Jak młodość walczyła o przetrwanie. Poruszające świadectwo Zofii Przybylskiej, mieszkanki Połańca z czasów II wojny światowej

Łukasz OrłowskiReportaż28 marca, 2026216 Wyświetleń

Fotografia odrestaurowana. Od lewej: Maria Jańczuk (Bańkowska), Stanisława Kubik, Zuzanna Korczak (Czerwińska), Anastazja Stefańska, Zofia Bobrowska (Przybylska), Walentyna Gil, Leokadia Chałońska, Kazimiera Grelewska. Fot. Zasoby archiwalne Towarzystwa Kościuszkowskiego w Połańcu.

Wojenna okupacja Połańca oczyma Zofii Przybylskiej. Tajne nauczanie, Szare Szeregi i walka o przetrwanie w obliczu terroru. Poruszające świadectwo młodości, która w 1939 roku została brutalnie zderzona z bezlitosną machiną II wojny światowej.

  • Zofia Przybylska (z domu Bobrowska) urodziła się w Połańcu 27 grudnia 1921 roku.
  • W 1936 roku rozpoczęła naukę w Państwowym Gimnazjum im. St. Konarskiego w Mielcu, kończąc III klasę przed wybuchem wojny.
  • 1 września 1939 roku wybuch wojny przerwał formalne kształcenie.
  • W czasie okupacji, nauczycielka Władysława Spychała zorganizowała w Połańcu drużynę Szarych Szeregów, do której należała Zofia Przybylska.
  • Na początku 1943 roku Zofia Przybylska złożyła przysięgę na wierność Armii Krajowej w lesie ruszczańskim, odbieraną przez jej stryja Wojciecha Bobrowskiego.
  • Pod koniec 1944 roku, po wkroczeniu Armii Czerwonej do Połańca, brat Zofii, Jan Bobrowski, został zesłany do Kazachstanu.
  • W styczniu 1945 roku oficjalnie otwarto Gimnazjum i Liceum Humanistyczne w Staszowie, gdzie Zofia Przybylska kontynuowała naukę.
  • Zofia Przybylska zdała pisemny egzamin dojrzałości w lipcu 1945 roku, a ustny 9 sierpnia 1945 roku w Staszowie.

o dzisiejszego artykułu zmotywowały nas dwa zdjęcia, które otrzymaliśmy ostatnio od anonimowego użytkownika. Zdjęcia przedstawiały młodych ludzi, którzy pozowali na moście nad Czarną w 1945 r. Podjęliśmy się próby opisu tych zdjęć w zderzeniu z ówczesną sytuacją tuż po “wyzwoleniu” Połańca.

Fotografie (możecie je znaleźć tutaj) przypomniały nam o bardzo cennym tekście. Chodzi o wspomnienia pani Zofii Przybylskiej (z domu Bobrowskiej). Z pewnością niewiele osób miało okazję dotrzeć do tego tekstu, dlatego też postanowiliśmy go w całości dla Państwa zamieścić. Relacja została pierwotnie opublikowana w 2002 roku w numerze 2 “Zeszytów Połanieckich” pod redakcją p. Mieczysława Machulaka.

Trudno wyobrazić sobie dziś tak brutalny, wojenny świat. Gruby lód na rzece był wtedy często jedyną drogą do szkoły. Zwykła książka i chęć nauki oznaczały bunt, za który groziła śmierć. Właśnie tak wyglądała młodość pani Zofii. Jej relacja to zapis wielkiego strachu i terroru na ulicach miasta. To jednak również piękna historia o sile ludzkiego ducha.

W poniższym tekście czytelnicy odkryją codzienne bohaterstwo zwykłych ludzi. Przeczytają o tajnych lekcjach, ukrywaniu broni pod ławkami i dzieleniu się chlebem z sąsiadami. Dowiedzą się, jak wyglądała harcerska przysięga w ruszczańskich lasach. Przekonają się też, jak wielkim wysiłkiem była pierwsza powojenna matura. Trzeba było na nią pójść pieszo kilkanaście kilometrów.

* * *


Klimontów, marzec 2001 r.


Na zdj. Zofia Przybylska.

