodowem. Polscy kawalerzyści stawili niezwykle twardy opór. Wykazali się ogromną brawurą. W pierwszej fazie walki udało im się nawet pochwycić dwóch ważnych tatarskich dowódców, zwanych murzami. Sukces był jednak okupiony bolesną stratą. W chaosie bitwy w ręce ordyńców wpadł jeden z polskich dowódców, Mikołaj Tyszkowski. Wspomnijmy na marginesie, że Rzeczpospolita nie zapomniała o nim. Jakiś czas po bitwie państwo polskie wykupiło Tyszkowskiego z tatarskiej niewoli.

Dowodzenie nad całością polskiego oddziału przejął Konstanty Zahorowski. Jako doświadczony oficer szybko zrozumiał, że otwarta walka w polu z taką masą wroga to samobójstwo. Polacy zostaliby otoczeni i zgnieceni przez tysiące końskich kopyt. Padł jedyny rozsądny rozkaz, jakim był natychmiastowy odwrót do pobliskiej wsi.

Cud za chłopskimi płotami. Sześć godzin ognia

Polska jazda wycofała się w zorganizowanym szyku do zabudowań wsi Hodów. Hodów leżał na niebezpiecznym terenie, często narażonym na najazdy. Z tego powodu miejscowi chłopi byli przygotowani na najgorsze. Mieli zgromadzone specjalne zapory, nazywane kobylicami, drewnianymi balami najeżonymi ostrymi, długimi gwoździami i palami. Służyły one do powstrzymywania szarż wrogiej jazdy.

Polscy żołnierze zeszli z koni. Walka kawaleryjska między wąskimi wiejskimi chałupami nie miała sensu. Dumna husaria, przyzwyczajona do walki z długą kopią na otwartym polu, musiała zmienić taktykę. Żołnierze użyli chłopskich kobylic, aby zablokować drogi dojazdowe. Na szybko stworzono prowizoryczne barykady używając do tego wszystkiego, co wpadło w ręce. Obrońcy chowali się za drewnianymi dylami, chłopskimi płotami, starymi drzwiami, stołami i beczkami wydobytymi z chałup. Dodatkowym ułatwieniem był mały staw, który znajdował się za plecami Polaków. Chronił ich tyły przed niespodziewanym okrążeniem.

Tak skromne umocnienia musiały wystarczyć. W krótkim czasie rozpoczęło się istne piekło. Ataki Tatarów trwały bez przerwy przez 5-6 godzin. Oczywiście, tak wielka armia nie mogła uderzyć w jednym momencie w wąskie uliczki wsi. Olbrzymia liczba najeźdźców pozwalała jednak Gazy Gerejowi na ciągłe luzowanie oddziałów. Kiedy jedna grupa Tatarów padała ze zmęczenia, na jej miejsce od razu wkraczała nowa, w pełni sił. Z kolei 400 polskich obrońców nie miało takiej możliwości. Musieli walczyć bez sekundy odpoczynku.

Polacy odpierali ataki pieszo. Ich główną bronią stała się teraz ręczna broń palna w postaci muszkietów i pistoletów. Gęsty ogień z polskiej strony raził tłumnie nacierających Tatarów, zadając im potworne straty. Intensywność strzelania była tak wielka, że obrońcom bardzo szybko zaczęło brakować ołowianych kul. Wtedy polscy żołnierze wpadli na genialny w swojej prostocie pomysł. Zaczęli zbierać tatarskie strzały, które spadały na nich jak gęsty deszcz. Łamali drzewce, a same żelazne groty wpychali do luf swoich karabinów. Wystrzeliwane z bliskiej odległości groty działały jak śmiercionośny kartacz.

Zdeterminowani Tatarzy za wszelką cenę chcieli zdobyć wieś. Widząc twardy opór i skuteczny ogień Polaków, zrobili rzecz dla nich niezwykłą. Zeszli z koni i postanowili nacierać pieszo chroniąc się za prowizorycznymi tarczami zrobionymi z desek oraz grubych, słomianych koszów. Równocześnie nie przerywali ostrzału z łuków.

Niebo nad Hodowem pociemniało od strzał. W ciągu tych kilku godzin na małą pozycję polską spadły ich dziesiątki tysięcy. Dość powiedzieć, że po zakończonej bitwie Polacy zebrali z ziemi aż kilka wozów samych niepołamanych strzał. Nikt nie próbował nawet liczyć połamanych fragmentów, bo było ich po prostu za dużo. Wyczerpani, mimo braku amunicji i odniesionych ran, obrońcy nie ustępowali. Każdy atak rozbijał się o chłopskie płoty i determinację polskiego żołnierza.

