
Lato znów puka do naszych drzwi. Dni są teraz bardzo długie, a noce stają się ciepłe i jasne. Zatem to idealny czas na snucie starych opowieści. W kalendarzu zbliża się data szczególna, czas letniego przesilenia.
📌 W SKRÓCIE:


łaśnie wtedy słońce świeci najdłużej w całym roku. Przyroda budzi się do pełni życia. Ożywają też wtedy najstarsze legendy naszych dziadków. Połaniec to miasto wyjątkowe i unikalne, chyba nie musimy przypominać. Leży w bardzo ważnym geograficznie miejscu.
Rzeka Czarna spotyka się tu z królową polskich rzek Wisłą. Taki układ rzek sprzyjał powstawaniu dawnych wierzeń. Od setek lat woda i ogień tworzą u nas piękny spektakl. Dzisiejszy artykuł będzie naszą wspólną podróżą w czasie. Odkryjemy w nim tajemnice Nocy Świętojańskiej. Zobaczymy, jak dawniej bawił się lud w naszych stronach. Prześledzimy, jak ta dawna tradycja przetrwała do dziś. Zapraszamy do lektury. Będzie to prosta opowieść o naszej Ziemi Połanieckiej i historii związanej z ludowym słowiańskim świętem letniego przesilenia.
Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy i opowiemy o samej nocy świętojańskiej, musimy poznać miejsce akcji. Historia Połańca jest bardzo długa. Zaczyna się wiele wieków temu. Pierwsi ludzie żyli tu już w epoce kamienia. Rzeki były wtedy najlepszymi drogami. Wisła była prawdziwą autostradą tamtych czasów. Połaniec leżał na ważnym szlaku z Krakowa do Sandomierza i dalej na Ruś.
Najstarsza osada nie leżała jednak tam, gdzie dzisiejszy rynek. Znajdowała się na Winnej Górze, bardzo wysokiej i stromej skarpie. Wisiała ona wręcz nad samą rzeką Wisłą. Takie miejsce było idealne do obrony. Dawało też wspaniały widok na całą okolicę. Mogliśmy z góry wypatrywać wrogów i kupców.
Z Winnej Góry pochodzi pewna ciekawa legenda, jedna z kilku, które znamy. Tłumaczy ona nazwę naszego miasta. Dawno temu tereny te porastały wielkie, gęste lasy. Pełno w nich było dzikich zwierząt. Żyli tu ciężko pracujący drwale. Pewnego dnia przyszło tu dwóch obcych wędrowców. Szukali oni miejsca do założenia nowej osady. Byli to rolnicy szukający odpowiednio dobrych ziem pod uprawę. Jeden z nich rozejrzał się dookoła. Zobaczył tylko wielkie drzewa. Powiedział ze smutkiem: “Pola nic, same lasy i bory. To nie dla nas”. Drwale usłyszeli te słowa, że bardzo szanowali swój las, postanowili więc nazwać swoją osadę “Polanic”. Z biegiem lat nazwa ta zmieniła się w znany nam dziś Połaniec.
Na Winnej Górze stanął pierwszy kościół w okolicy. Nosił on wezwanie świętej Katarzyny, patronki młynarzy i filozofów. Drewniana świątynia powstała prawdopodobnie około 1000 roku. Ufundować ją miał sam król Bolesław Chrobry (967-1025). Jan Długosz (1415-1480) wspomniał o tym kościele w swoich kronikach pod rokiem 1191. Rok ten uznajemy za początek naszego miasta. W 1264 roku książę Bolesław Wstydliwy (1226-1279) dał Połańcowi prawa miejskie.
Połaniec na Winnej Górze rozwijał się dobrze. Miał jednak strasznego wroga i nie byli to wcale źli rycerze. Największym zagrożeniem była sama natura, a dokładnie rzecz biorąc Wisła, dzika i bardzo niebezpieczna rzeka. Nie miała wałów. Zimą często skuwał ją gruby lód. Wiosną z kolei przychodziły nagłe roztopy. Na rzece tworzyły się wtedy potężne zatory lodowe. Woda nie mogła płynąć, a jej poziom szybko rósł.