Nazywam się Zofia Przybylska z domu Bobrowska. Urodziłam się w Połańcu 27 grudnia 1921 roku. Tu spędziłam szczęśliwe dzieciństwo, tu ukończyłam 7- klasową Publiczną Szkołę Powszechną i w 1936 roku rozpoczęłam naukę w Państwowym Gimnazjum im. St. Konarskiego w Mielcu, oddalonym od Połańca 24 km. Do wybuchu wojny ukończyłam III klasę tegoż gimnazjum. W tym czasie kształciło się nas w Mielcu ośmioro: Stasia Warchałowska, Bogusia Korczakówna, Aniela Korczakówna, Antek Warchałowski, Marysia Jańczukówna, Lodka Chałońska, Felek Wołoszynowski – wówczas już maturzysta i ja.

W Połańcu spędziłam najwcześniejsze lata mojej młodości, lata wojny i okupacji. Przed wojną niewielu młodych ludzi kształciło się w szkole średniej, warunki materialne stały na przeszkodzie. Kilkoro młodych ludzi kontynuowało naukę w Sandomierzu lub Staszowie.

Wojna przerwała nam wszystkim proces kształcenia się.

Wyprawa do Mielca

Każdego dnia, we wczesnych godzinach rannych stała na połanieckim rynku furmanka zaprzężona w parę koni, której właścicielem był Żyd Jankiel Langer. Jeździł on codziennie do Mielca po towary spożywcze i przemysłowe dla tutejszych kupców również Żydów, którzy prowadzili większe lub mniejsze sklepy. Zabierał nas chętnie do Mielca, bo miał dodatkowy dochód. Na dwóch siedzeniach mieściło się 4 lub 5 osób, których rodzice nie posiadali zaprzęgów. Jechaliśmy więc do wsi Winnica i tu następowała przeprawa przez Wisłę pod wodzą przewoźnika Wiącka. Na brzegu czekał już prom, na który wjeżdżała furmanka, a obok zacumowana łódź, do której wsiadały czekające osoby. Przewoźnicy wiosłowali żwawo, fale Wisły unosiły obiekty lekko i po upływie godziny dobiliśmy do drugiego brzegu.

Najlepsza sytuacja była w czasie zimy, kiedy mróz przekraczał 25° Celcjusza. Wisła wtedy zamarzała, lód przekraczał metr grubości i gdy jechaliśmy na ferie lub po feriach nie trzeba było ani promu ani łodzi. Furmanka wjeżdżała na lód, pasażerowie szli pieszo, ślizgając się na butach, prowadził nas zawsze przewoźnik. Na drugim brzegu wsiadaliśmy na furę i po niespełna trzech godzinach, łącznie z przeprawą byliśmy na miejscu. Tu szliśmy do swojego mieszkania w internacie. Do domu można było wyjeżdżać raz w miesiącu.

Rok 1939

Wojna. 1 września nie pojechaliśmy do szkoły. Niemieckie samoloty niosły śmierć. Zrzucały bomby na miasta, wsie, ludność cywilną. Drogi zapełnione były wojskiem, uciekającymi cywilami, wysiedlonymi ze swojego miejsca zamieszkania, porzuconym sprzętem, jak wozy czy samochody ciężarowe. Wszędzie panowała atmosfera strachu, lęku, niepewności jutra. Nastała straszliwa noc okupacji. Zapanowało nieludzkie prawo faszystowskie, które zabraniało ludziom wszystkiego, a każdy sprzeciw czy niesubordynacja karane były śmiercią. I tak: szkoły zostały zamknięte, a za uczenie się na tajnych kompletach groziła kara śmierci.

Na zdj. Partyzanci w Lesisku. Od lewej Edward Kabata, Mieczysław Korczak, Walenty Ponikowski, nn, nn. Fot. Mieczysław Korczak.

