
Połaniec, formalnie wieś przez 111 lat, pomimo utraty praw miejskich w 1869 roku, nigdy nie stracił swojej miejskiej tożsamości, czego dowodem jest reportaż z 1979 roku i wzruszające wspomnienia p. Heleny Łowickiej. Jej osobista historia, pełna trudności i miłości do rodzinnej miejscowości, doskonale uzupełnia obraz Połańca odzyskującego prawa miejskie w 1980 roku.

ołaniec, choć przez 111 lat funkcjonował oficjalnie jako wieś, w sercach swoich mieszkańców zawsze pozostawał miastem. To poczucie tożsamości, niezależne od administracyjnych dekretów, stanowi fundament jego bogatej historii. W dzisiejszym artykule, dzięki otrzymanym materiałom, za które serdecznie dziękujemy, chcielibyśmy zapoznać naszych czytelników z dwoma tekstami. Pierwszym jest reportaż z 1979 roku dziennikarza Lecha Chmielewskiego z czasopisma „Kurier Polski”, który uchwycił Połaniec tuż przed ponownym nadaniem praw miejskich. Drugim są wzruszające wspomnienia pani Heleny Łowickiej z Połańca, wieloletniego pracownika w urzędzie gminnym, spisane własnoręcznie w sierpniu 2024 roku, tuż przed jej odejściem w lipcu 2025 roku.
W 1979 roku, gdy zapadła decyzja o ponownym nadaniu Połańcowi praw miejskich z dniem 1 stycznia 1980 roku, reporter z Warszawy udał się do naszej miejscowości, by porozmawiać z mieszkańcami i władzami gminnymi. Już przy wjeździe do Połańca dziennikarza zaskoczył widok tablicy z wymalowanym herbem. Z kolei list pani Heleny Łowickiej (1937-2025), spisany 21 sierpnia 2024 roku, jest głęboko osobistym świadectwem miłości do Połańca i jego historii, widzianej przez pryzmat własnego życia.
Synteza tych dwóch perspektyw – obiektywnego spojrzenia z zewnątrz i głęboko osobistego doświadczenia – pozwala stworzyć pełnowymiarowy obraz Połańca, jego ewolucji i trwałej tożsamości. Osobiście nie znaliśmy pani Heleny Łowickiej, co tym bardziej sprawia, że poznanie jej osoby poprzez jej wspomnienia i reportaż “Kuriera Polskiego” jest dla nas niezwykle ciekawe. To właśnie dzięki takim relacjom możemy pielęgnować pamięć i w myśl sentencji „ocalić od zapomnienia” zachować dziedzictwo, które kształtuje naszą wspólnotę. Życzymy miłej lektury.
Gdy zapadła decyzja mówiąca o nadaniu w dniu 1 stycznia 1980 roku praw miejskich Połańcowi, reporterzy Kuriera udali się do tej miejscowości, by zobaczyć jak wieś staje się miastem. Przy wjeździe do Połańca zauważyliśmy tablicę z wymalowanym herbem: biały orzeł na czerwonym tle trzyma w szponach czarną trąbę.
– No, proszę, jeszcze nie są miastem, a już sobie herb zafundowali – zdziwiłem się, a moje zdziwienie wzrosło, gdy zapytana o urząd gminny kobieta odpowiedziała: tam dalej, w mieście. Tylko nie w rynku, a koło kościoła. Słowa “w mieście” nie akcentowała specjalnie, powiedziała je normalnie, tak jak chyba wymawiała je całe życie.
Przyznaję, że nie znałem historii Połańca. Wiedziałem tyle, ile wie każdy, że Kościuszko, że uniwersał, że elektrownia, którą w telewizji pokazują jako budowę na szczerym polu. Czytałem kiedyś, że Połaniec był w przeszłości miastem, lecz prawa miejskie utracił ponad sto lat temu. Przez ten czas powinien zamienić się w wieś, a tu tymczasem i herb, i mieszkańcy mówią o mieście.

