
Historia dawnych miast to nie tylko piękne budowle, bogaci kupcy i mądrzy królowie. To także mroczne sekrety i opowieści o zbrodniach, karach i ludzkim cierpieniu. Dawny Połaniec miał swoje jasne i ciemne strony. Z jednej strony rozwijał się wspaniały handel. Z drugiej strony w mieście działał surowy wymiar sprawiedliwości. Prawo musiało być twarde. Inaczej miasto zginęłoby w chaosie.
📌 W SKRÓCIE:


ajbardziej przerażającym symbolem dawnego prawa była szubienica. Dla współczesnego człowieka to okrutne narzędzie śmierci. Dla dawnych mieszkańców Połańca był to jednak powód do dumy. Szubienica oznaczała, że miasto jest wolne.
Oznaczała, że miasto samo rządzi na swoim terenie. Posiadanie własnego miejsca straceń było wielkim przywilejem. Nie każda osada mogła sobie na to pozwolić. W artykule odkryjemy tajemnice dawnych sądów w Połańcu. Poznamy zasady, jakimi kierowali się dawni sędziowie. Dowiemy się, za co można było stracić życie. Poznamy też intrygującą lokalną legendę. Opowiada ona o tym, jak Połaniec odmówił pożyczenia swojej szubienicy sąsiadom z Osieka.
Zanim Połaniec stał się miastem, był wczesnośredniowiecznym grodem. Jego początki sięgają XI wieku. Życie toczyło się w osadzie przygrodowej. Położona była ona blisko rzeki Czarnej i Wisły. Gród stanowił centrum władzy. Mieszkał w nim kasztelan, który był przedstawicielem księcia. Kasztelan dbał o obronę i zbierał podatki. Pełnił też bardzo ważną rolę, jaką było pełnienie obowiązków najwyższego sędziego dla całej okolicy.
Obok grodu szybko rozwinął się handel. Ludzie z okolicznych wsi przynosili swoje towary. Sprzedawali miód, wosk, skóry i zboże. Wymieniali je na narzędzia i broń. Targowisko było miejscem pełnym zgiełku. Łatwo było tam o kłótnię. Łatwo było o oszustwo. Dlatego handel wymagał ochrony. Gwarantował ją tzw. mir targowy, czyli specjalny pokój ogłaszany na czas targu.
Każdy, kto złamał mir targowy, był surowo karany. Kary nakładał kasztelan w imieniu władcy. Pieniądze z kar trafiały do książęcej kasy. Z czasem jednak handel stawał się coraz trudniejszy. Zamiast wymiany towar za towar, zaczął krążyć pieniądz. Do Połańca przyjeżdżali kupcy z dalekich stron. Byli to ludzie ze Śląska, Rusi i Saksonii. Dawne, proste prawo przestało wystarczać.
Kupcy potrzebowali szybkich wyroków. Potrzebowali sędziów, którzy znają się na handlu. Zwykłe prawo ziemskie było zbyt wolne, ponieważ sprawy ciągnęły się latami. A to hamowało rozwój gospodarczy. Dlatego też mieszkańcy pragnęli własnego, miejskiego prawa. Chcieli sami decydować o winie i karze. Ten moment nadszedł w drugiej połowie XIII wieku.
Przełomowy dzień dla Połańca to 18 lipca 1264 roku. Wtedy to książę krakowski i sandomierski Bolesław Wstydliwy w pobliskim Osieku nadał Połańcowi prawa miejskie. Dokładnie była to odmiana prawa magdeburskiego. Odbiorcą tego przywileju był Mikołaj, syn Bartłomieja. Bartłomiej, zwany Bartkiem, był wcześniej wiernym rycerzem księcia.
Dokument zmienił całkowicie życie w osadzie. Połaniec stał się od tego momenty prawdziwym miastem. Mikołaj otrzymał tytuł dziedzicznego wójta. Oznaczało to, że jego dzieci i wnuki również będą rządzić w mieście. Książę oddał wójtowi ogromną władzę. Wójt stał się najważniejszą osobą w Połańcu. Mógł on zakładać młyny, łowić ryby i polować na bobry. Miał też ziemię na własność.
Najważniejsza była jednak władza sądowa. Przywilej z 1264 roku dawał wójtowi prawo sądzenia mieszkańców. Książę zrezygnował z części swoich uprawnień. Przekazał je wójtowi. Odtąd to Mikołaj i jego następcy dbali o porządek na ulicach. Mogli oni karać złodziei, oszustów i morderców. Był to wielki zaszczyt, ale i ogromny obowiązek.