Prawo zabraniało wszelkich zgromadzeń i działalności w ruchu oporu, który z dnia na dzień wzrastał. Za to groziła kara śmierci. Za kolportowanie i czytanie tajnych czasopism, jak np. „Odwet” wydawany przez „Jędrusiów” groziła kara śmierci. Na ludność cywilną nałożony został kontyngent. Okupanci zażądali odstawiania na oznaczone miejsca zboża, ziemniaków, mięsa i mleka, aby zapewnić sobie byt materialny. Pozamykali młyny. Ludzie ratowali się przed głodem przez konstruowanie ręcznego młyna wprowadzając dawno zapomniane żarna. Były to dwie płaskie, okrągłe płyty kamienne osadzone w skrzyni, o średnicy 1 metra z otworem w środku. Tu sypało się garścią zboże, drugą ręką trzymało się drążek, przymocowany do jednej płyty, którą ręcznie należało obracać. W ten sposób z rozcieranego zboża wysypywała się mąka do podstawionego naczynia. Pracę tę wykonywała cała rodzina, kto tylko mógł i kto miał siły. Mama wypiekała z tej mąki smaczny chleb razowy, którego nam nigdy nie brakowało.

Niemcy, często przy przeprowadzonych rewizjach natrafiali na żarna, rozbijali kamienie, a za nie odstawienie kontyngentu groziła kara śmierci lub pobyt w obozie koncentracyjnym. Niejeden z Polaków został straszliwie pobity, skatowany do utraty przytomności za „nieposłuszeństwo” lub nie oddanie szacunku żołnierzowi narodu panów. Do Polaków odnosili się z pogardą, mówiąc o nich „polnische Schweine”.

Po wkroczeniu na tereny polskie, okupant zażądał oddania jednego ośrodka łączności ze światem i kulturą, radia. Za ich posiadanie i słuchanie audycji groziła kara śmierci. Tu muszę dodać, że radio wówczas było rzadkością i tylko nieliczni je posiadali.

Kara śmierci groziła za udzielenie pomocy Żydom, którzy wówczas prześladowani i masowo zabijani przez okupanta.

Na wstępie władze hitlerowskie wydały zarządzenie, aby Żydzi poobcinali brody i nosili znaczki z napisem „Jude”, potem ściągali od nich kontrybucję, a następnie umieścili ich w gettach. Ci, którzy się nie podporządkowali temu nieludzkiemu prawu, skazani byli bez żadnego sądu na śmierć.

Przeżycia z tamtych lat wciąż żywo tkwią w mojej pamięci. Widzę wyraźnie przed moimi oczami sylwetki koleżanek, z którymi chodziłam do szkoły siedziałam w jednej ławce. Pamiętam Łaję Tanz, córkę piekarza, która przynosiła do szkoły smaczne bułki i częstowała nimi niektóre koleżanki. Przed wybuchem wojny wyjechała z rodziną do Izraela. Pamiętam wciąż roześmianą Mindlę Weissbrot, która częstowała cukierkami. Pamiętam także Judkę Langera, syna wspomnianego już wozaka, który krążył pomiędzy Połańcem a Mielcem. Judka był zawsze wesoły i dowcipny. Któreś dziecko w młodszych klasach ułożyło wierszyk: „Langer Judka, zjadł kogutka”. Tak się ten wierszyk spodobał dzieciom, że chóralnie go powtarzały. Judka nie reagował, ale jednego razu uśmiechnął się, pogłaskał po brzuchu i odpowiedział: „Ale był dobry”. Zapanowała chwila ciszy, potem wszyscy zaczęli się śmiać. Judka śmiał się najgłośniej i rozdawał macę. Lubiliśmy go, bo był życzliwy i koleżeński. Dobrze się uczył, a nasze drogi rozeszły się po ukończeniu klasy siódmej.

