
Przeglądając radomskie archiwa cyfrowe, natrafiliśmy na ciekawy ślad przeszłości związany z Połańcem. Dokument przenosi nas do końcówki I połowy XIX wieku. Miasto znajdowało się wówczas pod zaborem rosyjskim w Królestwie Polskim. Rzeka Wisła stanowiła pilnie strzeżoną granicę państwową z Cesarstwem Austriackim (Galicją).

okument, który posłuży nam do dzisiejszego wpisu, jest oficjalnym obwieszczeniem opublikowanym w nr 32 “Dziennika Urzędowego Guberni Radomskiej” w sierpniu 1850 roku. Komunikat wydał, co wydaje się ciekawe z dzisiejszego punktu widzenia, Urząd Skarbowy Miasta Połańca. Aczkolwiek po głębszym przemyśleniu sama obecność takiej instytucji w mieście nie była przypadkowa. Połaniec w końcu leżał wtedy na strategicznej granicy państwowej. W takich miejscowościach granicznych musiał funkcjonować urząd, który pilnował finansów państwa. Urzędnicy byli odpowiedzialni nie tylko za samo zbieranie lokalnych podatków. Przede wszystkim nadzorowali handel, pobierali opłaty celne i organizowali walkę z przemytem.
Obwieszczenie opisuje nocną akcję. Otóż pewnej ciemnej, jesiennej nocy we wrześniu 1849 roku trzej strażnicy graniczni patrolowali brzeg Wisły. Szli przez łąki w okolicach Winnicy. Znamy nawet ich imiona i nazwiska: Józef Dąbrowski, Ludwik Sosenkiewicz i Ignacy Fiedorowicz. Nagle w gęstych zaroślach usłyszeli szelest. Jak się okazało, byli to przemytnicy. Noc była tak czarna, że pogranicznicy nie dali rady nikogo złapać. Przestępcy uciekli w popłochu. W dokumencie nazwano ich elegancko “defrandantami”. Wprawdzie uciekinierzy zniknęli w ciemnościach, ale porzucili w zaroślach swój drogocenny towar. Była to klasyczna kontrabanda.
Co próbowano nielegalnie przenieść przez rzekę? Były to rzeczy bardzo pożądane przez ówczesnych mieszkańców Połańca. Strażnicy znaleźli m.in. materiały krawieckie, płótno, chustki i wstążki. Oprócz tego zabezpieczyli drobne towary luksusowe w postaci małych lusterek, ozdobnych paciorków oraz cykorii. Cały majątek wyceniono na ponad 36 rubli. W tamtych czasach była to naprawdę spora suma gotówki. Musimy tutaj wspomnieć, że cła narzucane przez władze rosyjskie były w tamtym czasie bardzo wysokie. Naturalnie zachęcało to do nielegalnego handlu. Codzienne towary, takie jak wyżej wymienione, były po austriackiej stronie dużo tańsze i łatwiej dostępne. Stąd też przemytnicy kupowali je za Wisłą, a następnie chcieli spieniężyć na lokalnym rynku z dużym zyskiem, omijając państwową kasę.
Połaniecki urząd skarbowy siłą rzeczy musiał zamknąć tę sprawę zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem. Dlatego też urzędnik Pawłowicz wzywał w piśmie “niewiadomego właściciela” po odbiór swojej zguby. I dał mu na to dokładnie 4 tygodnie. Oczywiście nikt nie zakładał, że przemytnik nagle zapuka do drzwi urzędu i przyzna się do winy. Była to tylko zwykła formalność. Dzięki niej państwo mogło z czystym sumieniem przejąć i zlicytować porzucone towary.

Dzisiejszy krótki, archiwalny tekst jest świetnym oknem na dawne dzieje. Pokazuje, jak wyglądało życie naszych przodków tuż przy nadwiślańskiej granicy. Przemyt był dość ryzykowny, ale jak widać chętnych na szybki zysk nigdy nie brakowało. Z artykułu wyłania się jeszcze jedna kwestia. Dzięki niemu wiemy, że dziewiętnastowieczny Połaniec był ważnym punktem administracyjnym, a miejscowi urzędnicy z pewnością mieli ręce pełne roboty z nadwiślańskimi przemytnikami.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!