Władza sądowa przynosiła wójtowi wielkie pieniądze. Z każdej wymierzonej kary finansowej wójt zabierał dla siebie jedną trzecią część. Pozostałe dwie trzecie trafiały do księcia. Taki podział był bardzo sprytny. Wójt miał motywację, aby łapać przestępców. Im więcej kar nałożył, tym więcej zarobił. Sprawiedliwość była więc twarda, ale też bardzo opłacalna dla władz miasta.
Dawne prawo bywało bezwzględne. Przywilej Bolesława Wstydliwego dokładnie opisywał, jak karać za zabójstwo. Przepisy te mogą nas dzisiaj dziwić. W średniowieczu życie ludzkie miało swoją cenę. Można było ją wyliczyć w srebrnych monetach. Jeśli ktoś kogoś zabił w Połańcu, musiał ponieść karę.
Dokument mówił jasno. Jeśli morderca uciekł z rąk mieszkańców, sprawa nie była zamknięta. Mógł on wrócić i prosić o ugodę. Musiał jednak zapłacić ogromną sumę. Było to dokładnie dziesięć grzywien srebra. Była to fortuna. Taka kwota, zwana główszczyzną, miała zadośćuczynić rodzinie ofiary. Z tej sumy część oczywiście trafiała do wójta i księcia. Prawo pozwalało więc wykupić się od winy.
Sytuacja wyglądała inaczej, gdy morderca został złapany. Wtedy obowiązywała zasada “głowa za głowę” (caput pro capite). Oznaczało to pewną śmierć. Schwytany zbrodniarz tracił życie na miejskiej szubienicy lub pod mieczem kata. Prawo było tutaj bardzo surowe. Miało to odstraszać innych od popełniania podobnych zbrodni.
Istniała jednak pewna luka w przepisach. Prawo pozwalało na zamianę kary śmierci na grzywnę. Musieli się na to zgodzić zarówno książę, jak i sami mieszczanie. Jeśli morderca miał bogatą rodzinę, mógł ocalić głowę. Wszystko zależało od negocjacji. To pokazuje, że dawna sprawiedliwość mocno zależała od zawartości sakiewki. Biedny przestępca szedł na stryczek. Bogaty wracał do domu lżejszy o kilka grzywien.
Wójt nie wydawał wyroków samotnie. Prawo niemieckie wymagało, aby pomagała mu ława miejska. Byli to tak zwani ławnicy (scabini). Wybierano ich spośród najbogatszych i najbardziej szanowanych mieszkańców Połańca. Byli to starsi, doświadczeni obywatele. Znali oni dobrze lokalne zwyczaje i cieszyli się zaufaniem sąsiadów.
Ława miejska była odpowiednikiem dzisiejszego sądu karnego. Zbierała się regularnie w ratuszu. Wójt przewodniczył rozprawom. Ławnicy przesłuchiwali świadków, oceniali dowody i naradzali się nad winą. Ostatecznie to oni decydowali o losie oskarżonego. Bardzo odpowiedzialna funkcja, jaką sprawowali, wymagała odwagi i stanowczości.
Z biegiem lat wójtostwo dziedziczne upadło. Stało się to na początku XV wieku. Władzę w mieście przejęła Rada Miejska z burmistrzem na czele. Wójt stał się urzędnikiem obieralnym, którego nazywano wójtem sądowym. Jego rola spadła, ale mimo to, ława miejska nadal działała. Zajmowała się teraz wyłącznie sprawami karnymi. Natomiast sprawy cywilne przejął burmistrz i radni.
Jak już wyżej napisaliśmy, posiadanie własnej szubienicy było dla miasta powodem do wielkiej dumy. Świadczy o tym niezwykła lokalna legenda. Zdarzenie to pokazuje rywalizację między sąsiadującymi miasteczkami. Opowieść ta dotyczy mieszkańców Osieka, Połańca i Sandomierza. Przywołuje ją Roman Koseła w swojej książce “Sandomierskie strony”, Warszawa 1939, nakładem Towarzystwa Wydawniczego “RÓJ”. Jest to tak zwana “osiecka prawda”. Przekazywano ją sobie z pokolenia na pokolenie jako żart, ale kryje się w niej wiele prawdy o dawnych czasach.