Taka sytuacja doprowadziła w końcu do wielkiej tragedii. Woda zalała niższe tereny. Nurt rzeki zaczął też mocno podmywać Winną Górę. Stroma skarpa zaczęła się nagle osuwać. Ziemia wpadała do rwącej wody, a drewniane domy spadały w przepaść. Z dawnych zapisków wiemy, że rzeka zabrała wtedy aż 144 domy. Ludzie stracili wówczas dorobek całego życia. Nawet sam kościół św. Katarzyny znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie.
Z pomocą przyszedł król Kazimierz Wielki (1310-1370). Panował on w XIV wieku. Król zobaczył tragedię Połańca i nie zastanawiając sie długo, podjął bardzo ważną decyzję. Postanowił przenieść całe miasto w nowe, bezpieczne miejsce. Wybrał w tym celu płaską i rozległą dolinę rzeki Czarnej. Tam woda nie była aż tak groźna, jak w pierwotnym miejscu. I w ten oto sposób nowy Połaniec zyskał duży rynek i równe ulice. Król ufundował też dla mieszkańców zupełnie nowy kościół pw. św. Marcina Biskupa. Stara świątynia na Winnej Górze z czasem popadła w ruinę. W 1786 roku trzeba było ją rozebrać. Dziś nie ma już poniej śladu, a o jej istnieniu przypomina kamień okolicznościowy z pamiątkową tablicą z inskrypcjami i metalowym krzyżem.
Mówimy dużo o rzekach. Warto więc przypomnieć jeszcze jedną ciekawą legendę, której autorką jest pani Hanna Zdzitowiecka. Opowiada ona o powstaniu Wisły. Wierzono dawniej, że rzeki to żywe istoty. Według podań, na południu w górach żył król Beskid. Miał on żonę o imieniu Borana. Para ta miała piękne córki. Jedna z nich nazywała się Białka. Była wesoła i bardzo żywa. Druga miała na imię Czarnocha. Była poważna i cicha.
Pewnego dnia siostry postanowiły iść w świat. Zeszły z wysokich gór w doliny. Ich śladem podążyła górska woda. Siostry spotkały na swojej drodze rycerza Czantora. Czantor był wykuty z kamienia. Rycerzowi bardzo spodobały się siostry. Chciał je zatrzymać na zawsze w swojej krainie. Ziemia jednak kazała mu je puścić dalej. Rycerz poradził więc siostrom jedną rzecz. Kazał im wysłać przodem jedną falę na zwiady. Siostry tak zrobiły.
Wypuściły do przodu nową falę. Nazwały ją “Wyszła”. Fala ta płynęła długo przez pola i lasy docierając pod sam Kraków. Tam przestraszyła złego smoka wawelskiego. Płynęła dalej na północ. W końcu dotarła do ogromnego morza. Zmieszała się z jego słoną wodą i nigdy już nie wróciła do sióstr. Białka i Czarnocha płakały za nią i słały kolejne fale. Z tych potężnych fal powstała rzeka Wisła. Została ona z nami do dziś. Płynie również przez nasz Połaniec.
Przejdźmy teraz do naszego głównego tematu. Rzeki i lasy były tłem dla dawnych, ludowych świąt. Nasi słowiańscy przodkowie żyli blisko natury. Obserwowali słońce i księżyc. Zima była dla nich bardzo ciężka, ponieważ brakowało jedzenia. Było ciemno i mroźno. Dlatego też nadejście lata witało się z ogromną radością.
Najkrótsza noc w roku była powodem do świętowania. Nazywano ją Nocą Kupały lub Sobótką. Nazwa ta pochodzi podobno od słowa oznaczającego gromadę lub kąpania się. Ludzie zbierali się w wielkie grupy. Świętowali zwycięstwo słońca i ciepła nad mrokiem. Był to czas niezwykły, święto miłości, młodości i płodności. Wszystko rodziło się wtedy do życia. Oczekiwano również dobrych zbiorów na polach.