Lipkowie wkraczają do akcji. Negocjacje u płotów

Po kilku godzinach bezowocnych i niezwykle krwawych szturmów, dowódcy tatarscy zaczęli tracić cierpliwość. Ich straty rosły w zastraszającym tempie. Nie mogli pojąć, jak to możliwe, że potężna armia nie potrafi zgnieść garstki ludzi ukrytych za beczkami i stołami. Postanowili więc zmienić taktykę i spróbować metody negocjacji.

Wysłali zatem do polskich obrońców specjalnych posłańców tzw. Lipków. Kim byli Lipkowie? To bardzo ciekawy wątek polskiej historii. Byli to polscy Tatarzy, wyznający islam. Zamieszkiwali nasze ziemie od czasów średniowiecza, głównie na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przez wieki służyli wiernie w wojsku koronnym i litewskim. Niestety, w XVII wieku ich sytuacja w Rzeczypospolitej znacznie się pogorszyła. W państwie rosła nietolerancja religijna. Zabroniono im budować nowe meczety i remontować stare. Co gorsza, nałożono na nich nowe, wysokie podatki, a wojsko zalegało im z wypłatą żołdu. Czarę goryczy przepełniło niezadowolenie w 1672 roku. Przed wielką ofensywą turecką wszystkie chorągwie tatarskie na Ukrainie zbuntowały się i przeszły na stronę sułtana (słynny Bunt Lipków).

Król Jan III Sobieski bardzo cenił tych wojowników. Już w 1674 roku pozwolił na powrót skruszonych buntowników. W 1676 roku Sejm ogłosił dla nich powszechną amnestię. Król, nie mając pieniędzy na zaległy żołd, wynagrodził ich nadaniami ziemskimi. W 1679 roku przekazał Lipkom wsie na Podlasiu, m.in. znane do dziś Kruszyniany. Trzeba tu wspomnieć, że kruszyniańskie dobra otrzymał pułkownik Samuel Mirza Krzeczowski, ten sam oficer, który uratował życie królowi Sobieskiemu w wielkiej bitwie pod Parkanami w 1683 r. Część zrewoltowanych Tatarów nie wróciła jednak do Polski i nadal walczyła po stronie Imperium Osmańskiego. Dokładnie oni zostali wysłani do negocjacji w Hodowie.

Lipkowie podjechali blisko polskich pozycji. Znając doskonale język polski i realia naszego wojska, próbowali przemówić obrońcom do rozsądku. Radzili im, aby się poddali argumentując, że dalszy opór nie ma sensu, bo dysproporcja sił jest zbyt duża. Zapewniali, że ocalą życie, jeśli złożą broń. Polacy dobrze wiedzieli jednak, czym zazwyczaj kończą się takie obietnice. Co więcej, ich duch bojowy był niezłomny. Usłyszawszy namowy do kapitulacji, husarze i pancerni odpowiedzieli z wielką mocą. Oznajmili twardo, że ich rezolucja jest ostateczna: “Zasiedliśmy tu na śmierć!”.

Lipkowie zrozumieli, że mają do czynienia z ludźmi zdesperowanymi i niebezpiecznymi. Wrócili do dowództwa ordy i złożyli raport, który przeszedł do legendy. Mieli powiedzieć tatarskim wodzom: “My z tymi ludźmi co dzień ubijamy się pod Kamieńcem Podolskim. To są ludzie niezwalczeni. Wprzód wszyscy wyginiecie, nim wam ich dostać przyjdzie!”.

Odwrót ordy. Rozliczenie bitwy

Słowa Lipków ostatecznie złamały morale dowództwa ordy. Tatarzy woleli nie sprawdzać na własnej skórze, czy polska zapowiedź walki do ostatniej kropli krwi to tylko blef. Do tej pory ponieśli już straszliwe straty w ludziach. Polacy (choć pewnie z pewną przesadą) szacowali liczbę poległych Tatarów na 2-4 tysięcy zabitych. Nawet jeśli liczby te były mniejsze, skala rzezi wśród najeźdźców była i tak gigantyczna. Setki wojowników zginęło w błocie wiejskiej uliczki.