Zaczęło się od wielkiej pychy osieckich mieszczan. Uważali się oni za lepszych od okolicznych chłopów. Byli przecież poddanymi samego króla. Chodzili z wysoko zadartymi nosami. Nie pozwalali nawet, aby ich dzieci siedziały w szkole z dziećmi chłopskimi. Doszło do tego, że mieszczanie z Osieka wymusili nowy porządek na cmentarzu. Chłopów musiano chować na innym, gorszym katafalku. Katafalk miejski był bogaty, zdobiony pięknymi rzeźbami aniołków. Katafalk chłopski był zbijany ze starych desek.
Pewnego razu na Osieczku zmarł ubogi kmieć. Chłopski katafalk był już tak spróchniały, że całkowicie się rozsypał. Zdesperowani chłopi nie mieli wyjścia. Położyli zmarłego sąsiada na bogatym, miejskim katafalku. Gdy osieckie mieszczki przyszły do kościoła i to zobaczyły, wpadły we wściekłość. Złapały za chłopską trumnę i zrzuciły ją z impetem na bok. Trumna uderzyła o ziemię, a piękne drewniane anioły z miejskiego katafalku odpadły i się połamały.
W mieście wybuchł wielki skandal. Mężczyźni w Osieku podnieśli krzyk. Zaczęli narzekać na “babskie rządy”. Twierdzili, że przez kłótliwe kobiety diabeł zniszczył ich piękny katafalk. Domagali się ukrócenia władzy kobiet. Jednak osieckie żony nie zamierzały ustąpić. W mieście zapanowało prawdziwe piekło i ciągłe domowe awantury. Aby wyjść z twarzą, postanowiono szukać sprawiedliwości aż u samego króla w Krakowie. Posłowie pojechali, przekupili dworzan i w końcu dostali do rąk królewski dekret. Myśleli, że to rozwiąże ich problemy.
Jednak prawdziwe nieszczęście miało dopiero nadejść. Zły los chciał, że w Osieku doszło do wielkiej awantury. Biedny osiecki ślusarz pobił się z innym człowiekiem i zabił go. Prawo było jasne. Morderca musiał zapłacić grzywnę albo dać gardło. Ślusarz był tak biedny, że nie miał ani grosza. Zapadł więc surowy wyrok. Ślusarz miał zostać powieszony. Pojawił się jednak ogromny problem. Osiek nie miał własnego kata! Mieszczanie byli w kropce. Ktoś rzucił pomysł: zamknijmy jednego z naszych kowali. Mieli akurat dwóch w mieście. Wsadzili więc niewinnego kowala do zamkowego lochu, jako zastaw, po czym pożyczyli prawdziwego kata z Sandomierza. Kat przyjechał, wziął zapłatę, przygotował sznur i zapytał: “Gdzie jest wasza szubienica?”.
I tu osieczanie zbledli. Okazało się, że wielkie i dumne miasto Osiek nie posiada własnej szubienicy! Wstyd był ogromny. Szybko zwołano radę. Postanowiono wysłać posłów do sąsiedniego Połańca. Połańczanie byli znani ze swojego bogactwa i posiadali piękną, solidną szubienicę. Osieccy posłowie przybyli nad rzekę Czarną i grzecznie poprosili o pożyczenie narzędzia sprawiedliwości. Odpowiedź Połańczan przeszła do historii. Z dumną miną miejscowi spojrzeli na przybyszów. Odpowiedzieli im tak: “Niestety, mili sąsiedzi, a nasi przyjaciele! Szubienicy pożyczyć wam nie możemy, gdyż mamy ją tylko dla siebie i dla naszych dzieci!”.
Posłowie z Osieka odeszli z kwitkiem, okryci wielkim wstydem. Upokorzeni wrócili do swojego miasta. Nie mieli wyjścia. Zamiast na pięknej szubienicy, musieli powiesić nieszczęsnego ślusarza na zwykłym buczku, który rósł na środku osieckiego rynku. Ta zabawna, a zarazem makabryczna legenda idealnie pokazuje, jak ważna dla prestiżu miasta była szubienica. Była ona symbolem władzy, z którym nikt nie chciał się dzielić.