Gdy do Polski przyszło chrześcijaństwo, Kościół chciał zmienić te zwyczaje. Pogańskie rytuały nie podobały się księżom. Próbowano je zlikwidować. Jak się później okazało nie było to jednak takie proste. Zbyt mocno tkwiły one w sercach ludzi. Zmieniono więc datę i nazwę. Patronem tego letniego święta został święty Jan Chrzciciel. Święto przeniesiono na noc z 23 na 24 czerwca. Od tego czasu zaczęto mówić o Nocy Świętojańskiej. Stare, ludowe wierzenia jednak przetrwały w nowej formie. Oskar Kolberg, słynny badacz polskiego ludu, opisywał te obyczaje w regionie sandomierskim. Odwiedzał też okoliczne wsie. Notował pieśni i gusła naszych pradziadków. Dzięki niemu wiemy dziś dosyć sporo na ten temat.

Podczas letniego przesilenia rządziły dwa żywioły. Pierwszym z nich był ogień jak symbol wielkiej siły i słońca. Ogniska nazywano sobótkami i rozpalano je zawsze wieczorem. Wybierano na to miejsca poza wsią. Szukano wysokich pagórków lub dalekich pól. Chodziło o bezpieczeństwo drewnianych chat. Nikt nie chciał przecież spowodować pożaru we wsi. Połaniec zresztą sam spłonął kilka razy w swojej historii, na przykład w 1507, 1562 czy 1889 roku. Strach przed ogniem był więc bardzo duży.
Sam ogień sobótkowy musiał być wyjątkowy. Nazywano go “żywym ogniem” lub “czystym ogniem”. Nie można go było rozpalić zwykłym krzesiwem. Starszyzna wioski używała do tego specjalnej metody. Brano stare, drewniane koło wozu i osadzano je na mocnym palu wbitym w ziemię. Owijano je suchą słomą lub mchem. Potem kręcono kołem bardzo szybko. Kręcono tak długo, aż z samego tarcia drewna o drewno poleciały gorące iskry. Była to praca bardzo ciężka. Dopiero od tych iskier rozpalano wielkie ognisko.
Gdy płomienie strzelały wysoko w niebo, zaczynała się właściwa zabawa. Wokół ognia tańczyła młodzież. Śpiewano dawne, ludowe piosenki. Dźwięki niosły się daleko po wodzie. Młodzi, silni chłopcy skakali przez ognisko. Chcieli pokazać pannom swoją wielką odwagę i zwinność. Wierzono też w oczyszczającą moc płomieni, a skok miał chronić przed chorobami i złem.
Często przez ogień skakały też zakochane pary. Chłopak i dziewczyna brali się mocno za ręce. Biegli szybko i skakali nad żarem. Była to bardzo ważna wróżba, bo jeśli podczas skoku ich dłonie nie rozłączyły się, czekała ich wspaniała przyszłość. Wróżyło to szybki ślub i wieczną wierność w małżeństwie. Wtedy cała wieś wiedziała, że ci młodzi wkrótce wezmą ślub. Jeśli jednak upadli lub wpadli w żar, zwiastowało to nieszczęście. Oskar Kolberg zapisywał w swoich tomach, że takie zabawy odbywały się również w naszych stronachj kieleckich i sandomierskich wsiach.
Drugim z wielkich żywiołów była woda. Dawniej ludzie bardzo bali się rzek, jezior i bagien. W wodzie czaiły się straszne stwory. Były to wodniki, utopce i różne demony. Podania mówiły też o pięknych rusałkach. Miały one zwodzić młodych mężczyzn wabiąc ich na mokradła i wciągając na samo dno. Nikt nie wracał z takiego spotkania.
Z tego powodu obowiązywał surowy zakaz kąpieli. Wiosną i wczesnym latem nikt nie wchodził do Wisły, Wschodniej ani do Czarnej. Ludzie bali się po prostu o swoje życie. Dopiero w Noc Świętojańską strach mijał. Wierzono głęboko, że w tę wyjątkową noc święty Jan Chrzciciel “chrzci wodę”. Znane było stare przysłowie: “Dopóki św. Jan wody nie ochrzci, kąpać się niebezpiecznie”. Inne mówiło: “Na świętego Jana woda już ogrzana”.