Gazy Gerej wydał rozkaz odwrotu. Wielka orda ustąpiła z pola walki. Zanim jednak odjechali, musieli zatrzeć ślady swojej wielkiej kompromitacji. Nie mogli w rzeczy samej pozwolić, by inni zobaczyli, ilu ich zginęło. Tatarzy zebrali ciała swoich zabitych wojowników. Wypełnili nimi po brzegi pobliskie chłopskie chałupy, a następnie podpalili je wszystkie. Cała wielka, łupieżcza wyprawa, która miała w założeniach przynieść niewyobrażalne zyski, zakończyła się haniebną porażką. W poprzednich latach podczas takich rajdów Tatarzy porywali tysiące, a bywało, że i dziesiątki tysięcy ludzi w jasyr. Tym razem, kosztem życia setek swoich wojowników, zdołali pochwycić na całej trasie zaledwie około 30 osób.

Zwycięstwo pod Hodowem było niesamowite, ale Polacy również zapłacili za nie wysoką cenę. Kiedy opadł dym z wystrzałów, obrońcy mogli policzyć swoje rany. Z relacji wynika, że nie było ani jednego z tych 400 żołnierzy, który nie miałby na ciele kilku ran od postrzałów z łuku czy broni palnej. Wszyscy krwawili, a kilkudziesięciu rycerzy poległo na miejscu. Kilku nieszczęśników dostało się do tatarskiej niewoli. Największą stratą dla wojska polskiego była śmierć dowódcy. Konstanty Zahorowski, który tak sprawnie kierował obroną i uratował swoich ludzi przed wyrżnięciem w polu, odniósł bardzo ciężkie rany. Zmarł zaledwie trzy dni po bitwie.

Ocalałymi z bitwy zaopiekowano się z wielką troską. Najciężej rannych żołnierzy odesłano do Złoczowa i do Pomorzan, gdzie trafili pod opiekę cyrulika. Kiedy wieści o niezwykłym wyczynie dotarły na dwór królewski, Jan III Sobieski postanowił suto wynagrodzić bohaterów. Król obdarował obrońców dużymi kwotami pieniężnymi i cennymi końmi, których rycerze bardzo potrzebowali po stratach w bitwie. W 1695 roku, zaledwie rok po bitwie, z rozkazu króla wzniesiono w Hodowie piękny pomnik, który miał upamiętniać ten wielki czyn.

Bitwa pod Hodowem na tle świata. Koniec epoki husarii

Historia zna wiele przykładów bohaterskiej walki z przeważającymi siłami wroga. Prawie każdy naród ma swoją legendę o garstce desperatów, którzy stawili czoła potędze. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej tym wydarzeniom, bitwa pod Hodowem jawi się jako absolutny, światowy ewenement.

Amerykanie są bardzo dumni z legendarnej obrony twierdzy Alamo w 1836 roku. To dla nich symbol poświęcenia. Tyle tylko, że dysproporcja sił w tamtej bitwie wynosiła ledwie kilkunastu atakujących na jednego obrońcę. Mimo ukrycia w grubych murach misji, obrońcy zostali ostatecznie wyrżnięci do nogi. Grecy od stuleci szczycą się bitwą pod Termopilami z 480 r. p.n.e. To światowy symbol męstwa. 300 Spartan (Aroo!) i ich sojusznicy walczyli w wąskim przesmyku górskim. Dysproporcja sił wynosiła tam około 50 do 1. Jak wiemy z historii, heroiczni Grecy również tę bitwę ostatecznie przegrali i zginęli.

My, Polacy, jesteśmy dumni z obrony Wizny we wrześniu 1939 roku. Zwana jest ona “polskimi Termopilami”. Kapitan Władysław Raginis (1908-1939) i jego żołnierze walczyli w betonowych bunkrach przeciwko niemieckim czołgom. Dysproporcja sił wynosiła tam około 60 Niemców na 1 Polaka. Niestety pomimo niezwykłego bohaterstwa, obrońcy również ponieśli śmierć, a bitwę przegrano.

W Hodowie natomiast walczyło 400 Polaków przeciwko nawet 40 tysiącom Tatarów. Przewaga mogła wynosić do 100 atakujących na jednego obrońcę. I co najważniejsze Polacy tę bitwę wygrali! Zmusili gigantyczną armię do odwrotu. Bronili się przy tym nie w betonowych bunkrach czy murowanych zamkach, lecz za drewnianymi płotami i beczkami wyciągniętymi z chłopskich domów. Takiego sukcesu nie odnotowały światowe kroniki.