Tego typu historie były na porządku dziennym w naszym regionie. Podobna legenda krążyła o Lasocinie. Tamtejsi mieszkańcy, chcąc wybrać wójta, zawiązali oczy lokalnemu hyclowi (osobie zabijającej bezpańskie psy). Kazali mu łapać ludzi czerwoną chustką. Potem wypuścili młodego byczka z zasłoniętymi oczami. Ktoś złapał byczka za rogi i krzyknął z radością: “Mam już wójta! Mam!”. Dziedzic stwierdził, że skoro chwycił byczka, to niech będzie wójtem. Tak w Lasocinie rządził potem wójt nazywany “byczkiem” lub “psiobójcą”. Takie były uroki dawnego, pełnego zabobonów życia na prowincji.
Wróćmy jednak do Połańca i jego wspaniałej szubienicy, której tak bardzo zazdrościł Osiek. Gdzie ona dokładnie stała? Dawne dokumenty i nazwy miejscowe nie pozostawiają złudzeń. Miejsce wykonywania wyroków nosi do dzisiaj nazwę “Szubienice” lub „Pod Szubienicami”. Nazwy tego typu bardzo rzadko ulegają zatarciu w pamięci ludzi.
Szubienica znajdowała się koło dawnej osady Kraśnik na wzgórzu. Lokalizacja absolutnie nie była przypadkowa. Dawne prawo wymagało, aby szubienica była widoczna z daleka. Wzgórze to górowało nad bardzo ważną drogą, jaką był stary trakt handlowy z Połańca do Krakowa. Droga ta wiodła przez wieś Zdzieci.
Każdy wóz kupiecki musiał tamtędy przejechać. Każdy podróżny musiał na nią spojrzeć. Widok był przerażający. Wiszące ciała skazańców zostawiano na sznurach przez wiele dni, a czasem tygodni. Ptaki rozdziobywały zwłoki. Wiatr kołysał ciałami. Smród był nie do zniesienia. Taki był jednak cel. Miało to zszokować i przerazić. Była to drastyczna metoda prewencji kryminalnej.
Każdy zbir czy rzezimieszek, widząc ten obraz, dwa razy zastanowił się przed kradzieżą. Szubienica była jak wielki, makabryczny znak drogowy. Głosił on: “Tutaj rządzi surowe prawo miejskie. Tutaj nie ma litości dla przestępców”. W ten sposób rajcy połanieccy dbali o bezpieczeństwo swoich kupców i mieszkańców. Szubienica chroniła bogactwo miasta.

Wykonanie wyroku śmierci było w małym mieście ogromnym problemem. Dawny Połaniec miał prawo karać zbrodniarzy. Jednak teoria to jedno, a brutalna praktyka to zupełnie co innego. Jak radzono sobie z tym na co dzień? Zawód kata dawał duże pieniądze. Taki specjalista miał zawsze pewny dochód. Ludzie jednak bardzo nim gardzili. Uważano go za człowieka “nieczystego”. Musiał nosić dziwny strój i mieszkać poza murami miasta. Żaden szanujący się obywatel nie chciał z nim usiąść do jednego stołu.
Połaniec nie miał swojego kata na stałe. Utrzymanie go kosztowało po prostu za dużo. Kiedy zapadał wyrok, miasto musiało pożyczać fachowca. Najczęściej ściągano go z sąsiedniego Sandomierza. To rodziło jednak ogromne koszty. Z kasy miejskiej opłacano podróż, jedzenie, nocleg w odosobnieniu i samą pracę.
Kary śmierci były różne. Szlachtę ścinano mieczem. Powieszenie było karą dla pospolitych złodziei i morderców. Była to śmierć bardzo hańbiąca. Zła sława spadała nie tylko na skazańca. Dotykała też tych, którzy budowali szubienicę. Zwykły stolarz czy cieśla w mieście nie chciał tego robić. Bał się, że straci dobre imię. Za taką pracę od razu wyrzucano z cechu. Oznaczało to koniec kariery zawodowej i finansową ruinę dla całej rodziny.
Miejscowa opowieść mówi o losowaniu “kata na jeden dzień”. Ślepy los miał decydować, kto wykona wyrok. Mógł to być miejscowy piekarz, stolarz albo rzeźnik. Zwykły obywatel musiał zostawić swoją pracę i powiesić skazańca. Odmowa rzekomo groziła wyrzuceniem z miasta. Ten system brzmi bardzo sprytnie. Psychologicznie przerzuca winę z jednego człowieka na całą grupę. Prawda jest jednak inna. Z historycznego punktu widzenia to tylko miejski mit. Rzemieślnicy nigdy by się na to nie zgodzili. Próba wprowadzenia takiego losowania wywołałaby w mieście natychmiastowy bunt.