Od tego momentu woda traciła swoje złe właściwości. Znikały demony i wodniki. Rzeki stawały się znów bezpieczne dla człowieka. Zezwalano na pływanie i mycie się w nurcie rzeki. Co więcej, woda zyskiwała wtedy potężną moc leczenia. Poranna kąpiel w rzece, tuż przed samym wschodem słońca, miała cudowne działanie. Chroniła ciało przed wrzodami i chorobami skóry. Panny często tarzały się po łąkach w porannej, świętojańskiej rosie. Miało to przynieść im zdrowie, wielką urodę i ogromne szczęście w nadchodzącej miłości. Do dziś w Połańcu czujemy respekt do naszych rzek. W Noc Świętojańską jednak witamy wodę z uśmiechem.
Oprócz wody i ognia, to właśnie rośliny były bohaterami letniej nocy. Wówczas cała przyroda była w pełnym rozkwicie. Wierzono, że rośliny zrywane w tym czasie mają najsilniejsze działanie. Nabierały one właściwości magicznych i leczniczych. Kobiety udawały się na pola, łąki i do lasów. Zbierały tam pachnące zioła. Należało to robić z szacunkiem i w skupieniu. Każde zebrane ziele miało swoje konkretne zastosowanie w ludowej magii. Poniżej przedstawiamy Wam najważniejsze z nich.
Królową tej nocy była bylica. Oskar Kolberg, przebywając w Sandomierskiem, zanotował ciekawe rzeczy. Pisał, że w wigilię świętego Jana dziewczęta bardzo starannie ubierały swoje chałupy. Używały do tego właśnie liści bylicy i łopianu. Kobiety nosiły bylicę wszytą w swoje ubrania. Robiły z niej mocne paski i nosiły na biodrach. Miało to zapewnić płodność i bardzo lekkie porody. Gałązki tego ziela rzucano też do samego ognia. Czyniono to, aby ustrzec plony przed zniszczeniem. Nadchodził bowiem czas żniw. Ludzie bali się, że głodne demony zniszczą ich zbiory. Magiczne rośliny miały temu skutecznie zapobiec.
Z dawnych zapisków ludowych, zebranych przez przywołanego powyżej Oskara Kolberga podczas badań naszego regionu, dowiadujemy się o niezwykłych wierzeniach związanych z magią. Noc Świętojańska była uważana za czas największej aktywności czarownic. Nasi pradziadowie wierzyli, że potrafiły one w wigilię świętego Jana „doić” kościelne dzwony, co przynosiło ogromną szkodę miejscowym oborom. W starych dokumentach można znaleźć nawet ludowe rymowanki, w których czarownica przyznaje: „W wiliją świętego Jana, dojiłam mléko ze dzwona”. Miejscowe podania głosiły również, że to właśnie tej nocy wiedźmy wylatywały na wielki sabat na pobliską Łysą Górę. Podczas lotu w powietrzu wykrzykiwały słynne zaklęcie: „Płot, nie płot, – wieś, nie wieś, Biesie nieś!”. Nic więc dziwnego, że ludzie tak chętnie szukali mocnej ochrony w ogniu i świętojańskich ziołach.
Przejdźmy teraz do obyczaju, który znamy i kultywujemy do dzisiaj. Mowa oczywiście o rzucaniu wianków na wodę. Dawniej był to rytuał pełen nadziei i wielkich emocji. Wianki plotły tylko młode dziewczęta. Były to panny, które jeszcze nie miały wybranego męża. Z samego rana szły na łąki po najpiękniejsze kwiaty. Zbierały chabry, czerwone maki, białe rumianki i wonną rutę. Starannie łączyły je ze sobą w kolorowe koła. Były to piękne symbole panieństwa.