Nocny gość

Był dżdżysty i wietrzny, listopadowy dzień. Zmrok zapadł wcześnie i wcześnie w domu położyliśmy się spać. Około 5 godziny nad ranem rozległo się stukanie w szybę okna. Ojciec zerwał się na równe nogi i zapytał „kto tam?”. Odpowiedź brzmiała: „Stasia sąsiadka”. Ojciec otworzył drzwi i do mieszkania weszła kobieta, okryta dużą, ciemną chustką. Powiedziała od razu, że nazywa się Róża Langer, ma 12 lat i jest siostrą Judki, który z córką pana chodził do szkoły. Judka czeka na nią w ogrodzie. Jej rodzina nie poszła do getta i musi się ukrywać. Są głodni i zziębnięci, bo gnieżdżą się w ziemiance nad rzeką. Ojciec zaświecił naftową lampkę, rozpalił pod kuchnią i przyniósł ze spiżarki świeży bochen razowego chleba, który był upieczony przed południem tego dnia. Mama zapakowała pyszny, obsuszony serek i osełkę masła, a ja nalewałam do litrowych butelek świeżo przegotowane mleko i herbatę. Ojciec je starannie zakorkował, ułożył to wszystko w lnianym worku i podał dziewczynce. Tylko te produkty mieliśmy w domu. Róża podziękowała i spytała, czy jeszcze może przyjść. Ojciec powiedział, że chleba i mleka zawsze dostanie. Róża miała cienkie obuwie i przemoknięte nogi, więc ja przyniosłam jej moje trzewiki, na mnie już za ciasne, które szybko włożyła, a ojciec wyprowadził ją na podwórko. Tu podszedł do niej wysoki mężczyzna, wziął od niej pakunek i obydwoje zniknęli w ciemnościach. Róża już nigdy się u nas nie pojawiła. Ludzie mówili, że zostali schwytani przez Niemców i rozstrzelani.

Szare Szeregi

Rzeczywistość okupacyjna była okrutna i straszna. Obowiązujące nieludzkie prawo ustanowione przez okupanta było nie do zniesienia, toteż każdego dnia było łamane i nie przestrzegane. Życie młodzieży i starszych wisiało na włosku. Terror i strach zapanował wszędzie i ustawicznie. Najtrudniej było wiosną i latem. Każdego tygodnia przyjeżdżali Niemcy do Połańca od strony Staszowa i Osieka, aby robić porządek i rozstrzeliwać „bandytów”. Ofiarą padali ludzie młodzi i dorośli, działający w ruchu oporu. Każdego tygodnia ginęło cztery lub pięć osób na cmentarzu, w rowach przydrożnych, nad rzeką, pod lasem. Żniwo było okrutne, a do tego płonęły podpalane przez żandarmów domy i zabudowania gospodarskie. Gdy nadeszły szarugi jesienne uzbrojone samochody z żandarmerią pojawiały się rzadziej, a gdy w zimie przyszły siarczyste mrozy i śnieżyce zawiały drogi, można było spać spokojnie. My młodzi ludzie czuliśmy się jak rozbitkowie na morzu. Zaczynaliśmy tracić nadzieję i wiarę w lepsze jutro.

Władysława Spychała z bratem ks. Feliksem Spychałą w Wierzbicy w 1938 r. Fot. Archiwum TK w Połańcu.

W tej sytuacji na horyzoncie pojawiła się młoda nauczycielka, zamiłowana harcerka Władzia Spychalanka, która zagarnęła nas pod swoje skrzydła. Zaprosiła nas do swojego domu na ulicy Staszowskiej kilka razy na pogawędkę i herbatkę. Wspomniała o konspiracji i harcerstwie i w ten sposób został zorganizowany zastęp, a potem drużyna Szarych Szeregów. Nasza druhna drużynowa spotykała się z nami coraz częściej, ustalałyśmy wspólnie nasze działania, wyznaczałyśmy sobie zadania do spełnienia, uczestniczyłyśmy w kursach sanitarnych udzielania rannym pierwszej pomocy, były także śpiewy pieśni harcerskich, śmiech i żarty. W poważnych rozmowach nasza druhna przypominała nam, że młodzi ludzie powinni się uczyć, zdobywać wiedzę, bo gdy wojna się skończy, będziemy Polsce, ojczyźnie potrzebni. Te słowa trafiały nam do serc i dusz. Rozpoczęły więc działalność pedagogiczną tajne komplety. Zaangażowani nauczyciele wyjaśniali poważniejsze kwestie naukowe, ale najwięcej stawiali na samodzielność ucznia, na jego wytrwałość i systematyczność. Lekcje na kompletach odbywały się niesystematycznie i w różnych miejscach, wszystko zależało od sytuacji i układów. Lekcje fizyki i języka niemieckiego odbywały się często w prywatnym mieszkaniu ówczesnego kierownika Szkoły Powszechnej w Połańcu Michała Jańczuka, który także udostępniał nam sale lekcyjne w szkole na Górce. Dziś tej szkoły już nie ma. Najpilniejszą uczennicą była Kazia Grelewska, która postarała się o program nauczania i dopingowała skutecznie, aby nic z niego nie pominąć. Marysia Jańczukówna udostępniła nam potrzebne lektury ze swojej prywatnej biblioteki, a Zbyszek Jańczuk, który świetnie opanował wszystkie wzory i zadania z fizyki, dziwił się, że dziewczyny nie mają „nabożeństwa” do nauk ścisłych. Podobnie Stasia Warchałowska, która „wszystko miała w jednym palcu”, była zdziwiona, że ktoś nie opanował wyznaczonego materiału z historii czy biologii. Ze mną koleżanki chętnie się uczyły, bo wspólnie szybciej opanowywałyśmy określony materiał.