Jak więc rzeczywiście radzono sobie z tym problemem? Stosowano zasadę pracy zbiorowej. Radni zmuszali do pracy wszystkich rzemieślników naraz. Szubienicę budowali po trochu wszyscy mistrzowie w mieście. Każdy musiał podać deskę lub wbić chociaż jeden gwóźdź. Hańba rozkładała się na całą społeczność. W efekcie nikt nie tracił twarzy.
A co z samą egzekucją? Kto ostatecznie zakładał sznur na szyję? Tu władze miasta też miały swój brutalny sposób. Najczęściej zmuszano do tego innego więźnia. Obiecywano mu wolność i darowanie win. Musiał “tylko” powiesić kolegę z celi. Czasami wykorzystywano też miejskich włóczęgów i żebraków. Oni żyli na samym dnie społecznym i nie mieli już absolutnie nic do stracenia.
Zanim sprawa trafiła przed wójta i szubienicę, często rozwiązywano ją niżej. Bardzo ważną rolę w sądownictwie odgrywały cechy rzemieślnicze. Były to organizacje skupiające ludzi jednego zawodu. Szewcy trzymali z szewcami, krawcy z krawcami. Cech to nie była tylko grupa zawodowa, a prawdziwa rodzina i jednocześnie surowy sąd polubowny.
Cechy posiadały własne statuty tj. to zbiory praw, których musiał przestrzegać każdy członek. Za złamanie regulaminu groziły kary. Doskonale pokazuje to dokument cechu krawieckiego w Połańcu z 1729 roku. Został on zatwierdzony przez burmistrza Antoniego Bogdana. Dokument ten jest bardzo dokładny. Opisuje, co musiał zrobić młody chłopiec, aby wejść do cechu. Musiał wpłacić 12 groszy do skrzynki. Musiał postawić starszym braciom sześć garnców piwa. Musiał też dać cztery funty wosku na świece do kościoła. Awans na mistrza był jeszcze droższy. Kosztował dwie beczki piwa i dwanaście funtów wosku.
Co działo się, gdy ktoś łamał te zasady? Cechmistrzowie mieli prawo go sądzić. Kary nie były jednak cielesne. Najczęściej uderzały po kieszeni. Dokument mówi wprost: jeśli ktoś się sprzeciwia władzy cechu, musi oddać jako karę sześć funtów wosku. Wosk był wtedy bardzo drogi. Taka kara mocno bolała.
Cech pełnił też rolę straży gospodarczej. Ścigał obcych handlarzy, którzy psuli rynek. Prawo zakazywało obcym i Żydom handlować pewnymi towarami na połanieckich jarmarkach bez zgody cechu. Jeśli kogoś złapano na takim procederze, cech miał prawo skonfiskować mu cały towar. Była to bezwzględna metoda obrony własnych interesów finansowych bez angażowania sądu miejskiego.
Dlaczego Połaniec potrzebował tak surowego prawa? Odpowiedź jest prosta. Miasto to było przez długi czas niezwykle bogate. A tam, gdzie jest bogactwo, zawsze pojawiają się złodzieje. Kluczem do potęgi Połańca były rzeki. Miasto leżało nad spławną Wisłą, u ujścia rzeki Czarnej.
Wiek XVI i początek XVII to złoty czas dla Połańca. Rzeką płynęły towary na cały świat. Połańczanie spławiali do Gdańska drewno, zboże, miód i wosk. Ogromne zyski przynosił handel popiołem. W 1537 roku wysłano stąd na Śląsk aż 510 łasztów popiołu. Był to wielki biznes. W mieście handlowano też bydłem. Do Połańca pędzono wielkie stada wołów aż z odległej Mołdawii, Ukrainy i Wołynia. Zwierzęta te sprzedawano potem do Niemiec. Na te zyskowne transakcje zjeżdżali się kupcy z całej Europy. W 1582 roku przez komorę we Wrocławiu przeszło 823 połanieckich wołów.
Gdzie spotykali się kupcy? Na jarmarkach. Królowie bardzo dbali o Połaniec. Zygmunt I Stary dał miastu trzy jarmarki: na Zielone Świątki, na św. Małgorzatę i na św. Katarzynę. Mieszczanie handlowali też w każdy poniedziałek. Później Zygmunt III Waza dołożył jarmark na św. Jadwigę (1593) i na św. Kazimierza (1632).