W środek każdego wianka dziewczyna wstawiała drewniany krzyżak. Czasami była to mała, płaska deseczka. Na tym kawałku drewna solidnie mocowano świeczkę lub kawałek smolnego łuczywa. Świeczka nie mogła w żadnym wypadku zgasnąć od wiatru.
Gdy zapadał ciepły wieczór, dziewczęta szły całą gromadą nad rzekę. W Połańcu biegły nad nurt Czarnej lub nad szeroką Wisłę. Zapalały swoje świeczki. Z wielkim przejęciem kładły wianki na wodzie. Każda z nich obserwowała pilnie swój wianek. Sposób, w jaki płynął, był bowiem wróżbą na całe życie.
Wróżby traktowano kiedyś bardzo poważnie. Jeśli wianek odpłynął daleko, prosto i równo z nurtem, była to dobra nowina. Oznaczało to, że panna szybko i bez żadnych problemów wyjdzie za mąż. Czasami zdarzało się, że dwa płynące wianki złączyły się ze sobą. Był to znak wielkiej, prawdziwej miłości. Panna miała wkrótce spotkać swojego ukochanego. Gorzej było, gdy wianek sprawiał kłopoty. Jeśli zaplątał się w twarde sitowie i zarośla, dziewczynę czekało staropanieństwo. Miała zostać panną przez kolejny długi rok. Najgorszą wróżbą było jednak utonięcie wianka. Zgaśnięcie płomienia zwiastowało wielkie nieszczęście, ciężką chorobę lub nawet nagłą śmierć.
Zabawa nie kończyła się na samym rzucaniu wianków. W dole rzeki było mnóstwo śmiechu. Ukryci głęboko w krzakach czekali młodzi kawalerowie. Patrzyli oni na płynące po wodzie światełka. Każdy chłopak starał się wyłowić z wody wianek swojej wymarzonej panny. Biegali po brzegu, wchodzili do wody i chwytali mokre kwiaty. Gdy chłopak złapał wianek, wracał z nim dumnie do wsi. Musiał głośno szukać jego właścicielki. Jeśli ją znalazł, mogli się razem oficjalnie spotykać.
Bardzo często nie był to jednak przypadek. Sprytna młodzież dogadywała się wcześniej. Zakochana dziewczyna mówiła chłopakowi, z jakich kwiatów uplecie swój wianek. On wtedy wiedział, na co ma czekać w zaroślach. W ten oto piękny sposób obrzęd ułatwiał młodym łączenie się w szczęśliwe pary. Dawał im pretekst do rozmowy, tańca i uścisków.
Zostawmy na chwilę rzekę. W Noc Świętojańską trzeba było również patrzeć na ciemny las. Wiązała się z nim niesamowita legenda. Opowiadała ona o mitycznym, złotym kwiecie paproci. Roślina ta w zwykłe dni nigdy nie kwitnie. Ludzie wierzyli jednak, że dzieje się cud. Raz do roku, tylko tej jednej nocy, paproć wypuszcza wspaniały kwiat. Miało to nastąpić o samej północy.
Magiczny kwiat miał promieniować jasnym, pulsującym światłem. Świecił w ciemności jak ogromne złote oko. Ten, kto go znalazł, miał zapewnione wieczne bogactwo. Kwiat pokazywał drogę do ukrytych pod ziemią, starożytnych skarbów. Zapewniał swojemu panu mądrość, siłę i zdrowie. Znalezienie go nie było jednak łatwym zadaniem. Podróż do lasu była niebezpieczna. Złe duchy robiły wszystko, aby odstraszyć człowieka. Rzucały kłody pod nogi, wydawały straszne dźwięki i wyły. Piorunujący bóg Perun miał bronić kwiatu przed chciwością ludzi.