Szara codzienność okupacyjna

Najdzielniejsi i najodważniejsi poszli do lasu i rozpoczęli rozpaczliwą walkę z bronią w ręku przeciwko hitlerowskiemu okupantowi. Zasłynęli bohaterstwem i heroicznym czynami. Z powodzeniem prowadzili akcję sabotażową. Rozbijali więzienia i uwalniali więźniów polskich obywateli, zabierali przeznaczone dla Niemców dostawy artykułów żywnościowych, jak mąka, mleko, masło, niszczyli w urzędach spisy wyznaczonych na roboty do Niemiec, przyjmowali zrzuty broni, kierowane przez rząd londyński. Na terenie Połańca działały takie konspiracyjne organizacje, jak Jędrusie i Armia Krajowa, do której harcerki zostały wcielone. Im aktywniejsza działalność patriotów polskich tym ostrzejszy terror i przemoc stosowali Niemcy. Większość Polaków zmuszona była żyć w tej okrutnej rzeczywistości i zwyczajnej przeciętności, w tym wiecznym strachu i niepewności.

Major Tadeusz Górka, lekarz weterynarii, rozstrzelany przez Niemców. Fot. Archiwum TK w Połańcu.

Warunki życia pogarszały się z dnia na dzień. W sklepach brakowało podstawowych artykułów, jak: chleba mąki, cukru, soli, nafty i nabiału. Dostępny był powszechnie spirytus i wyroby alkoholowe. Kwitł z powodzeniem nielegalny handel i czarny rynek. Krążyło powszechnie znane powiedzenie „Kto handluje ten żyje”. Słynne i znane były targi w Połańcu każdego wtorku. Przybywali tu handlarze tłumnie i kupujący z bliższych i dalszych okolic. Na straganach piętrzyły się różne towary i produkty. Można było tu kupić dosłownie wszystko. Do wyboru były towary spożywcze, tekstylne, przemysłowe, rolnicze, nawet leki i samogon. Na placu nad rzeką słychać było ryk bydła i gdakanie kur. Tu handlowano końmi, krowami, cielętami, świniami, kurami, kaczkami i indykami. Ludzie chwilowo zapominali o strachu i udręce w pogoni za groszem, aby przeżyć. Od czasu do czasu niespodziewanie pojawiali się wśród tłumów jeźdźcy na koniach w czarnych płaszczach, którzy skutecznie dopadali wszelkich złoczyńców, rabusiów i konfidentów działających na szkodę swych braci. Byli to Jędrusie. Wymierzali im błyskawicznie karę chłosty, piętnowali publicznie i grozili dalszymi konsekwencjami, jeśli nie stąpi poprawa. Jak tajemniczo pojawiali się tak tajemniczo znikali. Były to lekcje wychowania obywatelskiego. Po chwilowej konsternacji i zamieszaniu życie wracało do normy. Co sprytniejsi handlarze zachwalali nieznane dotąd artykuły jak sacharynę w postaci niedużych, białych tabletek, którą można było używać do słodzenia kawy lub herbaty. Jedną tabletką można było osłodzić litr płynu. Na targu można było nabyć szare baryłki karbidu, które wrzucało się do naczynia z wodą. W wyniku reakcji chemicznej wytwarzał się bezwonny gaz, który podpalony zapałką dawał jaskrawe i migotliwe światło. Gdy brakowało nafty, ludzie tym oświetlali mieszkania i wykonywali codzienne prace w swoich domach przy zasłoniętych szczelnie oknach. Przy takim świetle odrabiałam lekcje, wypisywałam setki słówek łacińskich i niemieckich, czytałam dla poszerzenia wiadomości i szkolenia języka niemieckiego ogólnie dostępną gazetę „Deutsche Zeitung”.

