
W archiwach historii naszej miejscowości zdarzają się przypadki, w które aż trudno uwierzyć, gdyby nie fakt, że zostały opatrzone urzędowymi pieczęciami i przede wszystkim zarchiwizowane w gazetach. W nowym roku, w spotkaniu z archiwaliami przenosimy się do roku 1954. A były tu trudne czasy, w których „papierek był rzeczą świętą”. Pewna panna rodem z Połańca dowiedziała się z oficjalnego dokumentu, że… od dwóch lat jest mężatką. Problem w tym, że swojego „męża” nigdy nie widziała na oczy, a w miejscowości, w której rzekomo brała ślub, nigdy nie postawiła stopy.

yobraźcie sobie Państwo taką oto sytuację. Kończy się Wam ważność starego dowodu osobistego i co naturalne staracie się o wyrobienie nowego dowodu osobistego. W otrzymanym z Urzędu Stanu Cywilnego w Połańcu odpisie metryki nagle przecieracie oczy ze zdumienia. Na akcie widnieje dopisek o zawarciu małżeństwa z tajemniczym Piotrem K.
Tak właśnie zaczęła się historia obywatelki Mieczysławy “Iks” (dane ukryła ówczesna redakcja). I wydawać by się mogło, że cała sytuacja wydawać się mogła zabawną pomyłką. Jednak nic bardziej mylnego. Problem szybko stał się dramatem rodzinnym i urzędową matnią. Dziś, z perspektywy czasu, historia ta spisana przed laty przez redaktora Antoniego Stankusza na łamach „Słowa Ludu” przedrukowana z „Gazety Robotniczej” bawi i zdumiewa. No bo jak w XXI w. w skomputeryzowanym świecie mogłoby dojść do takiej sytuacji? Jest ona jednak przede wszystkim doskonałym portretem epoki, w której człowiek był tylko dodatkiem do sygnatury, a walka z systemem przypominała gonienie własnego ogona.
Zapraszam do lektury krótkiego reportażu o tym, jak w 1954 roku w Połańcu i Przemkowie zaczarowane koło biurokracji uwięziło niewinną kobietę, p. Mieczysławę w niechcianym małżeństwie.
Gdybyście wy mi to opowiadali, chyba bym nie uwierzył, ale że sam widziałem pokaźny plik akt, pieczątek, podpisy, dopiski na marginesach, liczby dziennika – słowem wszystko, co każdy porządny biurokrata uważa za jedynie godne szacunku na tym świecie – nie miałem innego wyjścia, niż uwierzyć. Stało na papierku a papierek, jak wiadomo święta rzecz.
Zanim opiszę wam dzieje obywatelki Mieczysławy Iks (nazwisko przez zrozumiałą dyskrecję zatajam), zanotowanej w Urzędzie Stanu Cywilnego w Połańcu, pow. Sandomierz pod numerem 25/922, muszę nadmienić, że niejedna na jej miejscu, zwłaszcza z niezamężnych panien w wieku, jak powiada Wiech, trolejbusowym (a nawet trochę młodsze), przyjęłaby ten przypadek jako upragniony i szczęśliwy zbieg okoliczności. Ale popadło akurat na obywatelkę Mieczysławę Iks. Nie muszę przypominać, wiecie lepiej ode mnie, jak to kobietom trudno jest dogodzić. Ob. Mieczysława Iks, chociaż jest panną (w sekrecie powiem wam: jeszcze nie dość młodą i jak na mój gust, wcale wcale…), nie tylko nie przyjęła okazji stworzonej przez los (czytaj przez biurokratę), ale od marca br. kategorycznie domaga się sprostowania pomyłki. Cóż, lidzie miewają swoje “widzi mi się”.
Zaczęło się od tego, że panna Mieczysława Iks chciała mieć dowód osobisty. Żeby mieć dowód – trzeba złożyć w BDO (Biuro Dowodów Osobistych) wyciąg z aktu urodzenia (po polsku – metryka). A że urodziła się w Połańcu – napisała do tamtejszego USC (Urząd Stanu Cywilnego) o wydanie jej właśnie SWAU (skróconego wyciągu z aktu urodzenia).
Minęło parę tygodni. Wyciąg przyszedł. Jedno tylko było w nim zaskakujące – na marginesie jak wół stał dopisek: zawarła związek małżeński z Piotrem K. dnia 14 sierpnia 1952 r. w Przemkowie. Pieczątka. Numer aktu. Podpis.
Jak daleko ob. Mieczysława Iks sięgała pamięcią wstecz – nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek zawierała związki małżeńskie. Piotra K. nie znała. Pierwszy raz słyszy to nazwisko. W Przemkowie pow. Szprotawa nigdy nie była. Uczciwie siedzi i pracuje we Wrocławiu.
Na dodatek nie wiadomo, kto to jest ten Piotr K. Stary czy młody, przystojny czy zdeformowany, pijak czy katolik, co z niego za mężczyzna itp. Dość na tym, że ob. Mieczysława Iks złożyła odwołanie i odmówiła przyjęcia dowodu wypisanego na jej imię, a na nazwisko domniemanego męża.
Tymczasem w domu awantura. Ojciec i matka zgodnie przystąpili do natarcia. – Siwych włosów nie szanujesz! Tyle to wdzięczności od własnych dzieci na stare lata! Wyszłaś za mąż w tajemnicy przed matką i ojcem! I matka w płacz. A ojciec zamknięty w pokoju jak na głos przypominać sobie zaczął co najbardziej atrakcyjniejsze wiązanki piętrowych przekleństw. Po czym oboje zgodnie wyklęli wyrodną córkę.
W USC (Urzędzie Stanu Cywilnego) w Połańcu. Może to i pomyłka. Może pani rzeczywiście nie ożeniła się z Piotrem K. Co nas to obchodzi?! My mamy pisemko z Przemkowa. W pisemku wprawnie nie pisze wyraźnie, że Piotr K. zawarł związek małżeński z Mieczysławą Iks, powiedziano tylko, że wziął ślub z osobą, która przedstawiła wyciąg z aktu urodzenia sporządzonego w Połańcu pod liczbą dziennika 25/922. A 25/022 to właśnie obywatelka Mieczysława Iks. Cóż my możemy na to poradzić? Niech Przemków przyśle sprostowanie.
Dochodzenie zaczęła prowadzić milicja. Stwierdzono, że w Przemkowie sam akt ślubu sporządzony został prawidłowo. Ślub zawarł Piotr K. z Filipiną J., która przedstawiła wyciąg z aktu urodzenia z Połańca Nr 125/922. Urzędnik wysyłający do Połańca pisemko, przegapił jedynkę. Stąd wziął się błąd.
Kiedy jednak prowadzący dochodzenie milicjant zwrócił się do USC w Przemkowie o sprostowanie, powiedziano mu: – Niech do nas w tej sprawie napisze Połaniec. Inaczej nie mamy podstawy. Musi być pisemko.
W BDO (Biurze Dowodów Osobistych) we Wrocławiu mają już wprawdzie raport w sprawie ob. Mieczysławy Iks. Wierzą, że nastąpił pomyłka, ale dowodu na jej własne nazwisko wydać nie mogą, dopóki Połaniec nie anuluje dopisku na marginesie. Muszą mieć podstawę. Pisemko. A Połaniec nie anuluje dopisku na marginesie, dopóki Przemków nie przyśle sprostowania. A Przemków nie przyśle sprostowania, nim Połaniec nie zwróci się o to na piśmie. Połaniec zaś nie zwróci się o to na piśmie, nim nie dostanie pisemka z BDO we Wrocławiu. Muszą mieć podstawę. Zaczarowane koło biurokracji toczy się. Wszyscy wiedza, że zaszła pomyłka, ale dokąd nie ma papierka i pieczątki – żadna siła nie wyjaśni nieporozumień. Zabawa trwa już pół roku, a końca nie widać. A obywatelka Mieczysława Iks czeka cierpliwie. Gdyby teraz rzeczywiście chciała wziąć ślub – nie może. A ma podobno narzeczonego, który powiada: – wpierw weź rozwód z tym Piotrem K. później pogadamy.