W okolicach Połańca znana jest stara historia o chłopcu imieniem Jacuś. Pochodził z bardzo biednej rodziny. Cierpieli głód i niedostatek w swojej skromnej chacie na skraju wsi. Jacuś słuchał wesołych śpiewów przy sobótkowym ognisku. Pragnął odmienić los swój i swoich bliskich. Postanowił pójść do czarnego lasu i odszukać niezwykły kwiat. Wyszedł więc na ścieżkę. Las zaraz się zmienił. Stał się mroczny i wrogi. Drzewa wyginały się, a ich gałęzie łapały chłopca za ubranie. Było bardzo ciemno, ale Jacuś jednak się nie poddał. Szedł twardo przed siebie. W końcu, w ciemnym gąszczu, zobaczył małe światełko. Na ziemi rósł malutki kwiat, który miał pięć złotych, jasnych listków. W środku pulsowało jasne oko. Jacuś szybko wyciągnął rękę i zerwał kwiat. Zdobycz bardzo mocno parzyła go w dłonie, ale chłopiec nie puścił rośliny.
Kwiat połączył się z nim i przemówił ludzkim, dziwnym głosem. Obiecał mu spełnienie wszystkich jego marzeń. Wypowiedział jednak pewien straszny, trudny warunek. Jacusiowi nie wolno było nigdy z nikim dzielić się swoim bogactwem. Gdyby to zrobił, straciłby wszystko. Chłopiec o tym zapomniał i pomyślał o pałacu. W mgnieniu oka jechał już wspaniałym, złotym powozem. Mieszkał od tej pory w pięknym pałacu. Jadł pyszne potrawy, pił drogie wina. Służba kłaniała mu się w pas. Mijały dni, miesiące i długie lata.
Bogactwo nie dało mu jednak radości, ponieważ nie miał przyjaciół, czuł się samotny. W końcu przypomniał sobie o matce i rodzeństwie we wsi. Postanowił ich odwiedzić w swojej pięknej karocy. Zobaczył jednak bardzo smutny widok. Chata była zniszczona, a z domu wyszła stara, zgarbiona kobieta. Była to jego matka, ubrana w stare łachy. Nie poznała swojego syna w bogatym panu. Jacusiowi pękło serce. Chciał wyjąć złoto i jej dać. Ale wtedy przypomniał sobie o klątwie kwiatu. Wystraszył się i uciekł z płaczem z powrotem do pałacu.
Nie zaznał tam już spokoju, bo sumienie gryzło go straszliwie. Pewnego dnia wziął do worków całe złoto. Pojechał znów do wsi. Chciał pomóc matce, nawet za cenę utraty pałacu. Chciał jej oddać wszystko. Niestety było jednak za późno. Zobaczył tylko pustą, zapadniętą chałupę. Mógł tylko usiąść na progu. Spotkał na drodze starego żebraka. Zapytał go o rodzinę z tego domu. Żebrak odpowiedział smutno: “Wszystko tam wymarło z głodu i choroby, wielmożny panie”.
Jacuś stał jak wryty. Ogromny żal zgniótł mu duszę. Zrozumiał swój straszny błąd wołając głośno: “To z mojej winy zginęli! Nie mam po co żyć!”. Ziemia wtedy zadrżała, po czym otworzyła się nagle pod jego stopami. Pochłonęła płaczącego Jacusia na zawsze. Razem z nim zginął w czeluściach ziemi magiczny kwiat paproci. Dziś podobno nikt go już nie może znaleźć. Złoto nie daje szczęścia. Prawdziwe szczęście ma sens tylko wtedy, gdy dzielimy je z bliskimi sercu ludźmi.
Wróćmy jednak do radosnej historii. Opowieść o kwiecie paproci miała swój bardzo praktyczny cel. Była to dla młodych idealna wymówka. Chłopcy i dziewczęta brali się za ręce. Mówili rodzicom, że idą szukać kwiatu. Tak naprawdę szli głęboko w ciemny las, by pobyć sami ze sobą. Z dala od czujnych oczu starszych, co sprzyjało nowym miłościom i radosnym spotkaniom.