W takich tłumach roiło się od przestępców. Wszak sakiewki były pełne złotych monet. Kieszonkowcy mieli więc ułatwione zadanie. Koniokradzi kradli wierzchowce. Oszuści podmieniali towary. Pijackie burdy na targowicy często kończyły się rozlewem krwi. Ława miejska pracowała bez wytchnienia. Szubienica koło Kraśnika rzadko stała pusta.
Przez miasto biegł też ważny szlak celny. Połaniec posiadał komorę celną od XIV wieku. Zatrzymywano tu statki płynące Wisłą. Pobierano cło mostowe. Czasem rodziło to konflikty. W 1559 roku mieszczanie z Sandomierza pozwali kupców połanieckich przed sąd króla Zygmunta Augusta. Poszło o handel solą. Sandomierz miał do tego wyłączne prawo (prawo składu). Połańczanie to ignorowali i wozili sól sami. Król wydał wyrok i nakazał Połańcowi szanować prawa Sandomierza.
Złoty wiek musiał się jednak skończyć. W XVII wieku na Polskę spadły straszliwe klęski. Gdy w mieście pojawia się wojsko, prawo miejskie przestaje obowiązywać. Żołnierze nie boją się miejskiej szubienicy. Mają własną broń i gardzą cywilami. Pierwszy cios spadł w 1606 roku. Wybuchł wtedy bunt szlachty przeciwko królowi, znany jako rokosz Zebrzydowskiego. Zbuntowane wojska zebrały się pod Koprzywnicą. Stamtąd rozlały się po całej okolicy. Uzbrojeni rokoszanie wpadli do Połańca. Zaczęła się straszliwa grabież. Sąd miejski był całkowicie bezradny. Złodzieje byli silniejsi od sędziów.
Sytuacja była tak zła, że po buncie do miasta musieli przyjechać królewscy rewizorzy. Spisali oni wszystkie straty. Sporządzony przez nich dokument to szokujący dowód upadku prawa w czasie wojny. Lustratorzy w 1606 roku dokładnie policzyli, co ukradli żołnierze z samego tylko Połańca.
Żołnierze nie mieli litości. Rozbijali skrzynie w domach. Kradli wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Kradli też z miejskiego folwarku. Wyrywali pnie z pszczołami. Spuszczali wodę z miejskich stawów, żeby wyłapać wszystkie ryby. Rewizorzy zapisali w aktach krótkie, ale straszne zdanie: “Ludzi bito i insze despecti czyniono”.
To jednak nie był koniec. W 1657 roku na miasto napadł książę Siedmiogrodu, Jerzy Rakoczy. Jego wojska były wspierane przez Kozaków. Byli oni znani z wielkiego okrucieństwa. W Połańcu urządzili prawdziwą rzeź. Palili ludzi żywcem, oblewali smołą, gwałcili kobiety i nabijali ofiary na pale. Połaniec został całkowicie splądrowany. Prawie 75 procent domów zrównano z ziemią.
W takich chwilach prawo stanowione przestało istnieć. Prawa używał ten, kto miał w ręku miecz. Polski dowódca, Stefan Czarniecki, napisał nawet z obozu pod Połańcem specjalny uniwersał. Pozwalał w nim okolicznym chłopom i mieszczanom organizować własne oddziały. Zachęcał ich do bezlitosnego mordowania i łapania uciekających żołnierzy wroga. Była to otwarta zachęta do samosądów. Zdesperowani i okradzeni cywile chwytali za widły i kosy, mszcząc się za swoje krzywdy na każdym złapanym najeźdźcy.
W czasach pokoju miasto również miało problemy z egzekwowaniem prawa. Wielkim utrapieniem dla ławy miejskiej i burmistrza były tak zwane jurydyki. Co to takiego było? Były to prywatne osiedla i domy, które szlachta lub duchowieństwo budowali na obrzeżach miasta, często na gruntach miejskich.
Dlaczego stanowiły one problem? Ponieważ jurydyki były całkowicie wyłączone spod władzy burmistrza i sądu miejskiego. Szlachcic, który zbudował spichlerz nad Wisłą w Połańcu, nie płacił miastu żadnych podatków. Jego pracownicy nie podlegali miejskiemu prawu. Jeśli sługa szlachcica pobił się z mieszczaninem na połanieckim rynku, straż miejska nie mogła go aresztować i postawić przed wójtem.
