
W lipcu 1948 roku warszawska gazeta „Rada Narodowa” opisała ciekawą historię z Połańca. Chodziło o zorganizowaną akcję ratowania zalanych nieużytecznych pól na północnych obrzeżach osady.

rzez lata rolnicy z tamtej części Połańca mieli spory kłopot. Ich ziemie leżały na niskim terenie. Brak rowów odwadniających spowodował, że deszczówka nie miała dokąd odpływać. Rozwiązanie problemu przyszło wiosną 1948 roku.
Gminna Rada Narodowa w Połańcu zaplanowała budowę rowu melioracyjnego o imponującej długości prawie 3 km. Prace zaczęły się 12 maja. Gazeta napisała, że każdego dnia do pracy przychodziło średnio 120 osób. Wszyscy chwycili za narzędzia, żeby wspólnymi siłami osuszyć swoje pola i wreszcie zacząć normalnie gospodarować.
Szczególnie zapadający w pamięć był opis z 31 maja. Tego dnia, punktualnie o 7:00 rano, na zbiórkę stawiła się miejscowa Ochotnicza Straż Pożarna. Strażacy, uzbrojeni w szpadle, w zwartym szyku ruszyli na plac budowy. Z własnej inicjatywy, nie licząc na wynagrodzenie, przepracowali tam cały dzień. Nie byli jedyni, bo do czynu społecznego dołączyli także robotnicy z Urzędu Wodno-Melioracyjnego, oddając swój wolny czas, by przyspieszyć inwestycję.
Dzięki temu niezwykłemu zaangażowaniu, w zaledwie kilkanaście dni udało się wykopać aż 2100 metrów rowu. Nie była to mała konstrukcja. Rów miał do 7 metrów szerokości i blisko 2 metry głębokości. Wykonana praca osuszyła szmat gruntów, ale przede wszystkim udowodniła, że dla zgranej społeczności nie ma rzeczy niemożliwych.