Noc Kupały i wianki żyją w Połańcu tak mocno, ponieważ nasze miasto ma bogatą historię. Rzeki i pola były tłem wielu ważnych wydarzeń. Przez wieki Połaniec przechodził wzloty i bolesne upadki. Tatarzy często niszczyli te ziemie. W 1241 roku doszczętnie złupili i spalili gród. Potem przyszli tu Szwedzi. Podczas “potopu” w XVII wieku miasto znów zamieniło się w wielką ruinę. Zostało w nim tylko pół tysiąca ludzi. Jednak Połańczanie zawsze potrafili się podnieść z kolan. Odbudowywali swoje domy i rynek.
Prawdziwa wielka duma nadeszła w maju 1794 roku. W czasie insurekcji do Połańca przybył bohater narodowy, Naczelnik Tadeusz Kościuszko. Rozbił on w widłach rzeki Wisły i Czarnej wielki, warowny obóz. Czekał tam na wojska generała Grochowskiego. Tutaj również ogłosił słynny Uniwersał Połaniecki, który dał polskim chłopom wolność i ulżył w pańszczyźnie.
Kościuszko obozował w pobliżu kapliczki św. Mikołaja i przebywał w domach zwykłych mieszkańców. Mieszkał między innymi u rodziny Majewskich. Miejscowi ludzie do dziś przekazują opowieści o jego pobycie. Jadł to, co wiejscy gospodarze. Był skromny i dobry. Wyjeżdżając z naszego miasta, miał podpisać się w oknie diamentowym sygnetem. O tym ważnym wydarzeniu przypomina nam dziś usypany w mieście Kopiec Kościuszki. Z jego szczytu rozciąga się wspaniały widok na całą dolinę rzeki i panoramę miasta. Kopiec jest dziś dumą i swoistą wizytówką Połańca.
Historia nie zawsze była jednak łaskawa. Po powstaniu styczniowym nadeszła sroga kara. Władze carskie mściły się na Polakach. W 1869 roku odebrano Połańcowi prawa miejskie. Połaniec, miasto królów, stał się zwykłą wsią. Był to czas biedy i upadku, zniszczonych dróg i braku pracy. Ludzie żyli tu zawsze bardzo ciężko. W czasie II wojny światowej Niemcy brutalnie mordowali mieszkańców. Mężczyźni przed kulami okupantów musieli uciekać przez zimną rzekę Czarną. W lasach działała silnie partyzantka za sprawą słynnego oddziału “Jędrusie”,.
Dopiero lata 70. i 80. XX wieku odmieniły losy Połańca. Rozpoczęto wtedy potężną budowę elektrowni. Powstawały nowe osiedla. Przyjeżdżali inżynierowie i pracownicy. Miasto obudziło się z długiego snu. Wielka szkoda, że nie udało się zrealizować II etapu budowy Połańca, bo dzisiaj w kierunku Kraśnika stałoby drugie potężne osiedle. Gdyby nie to być może Połaniec byłby dzisiaj miastem powiatowym a nie Staszów… W 1980 roku, po wielu staraniach, Połaniec wreszcie oficjalnie odzyskał swoje utracone prawa miejskie. Było to wielkie, niesamowite święto dla ludzi, którzy w sercach zawsze czuli się mieszczanami.
Pamięć o historii łączy się w Połańcu z dobrą zabawą. W dzisiejszych, szybkich czasach zapominamy o magii rzek i lasów. Jesteśmy zajęci pracą. Dlatego każdego roku w Połańcu przypominamy sobie o starych tradycjach. W czerwcu odbywa się tutaj ciekawe widowisko plenerowe pod nazwą „Cuda Wianki”. Wydarzenie, które w tym roku odbędzie się w sobotę 20 czerwca to jest bardzo radosne. Łączy ono małe dzieci, młodzież, dorosłych i szanownych seniorów. Głównym organizatorem są władze samorządowe oraz miejscowe Centrum Kultury i Sztuki w Połańcu. Zabawa rozpocznie się o godz. 18:00. Na uczestników czekają atrakcje na Placu Uniwersału Połanieckiego i placu przy moście nad rzeką Czarną.