Widok rynku rozprasza wszelkie wątpliwości. Toż to prawdziwe miasto. Czas nie zatarł urbanistycznego zamysłu. Rynek obszerny i ruchliwy (przebiega tędy droga z Sandomierza do Krakowa), odbudowany dookoła domami, pośrodku stary budynek straży pożarnej, a przy nim postój taksówek. Podchodzę do taksówkarza. – Słyszał pan, że Połaniec ma otrzymać prawa miejskie? – Jakże miałbym nie słyszeć? – A teraz czym właściwie jest Połaniec? – Tak oficjalnie to wsią, ale żaden z mieszkańców tak nie uważa. Każdy, kto idzie na rynek mówi, że idzie na do miasta. I tak było zawsze. Car nam zabrał prawa miejskie. Zły był na Kościuszkę i za Powstanie Styczniowe. I po powstaniu zabrał.
Teraz już wiemy, jeśli nie wszystko i nie dokładnie, to w każdym razie dużo. Idziemy do urzędu gminnego. W pobliżu neogotyckiego kościoła, wybudowanego w końcu ubiegłego wieku, stoi drewniana chatynka mieszcząca urząd gminny. Ta siedziba miejscowej władzy pasuje rzeczywiście raczej do wsi niż do miasta. Sekretarz gminy Tadeusz Jewiarz mówi od razu: – W planach mamy wybudowanie urzędu w rynku. Nowy będzie się lepiej prezentował.
Gdy pytamy o historię miasta, sekretarz mówi: – Zaraz poproszę naszą kronikarkę. Po chwili do gabinetu naczelnika Jarzyny, gdzie rozmawiamy, gabinetu ozdobionego portretem Kościuszki i grafiką przedstawiającą ogłoszenie manifestu połanieckiego, wchodzi pani z wielką księgą pod pachą. Otwieramy pierwszą stronę i czytamy, że jest to kronika Połańca prowadzona bez przerwy od 10 lipca 1934 r. 45 lat bez przerwy spisywano tu najważniejsze wydarzenia miejscowe. Kronika zaczyna się od rysu historycznego, z którego wynika, że w 1264 r. Bolesław Wstydliwy nadał Mikołajowi, synowi Bartłomieja, przywilej na założenie miasta na gruntach wsi Połaniec. Dalej o przejeździe przez miasto królowej Jadwigi, wreszcie data najważniejsza: “W roku 1794 Tadeusz Kościuszko, idąc spod Racławic obozuje w Połańcu w baraku przy kapliczce św. Mikołaja na prawym brzegu rzeki Czarnej nad Wisłą i tu właśnie podpisał swój słynny uniwersał znoszący w części pańszczyznę”.
Tak Połaniec wszedł na stałe do historii Polski. A jak utracił swe prawa miejskie? “Wskutek częstych przejazdów wojsk i prawie corocznych pożarów miasto Połaniec chyliło się do coraz większego upadku i w roku 1869, na skutek przeprowadzanej w tym czasie reformy, tytuł miasta został zniesiony”.
Od 1934 r. zapiski robione są na bieżąco pięknym kaligraficznym pismem, jakiego dziś już nie ujrzysz. Litery o ozdobnych kształtach, a jednocześnie tak wyraźne, że czyta się bez żadnych przeszkód, jak drukowane. Przedwojenny kronikarz notował zmiany na stanowisku wójta, nadawania obywatelstwa honorowego Połańca ówczesnym dostojnikom, a także wybryki natury. Czytamy: “W dniu 15 czerwca 1935 r. w nocy spadł grad wielkości orzeszka laskowego niszcząc plony, w gromadzie Ruszcza do 90 procent, w gromadzie Kraśnik w 50 procentach i w gromadzie Połaniec w dzielnicy północnej w 40 procentach”.
Są tu wiadomości o ufundowaniu stypendium gminnego w wysokości 300 złotych rocznie, o ukończeniu budowy wałów przeciwpowodziowych w 1936 r., a w dwa lata później o założeniu biblioteki gminnej. Nagle w kronice zmienia się charakter pisma. Jest to w dalszym ciągu kaligraficzny rząd liter, ale już trudniejszy do odczytania. Nowy kronikarz zaczął spisywać dzieje Połańca w jego najtragiczniejszym okresie:
“Marzec 1940 r. Oddział niemiecki SS, wychowankowie Hitlera, stacjonujący w osadzie Połaniec jako karna ekspedycja, aresztował Michała Seremaka, Antoniego Chałońskiego, mieszkańców osady Połaniec, po czym urządzono na oczach społeczeństwa chłostę, bijąc do utraty przytomności i do odbicia ciała od kości u obydwu. Jedyną bronią zabitych były zęby. M. Seremak więc ugryzł SS-manowi palec u ręki”.