Jedynym ogniwem, które łączyło młodego człowieka ze światem nauki i kultury była książka. Toteż w długie jesienne i zimowe wieczory czytało się nie tylko lektury szkolne, ale także romanse, książki historyczne i przygodowe, a także książki religijne, które chętnie wypożyczał nam ksiądz wikary.

Przyrzeczenie harcerskie

Było pogodne, jesienne popołudnie w niedzielę. Po skończonym nabożeństwie w kościele parafialnym snuły się tłumnie grupy ludzi po drogach, podążających do swych domów. Drogą, prowadzącą do wsi Ruszcza kroczyły też pary lub pojedyncze osoby dziewcząt, w różnych odstępach czasu i odległości i kierowały się w stronę lasu. Tu w przytulnej alejce, zwanej „linią”, spacerowała nasza druhna Władzia, która czekała na swe podopieczne. Gdy ostatnia para już dołączyła, cała drużyna podążyła w stronę malutkiej polany, osłoniętej szczelnie krzakami i zaroślami. Na środku momentalnie rozbłysło ognisko i rozległ się śpiew:

„O Panie Boże, Ojcze nasz,
W opiece swej nas miej,
Harcerskich serc Ty drgnienia znasz,
Nam pomóc zawsze chciej,
Wszak Ciebie i Ojczyznę
Miłując chcemy żyć,
Harcerskim prawom
W życia dniach, wiernymi zawsze być”

Wytworzył się bardzo poważny i podniosły nastrój. Szybko zapadał zmrok, dogasało ognisko. Druhna Władzia trzymała w rękach niewielki, czarny krzyż. Pojedynczo podchodziłyśmy do niej, składałyśmy dłonie na krzyżu i z wielkim przejęciem wypowiadałyśmy słowa przyrzeczenia: W imię Boga Wszechmogącego przyrzekam wiernie służyć Ojczyźnie i bliźnim i być posłuszną prawu harcerskiemu. Tak mi dopomóż Bóg”.

Każda z nas otrzymała krzyż harcerski, druhna drużynowa włożyła do blaszanego pudełeczka dogasający węgielek, potem przywołała mnie i wręczyła mi pudełeczko, bym tej pamiątki strzegła, jak oka w głowie. Z okrzykiem „Czuj, czuj, czuwaj” rozeszliśmy się grupkami, nigdy razem.

W następnych kolejnych dniach każda z nas indywidualnie otrzymała zadanie do wykonania. Obowiązywała ścisła tajemnica konspiracyjna. Celem było tworzenie nowych zastępów harcerskich wśród dziewczynek, które ukończyły szkołę powszechną lub nie. Obowiązywał wiek 13 lat 14 lat. Ja zorganizowałam zastęp dziewczynek, do którego weszły: Krysia Kobos, Tola Bobrowska, moja siostra stryjeczna Hela Marczewska, Tola Wołoszynowska, Hela Olsińska, Jasia Chałońska.

Spotykałyśmy się dość często na zbiórkach, najczęściej w domu Krysi Kobos nad rzeką Czarną. Nie obowiązywała zasada systematyczności. Spotkania były w różne dni i o różnych porach, nie trwały dłużej niż godzinę. Starałam się wprowadzać nastrój swobody, a równocześnie zainteresowania. Śpiewałyśmy piosenki harcerskie np.: „Płonie ognisko i szumią knieje, drużynowa jest wśród nas” albo:

„Płonie ognisko w lesie,
Wiatr smętną piosnkę niesie.
Przy ogniu zaś drużyna,
Gawędę rozpoczyna,
Czuj, czuj, czuwaj
Czuj, czuj, czuwaj, rozlega się dokoła,
Czuj, czuj, czuwaj, (bis)
Radosne echo woła”.