Wtym dniu Plac Uniwersału Połanieckiego, czyli dawny rynek, serce miasta, zmieni się nie do poznania. Przypomni starodawny, słowiański gród. Wszędzie będzie pachnieć kwiatami, świeżo skoszonym sianem i ziołami. Ludzie posłuchają wesołej, ludowej muzyki i występów utalentowanej młodzieży z CKiSz. W specjalnej strefie odbędą się również warsztaty rękodzielnicze. Pod okiem instruktorów z CKiSz dziewczęta i dzieci nauczą się trudnej sztuki wyplatania wianków z polnych kwiatów.
Zawsze o wyznaczonej porze odbywa się ważny konkurs. Wybierany jest najpiękniejszy wianek sobótkowy całego wieczoru. Zgłoszone wianki muszą być uplecione zgodnie z rygorystycznym regulaminem. Nie mogą zawierać sznurka ani plastiku. Muszą składać się z samych żywych ziół i zbóż. W środku musi być przymocowana stabilna świeczka na bezpiecznej deseczce. Komisja, jak co roku, będzie miała twardy orzech do zgryzienia.
Gdy słońce schowa się za drzewami i zapadnie cichy zmrok, wtedy rozpoczyna się część artystyczna. W 2025 roku publiczność była wręcz oczarowana. Na placu pokazano piękną inscenizację. Za reżyserię widowiska odpowiadała Małgorzata Dalmata-Konwicka. Występowali członkowie lokalnego Klubu Seniora „Megawat” oraz młodzież z grupy teatralnej „Maska”. Pokazali oni starą koronację Bolesława Chrobrego z okazji tysiąclecia tego wydarzenia. Piękne, średniowieczne stroje i głośne słowa zrobiły wielkie wrażenie. Mieszkańcy Połańca potrafią bawić się i cenić historię. Seniorzy i młodzież pokazali, że potrafią świetnie współpracować w imię wyższej idei. Oby takie spektakle trwały tu zawsze.
Po pokazie na placu, zaczyna się magia na ulicach. Mieszkańcy zapalają setki pochodni. Tworzą długi, jasny korowód światła. Ruszają powoli ulicami miasta nad brzegi rzeki Czarnej. Idą przy dźwiękach orkiestry dętej. Jest to piękny, symboliczny rytuał przejścia. Wkraczają w dawny świat wody i ognia.
Gdy wszyscy już dotrą nad rzekę Czarną, czeka ich niezwykły widok. Wokół płonie już przygotowane ognisko sobótkowe. Okoliczna kładka jest oświetlona małymi, błyszczącymi lampkami. Zaczyna się Misterium Nocy Świętojańskiej. Aktorzy pokazują sceny szukania kwiatu paproci. Tańczą pośród drzew jako tajemnicze diabły i głośne czarownice na wielkim sabacie. Śpiew i muzyka unoszą się w nocy nad falami czarnej wody. Najważniejszym punktem tradycji jest oczywiście puszczanie wianków. Uczestnicy stają blisko brzegu rzeki Czarnej. Zapalają swoje woskowe świeczki i ostrożnie, przy asyście strażaków z OSP w Połańcu, kładą wianki na samej wodzie. Delikatny nurt porywa dziesiątki jasnych punkcików. Wygląda to niezwykle czarująco, wszak to nasza stara, wspaniała wróżba. Wisła i Czarna witają się tej nocy z Połańcem przyjaźnie. Kiedy rzeka poniesie już wszystkie wianki, przychodzi czas na żywioł ognia. Zaczyna się finał wydarzenia.
Cuda Wianki w Połańcu to ciekawe i barwne widowisko będące mostem międzypokoleniowym. Ogień nie pali już domów, ale łączy mieszkańców w wielkie koło. Woda nie topi, lecz niesie radosne nadzieje o miłości. Zobaczcie te magię na własne oczy w Połańcu. Bądźcie częścią tej niezwykłej, słowiańskiej opowieści.
MATERIAŁ POWIĄZANY – ŹRÓDŁO: PORTAL INFORMACYJNY POLANIEC.COM.PL:







