
Powracamy do XVI-wiecznego Połańca. Gwarne targi, kupcy z różnych stron i prężnie działające rzemiosło to w tamtym czasie codzienność. W centrum tego życia, tuż nad rzeką Czarną, stoi młyn.

W tamtych czasach młyny wodne były prawdziwymi cudami techniki. A praca młynarza? Należała do niezwykle opłacalnych i szanowanych zajęć. Dziś przyjrzymy się intrygującemu dokumentowi z 1519 roku, w którym król Zygmunt I Stary (1467-1548) osobiście docenił jednego z naszych przodków.
Dzięki Archiwum Głównemu Akt Dawnych, zachowały się dwa bezcenne skany. Są nimi strony 552 i 553 z księgi nr 31 zawartej w Metryce Koronnej. Z opisów wiemy, że to oryginalne, papierowe karty o wymiarach 22 na 31,5 centymetra. Cała księga metrykalna została oprawiona w solidną skórę i starannie spisana w języku łacińskim.
Przywilej jest datowany na 29 sierpnia 1519 roku i co szczególne został wystawiony w Połańcu. Król Zygmunt Stary przebywał wtedy osobiście w naszym mieście. Co dokładnie w nim zapisano? Oto polskie tłumaczenie:

Młyn połaniecki nadawany jest dożywotnio roztropnemu Stanisławowi Kloczki. Zygmunt itd. oznajmiamy treścią niniejszego pisma wszystkim: przychylając się do próśb niektórych naszych doradców, wstawiających się do nas za roztropnym Stanisławem Kloczki, naszym młynarzem połanieckim i mając zaleconą jego pilność, pracę oraz wierność, którą okazuje w zarządzaniu tymże naszym młynem połanieckim ku naszemu pożytkowi, postanowiliśmy zachować i niniejszym pismem zachowujemy tegoż Stanisława młynarza w posiadaniu rzeczonego młyna, a dokładnie jego trzeciej części, aż do ostatnich dni jego życia, tak, że dopóki on sam będzie żył, nie powinien, ani nie może być z niego [młyna] usunięty i wywłaszczony, chyba że z jakiejś wielkiej i słusznej przyczyny oraz naglącej konieczności, albo gdyby wymagała tego jakaś wielka jego wina lub przewinienie, a to [wszystko] za wiedzą i naszą specjalną zgodą. Jeśli zaś przydarzy się jakiś tego rodzaju przypadek konieczności lub winy, z powodu którego wspomniany Stanisław Młynarz z tegoż naszego młyna połanieckiego musiałby zostać wywłaszczony, wówczas przed jego wywłaszczeniem będą musiały mu zostać w całości zwrócone i rzeczywiście wypłacone konieczne wydatki na budynki tegoż młyna, poczynione przez niego na jego własny koszt. Na świadectwo tych pism nasza pieczęć została zawieszona. Dano w Połańcu w dniu Ścięcia Świętego Jana Chrzciciela [29 sierpnia]. Roku Pańskiego tysiącznego pięćsetnego dziewiętnastego [1519]. Roku naszego panowania trzynastego.
W późniejszym czasie dochody miasta z młynów nad rzeką Czarną były ogromne. Podatki opłacano w naturze np. jeden z młynów musiał oddawać rocznie aż 150 miar żyta (15 ton). Młynarze obracali sporym majątkiem. Z czasem w okolicach połanieckiego folwarku działały nawet dwa takie zakłady.
A kim był Stanisław Kloczki? Dzięki królewskiemu dokumentowi poznajemy z imienia i nazwiska dawnego mieszkańca Połańca. Stanisław Kloczki musiał być bardzo pracowitym i niezwykle ufnym człowiekiem, skoro król zechciał nagrodzić go w taki sposób. Ważną informacją jest ta, że król nadał mu młyn wyłącznie dożywotnio, a nie wieczyście. Oznacza to, że Stanisław nie mógł przekazać go w spadku swoim dzieciom. Dlaczego? Z punktu widzenia władcy było to bardzo sprytne. Król zachowywał pełną kontrolę nad tym, kto w przyszłości przejmie młyn. Zabezpieczył się też przed ewentualnym lenistwem młynarza. Gdyby Stanisław przestał dbać o budynek, monarcha mógł go po prostu usunąć ze stanowiska.
W XV i XVI wieku młynarze stali się bardzo wpływową grupą. Byli wręcz niezastąpieni w codziennym życiu miasta. Dostarczali mąkę na chleb oraz słód do produkcji piwa, które było wówczas powszechnym napojem. Wyróżniali się rzadką wiedzą techniczną i zmysłem do interesów. Stanisław Kloczki z pewnością należał do elity i najbogatszych obywateli XVI-wiecznego Połańca.
Na koniec jeszcze jedna kwestia i zarazem ciekawostka. W powyższym tłumaczeniu jest mowa o dostawieniu pieczęci, ale jej na grafice nie ma. Nie ma dlatego, że metryka koronna to rejestr, a nie zbiór oryginałów. Księgi Metryki Koronnej pełniły funkcję państwowego archiwum i wewnętrznego rejestru dawnej kancelarii królewskiej. Nie wpinano do nich oryginalnych dokumentów, lecz wpisywano ich wierne kopie na użytek państwa. Fizyczne przywieszanie ciężkich, woskowych pieczęci do miękkich, papierowych kart wewnątrz oprawionej księgi byłoby całkowicie niepraktyczne. Zdeformowałoby to wolumin, uniemożliwiło zamknięcie tomu i doprowadziło do bardzo szybkiego zniszczenia archiwum. Czasami pisarze rysowali w miejscu pieczęci małe kółko lub dodawali skrót „L.S.” (locus sigilli – miejsce pieczęci), jednak w polskiej praktyce kancelaryjnej najczęściej po prostu kończono wpis na tekście.
Skryba królewski, dokonując wpisu w księdze, miał zatem za zadanie skopiować treść z brulionu lub gotowego dyplomu. Przepisywał wszystko słowo w słowo, łącznie z tzw. formułą koroboracyjną. Jest to standardowa klauzula na końcu tekstu , w której władca stwierdza, że na dowód autentyczności kazał przywiesić swoją pieczęć. Skryba po prostu dokumentował fakt, że w oryginale ta pieczęć faktycznie się znalazła.
Kiedy kancelaria wystawiała dokument, taki jak nasz dzisiejszy akt dla młynarza Kloczki, właściwy oryginał spisywano zazwyczaj na pergaminie. Był on wtedy wydawany fizycznie do rąk własnych odbiorcy. I w takim egzemplarzu przywieszano na jedwabnym sznurze lub pasku pergaminu prawdziwą pieczęć królewską.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!