Omawiałyśmy też zasady prawa harcerskiego w 10 punktach. Często harcerki pytały o aktualne i bieżące wydarzenia. Pragnęły także kontynuować dalszą naukę, do czego serdecznie zachęcałam. Chętnie też chciały uczestniczyć w akcjach humanitarnych, pragnęły pomagać słabszym, potrzebującymi sierotom. Przygotowywały paczki żywnościowe ze słodyczami i zabawkami dla biednych dzieci, których rodzice zostali wysiedleni ze swojego miejsca zamieszkania i dla sierot, których ojcowie zostali zastrzeleni przez okupanta lub zginęli na wojnie. Chciały być użyteczne i aktywne w miarę ich możliwości. Opiekowały się grobami poległych bohaterów i w każde święto narodowe, jak 3 Maja, 11 listopada, w rocznicę wybuchu wojny zapalały świeczki i znicze na ich mogiłach. To wywoływało niesamowite wrażenie i utrwalało pamięć o tych okrutnych czasach i męczeństwie Polaków, a równocześnie wywoływało sprzeciw wobec przemocy i totalitaryzmu faszystowskiemu.

Przynależność do AK

W tym samym lesie ruszczańskim, na początku 1943 roku składałam przysięgę, kładąc rękę na krzyż, na wierność ideałom Armii Krajowej. Przysięgę odbierał kierownik placówki Wojciech Bobrowski, który był moim stryjem. Nastrój był niezapomniany, cisza leśna, zapadający zmrok i z powagą powtarzane słowa przysięgi.

„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę rękę na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mojej Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej Honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary z mego życia. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę posłuszna, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało”.

Nauczyciele od lewej: J. Pendrys, A. Jagiełkówna, M. Jańczuk, J. Nawrocki, p. Andryszynówna, A. Punzet. Fot. Archiwum TK w Połańcu.

Od tej pory członkowie AK przyjmowali na siebie nowe obowiązki i wykonywali je w miarę swoich sił i możliwości. Jedni podejmowali walkę zbrojną, inni prowadzili działalność patriotyczną i oświatową. Naczelnym hasłem było nie marnować czasu, być użytecznym zdobywać wiedzę, szerzyć ją i pomagać innym. Ożywiły się też komplety tajnego nauczania. Władze organizacji przypomniały mi o obowiązku pomocy koleżeńskiej, a dopingowaniu współuczniów i objaśnianiu zawiłych kwestii programowych, co z zaangażowaniem wypełniałam. Lekcje odbywały się prawie normalnie w szkole na Górce, ale w scenerii partyzanckiej. Pod ławkami leżały spokojnie steny i granaty. Nauczyciele wywodzili się z prywatnego gimnazjum ze Staszowa, którzy wskutek wysiedlenia chwilowo zatrzymali się w Połańcu. Dyrektorem był Stefan Kopczyński, języka polskiego uczyła Maria Nowogrodzka, historii Stanisława Mazur, matematyki księżna Krystyna Radziwiłłowa, fizyki Michał Jańczuk kierownik Szkoły Powszechnej w Połańcu, a Jan Ościk wprowadził do nauki nowy język angielski. Chęci do nauki nie brakowało, nie brakowało też zapału i wytrwałości, ale dotkliwie brakowało pomocy naukowych i podręczników. Bywały wieczory kiedy zbieraliśmy się w domu Mietka i Zuzi Korczaków przy ulicy Ruszczańskiej i tu odbywały się wykłady na temat stenów i innej broni ręcznej. Fachowcy, znani tylko z pseudonimów omaawiali poszczególne części broni, pokazywali je zebranym, pozwalali dotknąć i wymagali teoretycznego omówienia jej działania i poprawnego złożenia części. Błyskotliwie potrafiłam teoretycznie wymienić nazwy poszczególnych części, omówić działanie, ale gdy przyszło wziąć broń do ręki, ręka drżała i omdlewała, stawała się niesprawna.

Często w ściśle oznaczonym dniu i oznaczonej godzinie słuchaliśmy radia, schowanego w małym drewnianym domku naprzeciwko cmentarza grzebalnego. Zbierało się tam kilka osób w mrocznej izbie, przy nikłej naftowej lampce. Wpuszczał nas tam mężczyzna, otulony długim płaszczem o zasłoniętej twarzy. Spiker w radio podawał wiadomości frontowe oraz aktualne wydarzenia, które miały miejsce w Generalnej Guberni i w krajach okupowanych. Docierały też do mnie konspiracyjne czasopisma, jak „Odwet”, które kolportował przystojny młodzieniec nieznany mi ani z imienia, ani z nazwiska. W tych czasach nikt o to nie pytał.