Urzędnik z Przemkowa na pewno jest żonaty. Przypadku chodzą po ludziach. Pomyślmy, co by było, gdyby ktoś przez pomyłkę dopisał w jego aktach, że zawarł on związek małżeński po raz drugi?
Łatwo się domyśleć: zostałby oskarżony o bigamię, dostałby wyrok, posiedziałby kilka lat, później jego własna rzeczywista żona, powołując się na wyrok sądowy wzięłaby z nim rozwód i to wszystko nim urzędnicy USC zdołaliby wyjaśnić pomyłkę.
Pamiętajmy bo tym wszyscy: biurokracja to kij, który ma dwa końce!
Przemków stanie się sławny. Już widzę tysiące oczu niewieścich z nadzieją lub trwogą patrzących w tamtym kierunku: nuż znowu się ktoś pomyli i dowiedzą się, że dobrze wyszły za mąż? Emocja jak na najlepszych zawodach żużlowych…
Antoni Stankusz.
(przedruk z „Gazety Robotniczej)
Historia pani Mieczysławy „X”, może powinienem napisać w zgodzie z dawną epoką – obywatelki – z naszego punktu widzenia to humorystyczna anegdota w starej zarchiwizowanej gazecie. Ot zwykły „czeski błąd”. Ale w tamtej epoce był to przejmujący dowód na to, jak w starciu z machiną papierkową jednostka staje się bezsilna. W latach 50. XX wieku, świecie, gdzie urzędnicze „pisemko” i „podstawa” ważyły więcej niż słowo honoru czy oczywista prawda, panna Mieczysława utknęła w próżni. Nie będąc mężatką, nie mogła być w pełni panną, a jej prawo do własnego nazwiska zależało od tego, który z urzędników pierwszy przełamie impas i chwyci za pióro.
W 1954 roku „zaczarowane koło” między Połańcem, Przemkowem a Wrocławiem toczyło się powoli. Niestety nie mam wiedzy jak potoczyły się dalej losy naszej krajanki. Archiwa milczą o finale tej konkretnej sprawy, albo do nich jeszcze nie dotarliśmy. Finał spraw opisywanych przez red. Stankusza zazwyczaj był pomyślny. Można przypuszczać, że dzięki interwencji redakcyjnej i nagłośnieniu sprawy, mechanizmy państwowe zadziałały. Możliwe, że włączyła się prokuratora naprawiając ostatecznie błąd. W tamtym systemie publiczne napiętnowanie urzędniczej bezduszności w prasie często było jedynym sposobem na przecięcie biurokratycznego węzła gordyjskiego.
W każdym bądź razie lekcja płynąca z tekstu redaktora Antoniego Stankusza wybitnego dziennikarza związanego z powojennym Wrocławiem i „Słowem Polskim” pozostaje aktualna. Dziś, w dobie cyfryzacji i wszechobecnych rodzących się jak grzyby po deszczu systemów informatycznych, błąd jednej cyfry w numerze PESEL mógłby zostać naprawiony kilkoma kliknięciami. Zaczarowane koło już nie kręci się między papierowymi kartotekami w Połańcu, Przemkowie czy Wrocławiu, ale może ono ugrzęznąć w algorytmach bankowych czy błędnych wpisach w bazach dłużników, gdzie system „wie lepiej” niż żywy człowiek. O współczesnym braku w dostawie prądu i konsekwencjach, jakie za tym idą nie wspomnę.
A może w Państwa rodzinnych archiwach lub pamięci starszych domowników zachowały się podobne historie o absurdach dawnej biurokracji? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach lub napiszcie do naszej redakcji. Wszystkiego najlepszego w nowym roku!