Na przedmieściach Połańca roiło się od takich wyjętych spod prawa posiadłości. Szlachta chciała brać udział w zyskownym handlu na Wiśle, ale nie chciała płacić miastu cła. W 1780 roku zapisano, że nad rzeką stoją prywatne dworki i spichlerze Ożarowskiej, Skąpskiego, wojewody Sołtyka czy potężnego księcia Czartoryskiego.
Mieszczanie połanieccy często składali skargi do króla. Niestety, rzadko coś wygrywali. Sprawy przeciwko szlachcie trafiały do sądów ziemskich lub grodzkich. Sędziami byli tam inni szlachcice. Brali oni zawsze stronę swojego kolegi. Biedny mieszczanin wychodził z sądu z niczym. Te prywatne enklawy bardzo niszczyły porządek w mieście. Tworzyły grupy ludzi, dla których połaniecka szubienica nie stanowiła żadnego zagrożenia. Psuło to autorytet władzy i uczyło braku szacunku do prawa.
Ostateczny cios dla dawnego systemu sprawiedliwości przyszedł z zewnątrz. Polska straciła niepodległość. Pod koniec XVIII wieku Połaniec znalazł się pod zaborem austriackim. Potem trafił do Księstwa Warszawskiego, a w 1815 roku do zaboru rosyjskiego, jako część Królestwa Polskiego.
Zaborcy wprowadzili własne, obce prawo. Opierało się ono na Kodeksie Napoleona. Dawna ława miejska została na zawsze zlikwidowana. Zniknął wójt sądowy. Miejscowi obywatele stracili prawo do sądzenia swoich sąsiadów. Sprawy kryminalne zabrano z Połańca. Rozpatrywał je teraz sąd w stolicy województwa. Drobne kradzieże sądził tak zwany sąd pokoju, znajdujący się w mieście powiatowym (np. w Staszowie lub Sandomierzu). Połaniec przestał być samowystarczalny.
Jednak władza państwowa musiała kogoś zostawić na miejscu. Władzę tę oddano burmistrzom. Burmistrzowie nie byli już jednak wybierani przez radę miejską. Byli nominowani przez rząd. Bardzo często przysyłano ludzi z zewnątrz, obcych dla miejscowej ludności. Taki burmistrz skupiał w swoim ręku pełną władzę administracyjną i policyjną. Mógł karać za drobne “przestępstwa policyjne”. Brak kontroli społecznej szybko prowadził do ogromnych nadużyć.
Najlepszym i najmroczniejszym przykładem patologii władzy w epoce zaborów jest historia Wincentego Puchackiego. Przybył on do Połańca na początku XIX wieku jako nowy, narzucony burmistrz. Szybko zapomniał, że ma służyć miastu. Zaczął wykorzystywać urząd do dręczenia ludzi i bogacenia się.
Puchacki czuł się w pełni bezkarny. Zachowywał się jak mały dyktator. Mieszkańcy Połańca mieli go dość. Pisali na niego liczne skargi. Byli tak zdesperowani, że uciekali się do samosądów. Z nienawiści do tyrana, jacyś ludzie aż cztery razy podpalali jego dom. Niestety, przy okazji ogień przeniósł się na kilkanaście sąsiednich budynków i zniszczył dużą część miasta.
Dopiero w 1817 roku sprawą zajęła się Komisja Województwa Sandomierskiego. Przeprowadzono śledztwo. Lista udowodnionych zbrodni burmistrza Puchackiego jest długa i przerażająca. Aresztował przejeżdżającego oficera polskiego. Za rzekomą obrazę słowną kazał zakuć go w kajdany jak pospolitego bandytę. Ukradł jedzenie przeznaczone dla wojska. Produkty sprzedał, a zarobione pieniądze schował do własnej kieszeni. Włamał się do miejskiej zsypki i ukradł trzy korce owsa. Za zwykłe, drobne przewinienie w kancelarii, uwięził obywatela Walentego Łukaszka. Zamknął go w brudnym chlewie razem ze swoimi świniami. Zimą zmusił innego mieszkańca do pilnowania swojego prywatnego stada bez żadnej zapłaty. Wtrącił uczciwego mieszkańca Pawła Kozłowskiego do małej celi, zamykając go razem z pospolitym złodziejem.