Dwór w Żółkwi, ulubionej siedziby Jana III Sobieskiego, bardzo szybko wykorzystał zwycięstwo pod Hodowem. Obrona miała ogromne znaczenie psychologiczne i propagandowe. Uratowanie Rusi przed pustoszącym rajdem wiosennym stanowiło mocny argument polityczny. Król Sobieski nagłośnił ten wyczyn przed zbliżającym się Sejmem w 1695 roku. Chciał w ten sposób pokazać narodowi, że wojna z Turcją wciąż przynosi chwalebne owoce, a polski żołnierz potrafi bić się jak nigdy wcześniej.

Część szlachty podchodziła jednak do tych opowieści z pewnym dystansem. Krytycy króla uważali, że liczby wrogów mogły być zawyżane dla lepszego efektu. Ale prawda o tej bitwie przetrwała jednak w pamięci. Zatrzymanie ordy przez 400 żołnierzy było niepodważalnym faktem, który ocalił setki wiosek od spalenia.

Niestety, zwycięstwo pod Hodowem miało w sobie pewien tragiczny rys, ostatni tak niezwykły, tak spektakularny sukces polskiej husarii. Elitarna formacja, która przez ponad wiek budziła strach na polach bitew całej Europy, odchodziła w przeszłość. Zaledwie kilka lat później, gdy wybuchła wielka wojna północna w 1700 roku, wszystko się zmieniło. W dobie nowych karabinów, gęstego ognia piechoty i lżejszej jazdy, husaria nie odnosiła już żadnych wielkich sukcesów. Nic na miarę zwycięstw z XVI czy XVII wieku. Szarże z kopiami stawały się bezużyteczne. Wraz ze świetną obroną w podolskiej wsi zakończyła się na zawsze epoka wspaniałych osiągnięć skrzydlatego rycerstwa.

Ciemne chmury wracają nad Połaniec

Historia bitwy pod Hodowem z 1694 roku w piękny sposób zbiega się z losami naszego państwa i zwykłych ludzi. Dzięki bohaterstwu żołnierzy z Okopów Świętej Trójcy i Szańca Panny Maryi, miasta takie jak Sandomierz, Osiek czy nasz Połaniec mogły tamtego lata spać spokojnie. Ominął je tatarski jasyr i zniszczenia, które znali z własnej mrocznej przeszłości, jak w latach 1241 czy 1502.

Jednakże bezpieczeństwo, które wywalczyła husaria, miało swoją bolesną cenę. Cenę tę płacił właśnie Połaniec i tysiące innych małych miast w całej Polsce. Utrzymanie bohaterskich chorągwi pancernych i husarskich rujnowało skarbiec. Zamiast się rozwijać, miasta sprzedawały swoje ziemie, aby opłacić hibernę. Jak wspominał dokument z 1673 roku, biedny Połaniec musiał oddać swoje pastwiska, by spłacić 2300 złotych długu za stacjonowanie husarii. Rozwijały się prywatne, niepłacące podatków jurydyki magnackie, a zwykły mieszczanin stawał się coraz biedniejszy.

Sytuacja nie uległa poprawie w kolejnych latach. Chwilowy spokój po pokonaniu Turków i Tatarów szybko minął. Na początku XVIII wieku wybuchła wspomniana już wielka wojna północna, nowy, niszczący potop. Jak podają źródła, w listopadzie 1702 roku król szwedzki Karol XII (1682-1718) ciągnął z siłami przez Wiślicę i Pacanów, a następnie kwaterował w Oleśnicy. Po okolicy znów rozsyłano rabunkowe podjazdy. Ziemia sandomierska znowu stała się łupem.

Zwycięstwo pod Hodowem było więc iskrą gasnącej potęgi Rzeczypospolitej. Polscy żołnierze pokazali światu niesamowity hart ducha, bijąc przeciwnika sto razy liczniejszego. Na kartach wojskowości zapisali się złotymi zgłoskami. Jednocześnie jednak w domach Połańca i innych miast królewskich cicho dogasało dawne, bogate życie. Odwaga żołnierzy nie mogła uratować słabnącej i biedniejącej gospodarki szlacheckiego państwa, które zbliżało się powoli do swojej ostatecznej katastrofy…

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...