“8.8.1942 r. W osadzie Połaniec, w oczach społeczeństwa żandarmeria niemiecka z Sandomierza po dowództwem leutnanta Domajera wystrzelała ludność wyznania mojżeszowego, a część zabrała do getta do Staszowa. Stosunek liczbowy w tym czasie ludności polskiej i żydowskiej 50 na 50 procent. Ogólnie liczba ludności w osadzie Połaniec 4000”.
I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku, zapiski o niemieckich bestialstwach, partyzanckich akcjach, kontrybucjach, kontyngentach. Aż do 5 października 1944 r. znajdujemy protokół z pierwszego zebrania sołtysów gromad gminy Połaniec i ludności gminy oraz delegatów PKWN z Lublina, zebrania odbytego w lokalu zarządu gminnego w Połańcu. Trzeba sobie uświadomić, w jakich warunkach odbywało się to zebranie. Połaniec znajdował się na terenie Przyczółka Sandomierskiego zdobytego na lewym brzegu Wisły przez oddziały I frontu ukraińskiego dowodzone przez marszałka Koniewa. Od strony Pacanowa szły ciągłe ataki niemieckie. Hitlerowcy za wszelką cenę chcieli zlikwidować ten przyczółek lub przynajmniej poważnie go zmniejszyć. Wiedzieli, co grozi im z tej strony w razie następnej ofensywy.

Protokół z tego zebrania jest pisany inną ręką niż zapiski okupacyjne. Znów zmieniał się kronikarz. Pani Helena Łowicka prowadząca obecnie kronikę mówi: – Nie, to jeszcze nie moje pismo. Od tamtych czasów zmieniało się jeszcze kilku kronikarzy.
Rzeczywiście, co kilka stron inny charakter pisma. Ale najważniejsza jest treść, a z niej dowiadujemy się, że w 1947 r. odnowiony został kościół. W rok później zamknięty cmentarz z powodu braku miejsc na nowe groby. W 1952 r. otwarto ośrodek zdrowia, a w rok później wzmianka o wielkiej powodzi. Rzeka Czarna przelała się przez wały.
W tym samym roku zapis: “Wielki dzień małego Połańca. Tak można nazwać dzień, w którym po raz pierwszy zabłysło światło elektryczne w mieszkaniach połańczan oraz na ulicach”.
Notatka ta jest tym bardziej wzruszająca jeśli uświadomimy sobie, że właśnie w Połańcu powstaje jedna z największych polskich elektrowni. Ale to już inne czasy. Od tamtej chwili trzeba było czekać 18 lat. Dopiero w 1971 r. znajdujemy w kronice pierwszą wzmiankę o projekcie budowy elektrowni. Zaś ostatni zapis, tegoroczny, donosi o decyzji budowy drugiego etapu elektrowni.
Pani Helena Łowicka, która za kronikę otrzymała nagrody w konkursach wojewódzkich i ogólnopolskich, nie może doczekać się chwili, gdy będzie mogła wpisać: Na uroczystej sesji Gminnej Rady Narodowej ogłoszono, że Połaniec otrzymał z dniem 1 stycznia 1980 r. prawa miejskie.
Będzie to na pewno wielkie święto dla wszystkich mieszkańców, którzy przez 110 lat nie przyjęli do wiadomości, że mieszkają na wsi. Będzie to jednocześnie bodziec do nowej pracy. Trzeba zbudować nową przychodnię, żłobek, przedszkole, urząd gminny, pawilony handlowe. Trzeba będzie budować dalej nowe osiedla, ulice, kontynuować roboty przy kanalizacji miasta. Pracy będzie mnóstwo, ale przecież prawa miejskie zobowiązują.
Lech Chmielewski.
Za co kocham Połaniec – List p. Heleny Łowickiej
Do Połańca żywię wielki patriotyzm. Tu Naczelnik Tadeusz Kościuszko ogłosił słynny Uniwersał Połaniecki w maju 1794 r. – nadał wolność chłopom. Tu się urodziłam i tu poznałam mojego przyszłego męża Mariana, z którym przeżyłam bez 2 dni do 60-ciu lat życia w sakramentalnym związku małżeńskim.
Tutaj mieszkam na jednej działce z moimi dziećmi – już jako wdowa. Cieszę się z każdego dnia, że codziennie widzę jak krzątają się na swoich posesjach na podwórku, w ogrodzie Maruś z żoną Lidzią, Daruś z żoną Anią i ja z nimi. Kocham ich dzieci. Mam czworo wnucząt i troje prawnucząt, a czwarte w drodze.
Sięgając pamięcią do lat dziecinnych, to w czasie wojny ukrywałam się z rodziną przed Niemcami i znajomymi mi sąsiadami przebywając kilka nocy w snopkach zboża, w mendlach żyta.
Pamiętam stary Połaniec jako osadę biedną, ziemia piaszczysta, szóstej klasy – nieurodzajna. Żyło się tu ubogo – biednie. Widziałam, jak obok mojego domu mieszkalnego blisko cmentarza na trasie Sandomierz – Kraków pierwszy raz w życiu taksówka “utopiła” się w piachu i nie mogła się wydostać ani do przodu, ani do tyłu.
Ludzie bez konia – do pracy w polu używali krowy w jarzmie wiele, wiele lat. Brak drogi bitej, o nawierzchni twardej – dopiero Rosjanie zrobili drogę drewnianą od kościoła z okrągłych bali w mojej ulicy.
Przed moim domem, na podwórku, ludzie ze wsi śpieszący się we święta do kościoła pieszo – w wodzie, myli sobie nogi latem, dopiero wkładali obuwie.
Moja ulica Osiecka skupiała wiele domów, budynków drewnianych krytych często słomą, dopiero później kryto dachy eternitem, brak światła elektrycznego, ale ludzie w Połańcu się kochali, szanowali się, śpiewali. Było wesoło, także pomagali sobie wzajemnie “na odróbkę” we żniwa, w wykopkach ziemniaków, przy młocce zboża, chciało się żyć, była zgoda, zrozumienie i rosła w sercach nadzieja na lepsze jutro.
Pamiętam, że dla bezpieczeństwa mieszkańców zarządzono obowiązkowe dyżury “z dordą” w nocy, ażeby właściciel, obywatel domu patrolował ulice dla zapewnienia porządku publicznego, a po zakończeniu nocnego dyżuru – służby “dordę” przekazał do następnego budynku następnemu obywatelowi do służby nocą. Taką rolę też pełnił obserwator w odległości od domów – sięgającą wysoko w górę.
Warunki życiowe mojej rodziny były ciężkie. W domu drewnianym o 2 izbach mieszkałam we trzy rodziny, tj. rodzice, brat Tadeusz z żoną Reginką oraz ja z mężem i dwójką dzieci naszych. Tak bardzo zżyłam się z Połańcem, że kiedy mąż Marian będąc pracownikiem siarki w Grzybowie otrzymał mieszkanie dla nas z poprawy warunków socjalnych w Staszowie na ul. Wschodniej, to nie chciałam się wyprowadzać z Połańca, bo wtedy za czasów p. Edwarda Gierka mówiło się, że w telewizji będzie wyemitowany Połaniec wielkie miasto koło Staszowa pt. “Godzina zero-zero”, ale to się nie ziściło z braku funduszy. Tylko dzięki Elektrowni życie w Połańcu nabrało szybkiego tempa rozwoju i otrzymaliśmy mieszkanie w bloku połanieckim na ulicy Królowej Jadwigi.
Pochodzę z licznej rodziny. Jestem piątym dzieckiem z dziewięciorga rodzeństwa. Dobrze pamiętam, kiedy moja siostra Anna wróciła do domu rodzinnego z Niemiec, gdzie przebywała na przymusowych robotach to była w stanie błogosławionym już w ostatnim miesiącu blisko rozwiązania i zaraz, wkrótce urodziła syna Augusta, którego mama wychowała.
Ojciec z zawodu młynarz pracował w różnych młynach z dala od domu, a ostatnio w Niekrasowie. Pamiętam, że w jedno Boże Narodzenie poszłam spać głodna, bo Ojciec nie miał jak i przez kogo podać mąkę mamie, ale wtedy właśnie odwiedził Ojca w młynie kolega p. Władysław piekarz Majewski od mostu z ul. Listopadowej i przywiózł mąkę, z której w nocy zaraz mama zrobiła świeży pachnący wypiekła chleb i nas pobudziła do jedzenia tego chleba, który bardzo nam smakował, że brak słów do opisania tego, jaki smaczny był ten chleb, przeżegnany ręką mamy. Mama była dobrą krawcową, dużo szyła księdzu Zbroi i jego gospodyni p. Piątkowskiej, księżom na plebanii szyła różne rzeczy. Ksiądz Zbroja był długie lata proboszczem i znał ludzi, każdego od podszewki osobiście, więc pomagał w biedzie. Wiem, że wziął na wychowanie małą dziewczynkę z licznej rodziny imieniem Terenia, którą wychowywała długie lata p. Piątkowska – gosposia.
Pamiętam kiedy ja przystępowałam do Pierwszej Komunii Świętej – to ksiądz Zbroja wydał świąteczne śniadanie dla nas wszystkich dzieci, a było to kakao z mlekiem i chleb z masłem.
Mama wykonywała żmudne prace ubogim ludziom nicując stare kołnierzyki koszul męskich, przerabiała je na drugą stronę, co nie było zajęciem satysfakcjonującym, bo to wymagało wiele czasu pracy, a niewiele dostawała dla zaspokojenia potrzeb życiowych, a szyła przy lampie naftowej trzeci numer, wytężając wzrok o zmierzchu. Wiem, że żydzi mieli dużo nowych materiałów, przychodzili szyć do mamy – zamawiali różne rzeczy między innymi znajoma mi żydówka p. Miodowniczka, której ja osobiście zanosiłam uszyte rzeczy i dawałam jej także jedzenie jako posłaniec. Napisałam o tym do Ojca Rydzyka – dyrektora Radio Maryja i dostałam podziękowanie “Relacje – Kaplica Pamięci”. Ze szkoły podstawowej miło wspominam wychowawczyni p. Marię Bańkowską c. Dyrektora Szkoły p. Jańczuka Michała, uczyła patriotyzmu. Bardzo jestem wdzięczna doktorowi Januszowi Gil – bo darmo zawsze leczył moich rodziców, mnie z mężem i nasze dzieci – nie chcąc nic w zamian za leczenie.
W domu szanowano tradycje chrześcijańskie. “Bóg – Honor – Ojczyzna” te trwałe wartośći były zawsze wyznawane i są dzisiaj także.
Z mojego rodzeństwa tylko ja sama pozostaję przy życiu. Mam 87 lat, wyznaję wiarę rzymsko-katolicką. W szkole średniej dowiedziałam się o Katyniu dzięki mądrym profesorom. Maturę zdałam w 1956 nie mając żadnej książki do nauki zawodu, uzyskałam tytuł technik-technolog, specjalność obróbka metali skrawaniem.
Z uwagi na brak pracy w wyznaczonym zawodzie podjęłam się pracy w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Połańcu, wykonywałam pracę na wszystkich stołkach przez p. 25 lat. Posiadam odznaczenia państwowe, wiele wyróżnień i podziękowań. Odwiedziłam dwa razy Amerykę. Trzykrotnie byłam w Amerykańskiej Częstochowie za życia księdza Zembrzuskiego. Czuję się życiowo spełniona – Dzięki Panu Bogu.
Helena Łowicka, 21 sierpnia 2024 r.



Połączenie perspektywy dziennikarza z 1979 roku i osobistych wspomnień p. Heleny Łowickiej z 2024 roku tworzy spójny i wielowymiarowy obraz Połańca, ukazując, jak wielka historia przeplata się z codziennym życiem. Redaktor Chmielewski już na starcie wyraził swoje zdziwienie tym, że mieszkańcy „wsi” Połaniec niezmiennie nazywają ją „miastem” i posiadają herb. To spostrzeżenie znajduje swoje głębokie uzasadnienie w osobistym patriotyzmie pani Heleny Łowickiej. Jej wspomnienia o biednej osadzie z piaszczystą ziemią i brakiem dróg podkreślały, że choć nasze miasto cierpiało na skutek upadku, który doprowadził do utraty praw miejskich w 1869 roku, to w świadomości mieszkańców nigdy nie przestał być miastem bez względu na jego ówczesny formalny status administracyjny.