Sprawiedliwość jednak dopadła nieuczciwego burmistrza. Po zakończeniu postępowania karno-administracyjnego burmistrz Puchacki został pozbawiony stanowiska, a zagarnięte przez niego środki finansowe i mienie zostały odzyskane. Obowiązki burmistrza tymczasowo przejał Andrzej Fryben. Historia Puchackiego była smutnym obrazem tego, co dzieje się, gdy odbierze się miastu jego dawne, wypracowane przez wieki sądy. Dawna ława miejska, choć surowa, składała się z miejscowych ludzi. Narzucony z zewnątrz urzędnik traktował miasto jak swój prywatny folwark.
Zanim jednak Połaniec całkowicie utracił swoją rangę i prawo, stał się areną wydarzeń historycznych o znaczeniu narodowym. Był rok 1794. W Polsce wybuchło powstanie przeciwko zaborcom. Na jego czele stanął Tadeusz Kościuszko. Jego armia założyła wielki obóz warowny pod Połańcem. Między 5 a 19 maja obóz blokowały przez wojska rosyjskie.
7 maja 1794 roku, Kościuszko wydał dokument zwany Uniwersałem Połanieckim. Dokument był rewolucją w polskim prawie. Wcześniej polski chłop był całkowitą własnością swojego pana. Szlachcic mógł chłopa sądzić, karać, a nawet zabić, nie ponosząc za to wielkiej kary. Kościuszko chciał to zmienić.
Uniwersał brał lud wiejski pod “skuteczną opiekę rządową”. Oznaczało to, że chłop stawał się obywatelem państwa. Państwo, a nie szlachcic, miało gwarantować mu bezpieczeństwo. Kościuszko powołał specjalne instytucje, tak zwane dozory. Na ich czele stali dozorcy. Mieli oni pełnić rolę nowych sędziów na wsi. Mieli odbierać skargi od chłopów i rozsądzać spory z dworem. W razie potrzeby sprawa mogła trafić wyżej, do Komisji Porządkowej. Pojawiły się nawet pomysły, bardzo radykalne jak na tamte czasy, aby wprowadzić chłopów bezpośrednio do składu komisji sędziowskich.
Uniwersał zawierał też twarde zasady porządkowe. Z jednej strony bronił chłopów, z drugiej ostrzegał ich przed buntami i włóczęgostwem. Kto siał niepokój, miał być natychmiast wyłapany i oddany do robót publicznych. Pomysły te były wspaniałe, ale niestety trudne do zrealizowania. Powstanie wkrótce upadło. Wielka reforma sądownictwa Kościuszki pozostała jedynie na papierze. Była jednak ważnym testamentem dla przyszłych pokoleń Polaków.
Wiek XIX nie był dla Połańca łaskawy. Rozwój demograficzny miasta hamowały kolejne epidemie cholery oraz liczne pożary. Największy cios nadszedł po upadku Powstania Styczniowego. Władze carskie wydały w 1869 roku decyzję (wchodzącą w życie rok później), która ostatecznie przekreśliła wielowiekową historię Połańca. Miasto utraciło prawa miejskie. Zostało zdegradowane do rangi zwykłej osady, siedziby gminy wiejskiej.
I niestety to był ostateczny koniec dawnego prawa. Wraz z urzędem zniknęła dawna duma. Połaniecka szubienica, która kiedyś odstraszała złodziei i budziła zazdrość mieszkańców sąsiedniego Osieka, z czasem zgniła i rozsypała się w proch. Została po niej tylko nazwa miejsca.
Wielkie pożary, jak ten z 1889 roku, dokończyły dzieła zniszczenia. W płomieniach spłonął stary, piękny kościół i bezcenne kościelne archiwum. Przepadły z dymem dokumenty starych cechów rzemieślniczych. Przepadły zapiski dawnych sędziów. Połaniec musiał czekać ponad sto lat, aby w 1980 roku znów odzyskać swój status miasta i dawną godność.
Dzisiaj po miejskich katach, ławnikach i złodziejach nie ma już śladu. Zostały nam tylko stare karty pergaminów. Została legenda o upartych Połańczanach, którzy nie chcieli pożyczyć sąsiadom stryczka dla ślusarza. Została fascynująca historia osady, która uczy, że bez surowego, ale sprawiedliwego prawa, każda społeczność szybko pogrąża się w chaosie.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!





