

apraszamy do zapoznania się na pierwszy rzut oka ze zwykłą, nudną notką urzędową. Została wydrukowana w “Dzienniku Urzędowym Województwa Krakowskiego” w Kielcach. Data to 17 grudnia 1820 roku. Zatem mamy do czynienia z czasami, gdy nasz region niestety należał do zaboru rosyjskiego.
Prasówka jest po prostu niczym innym jak dawnym listem gończym. Postanowiliśmy wziąć ją pod lupę i rozłożyć ten krótki tekst na czynniki pierwsze. Wielokrotnie przekonaliśmy się o tym, jak wiele ciekawych rzeczy można wyczytać z pozoru kilku linijek.
A więc, nasz uciekinier Stanisław Stefanowicz, pochodził z Galicji. Kiełków to wieś pod Mielcem, w sąsiednim powiecie. Dzisiaj wsiadamy w auto, jedziemy przez oddany w 2014 roku do użytku most na Wiśle w Połańcu i jesteśmy na miejscu. W 1820 roku, jak wiemy, sprawa była dość skomplikowana i wyglądała jednak zupełnie inaczej. Stanisław był obywatelem zaboru austriackiego i najpewniej nielegalnie przedostał się na naszą stronę.
A teraz załóżmy, że jesteście dawnymi stróżami prawa. Współcześnie policja publikuje zdjęcie z monitoringu z czarnym paskiem i wszystko jest jasne. Wtedy musiano polegać tylko na słowach. Rysopis musiał działać na wyobraźnię. Czytamy, że mężczyzna miał szczupłą twarz i siwe oczy (jasnoniebieskie?). Bardzo ciekawa była też jego fryzura. Miał grzywkę obciętą nad czołem, a z tyłu długie włosy opadające na ramiona. Czy to nie wypisz, wymaluj dawny odpowiednik fryzury “na czeskiego piłkarza”? ![]()
Dzisiaj przestępca ucieka w czarnym lub szarym dresie. Chce wtopić się w tłum. Nasz Stanisław był za to bardzo kolorowy. Ale z racji XIX wieku, raczej wyboru co do ubioru nie miał. Mimo wszystko opis wyglądał dosyć ciekawie. Miał niebieską sukmanę i czerwoną czapkę. Oryginalnie wyglądać musiały te “dobre bóty na obcasach z blaszkami” (zachowujemy oryginalną pisownię z epoki). Zapewne głośno stukały o bruk czy ubity trakt. Wydaje się nam, że trudno było w nich uciekać i nie zwracać na siebie uwagi.
W końcowej części listu gończego mamy lokalny akcent. Otóż Stanisław wpadł w ręce prawa u nas, w Połańcu. Strażnicy mieli za zadanie odprowadzić go do sądu w Staszowie, raptem około 20 kilometrów. Dzisiaj policyjny radiowóz pokonuje tę trasę po asfalcie w 15 minut a, na tzw. “bombach” 10 minut. Dwieście lat temu to była zdecydowanie trudna eskapada. Jechano wozem konnym albo szło się na piechotę. Drogi były przeważnie błotniste, a wokół rosły gęste lasy. Stanisław z pewnością w głowie miał różne pomysły i, jak się okazało, wykorzystał okazję. Udało mu się zmylić strażników i uciec w połowie drogi.
Władze w piśmie nakazały go pilnie szukać. Czy został złapany? Czy w końcu trafił do staszowskiego sądu? Tego z tej krótkiej notatki już się nie dowiemy. Dalsze losy sprytnego 30-latka pewnie na zawsze pozostaną tajemnicą.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!