Ja w roli nauczycielki

Rynek w Połańcu w latach 40. Fot. Zasoby archiwalne Towarzystwa Kościuszkowskiego w Połańcu.

Kilka matek zwróciło się do mnie z propozycją, abym uczyła ich dzieci, ponieważ nie uczęszczały do szkoły. Były to dzieci w wieku 8-9 lat, które ledwie poznały alfabet. W pierwszej chwili zawahałam się, nie miałam wówczas przygotowania pedagogicznego, ani programu nauczania, ani żadnych wskazówek. Matki jednak nie ustępowały, zachęcały mnie do pracy i zapewniały, że dzieci są chętne i chcą się uczyć. Było ich pięcioro. Przychodziły do mnie codziennie o godzinie 9⁰⁰, a zajęcia trwały dwie godziny. Dzieci były nieśmiałe, słabo czytały, jeszcze słabiej pisały, a odpowiadały na pytania monosylabami. Przyniosły ze sobą zeszyty, kałamarz z atramentem i podręcznik „Star”, który wówczas obowiązywał w szkole. Każde z nich czytało po trzy zdania, potem stawiałam pytania i żądałam odpowiedzi całym zdaniem. Chciałam sprawdzić czy rozumieją treść tekstu. Potem w zeszytach zapisywaliśmy kilka zdań ze słuchu, bo tablicy nie było. Dokładnie sprawdzałam, czy zapis jest poprawny pod względem ortograficznym. Jeśli były błędy, natychmiast je poprawialiśmy i omawialiśmy zasadę poprawnego pisania. W zeszytach i na stole często pojawiały się plamy z atramentu. Do domu zadawałam dalszy ciąg tekstu i kazałam nauczyć się czytać. Dzieci wypełniały polecenia i szybko robiły postępy. Często urozmaicałam zajęcia opowiadaniem fragmentów z naszych dziejów ojczystych. Słuchały z wielkim zainteresowaniem. Niekiedy prosiły, abym im opowiedziała jeszcze raz o Mieszku I, o Kazimierzu Wielkim, czy o bitwie pod Grunwaldem. Najbardziej podobała im się postać Kościuszki i wierszyk:

„Tam w Szwajcarii,
Wolnej ziemi
Żył Kościuszko długie lata…”

Recytowały go w całości na pamięć. Gdy mówiłam im o Kazimierzu Wielkim i Jadwidze, wspomniałam o założeniu i rozbudowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, zachęcałam do nauki i przepowiadałam im, że po wojnie na pewno będą tam studiować, co im się bardzo podobało i dopingowało ich do samodzielnej pracy.

Gdy mówiłam o Kościuszce, rozwijałam sprawę rozbiorów Polski, zaznaczałam, że Polacy nigdy nie pogodzili się z utratą niepodległości i walczyli o wolność w powstaniach: kościuszkowskim, listopadowym i styczniowym. Na pierwszym planie jednak było czytanie i pisanie. Czytaliśmy już dostępne dla nas lektury, jak: „Co słonko widziało” i „O krasnoludkach i sierotce Marysi” M. Konopnickiej. Dzieci próbowały samodzielnie opowiadać treść i samodzielnie zapisywały ją do zeszytów. Żądałam dokładnego i poprawnego czytania, mówienia i pisania. Żądałam staranności i systematyczności. Często pytałam, co zapamiętały z dziejów historycznych, z ich wypowiedzi byłam zadowolona, czasem poszerzałam temat.

Po roku nauki dzieci czytały płynnie, pisały zadowalająco i mówiły pełnymi zdaniami. Aby było całkiem dobrze, potrzeba było dalszej pracy. Najtrudniejsze były dla nich ćwiczenia z gramatyki, jak rozróżniane części mowy i odmiana przez przypadki. Ale i te trudności zostały pokonane. Zapytały mnie, dlaczego odmiany przez przypadki rzeczowniki, czy przymiotniki. Wytłumaczyłam im, że codziennie w mowie potocznej i języku literackim stosujemy odmianę. Dałam przykłady: mówimy „O sierotce Marysi”, idę do domu, uczę się matematyki itd. Faktycznie uczyliśmy się także matematyki. Zaczęłam od dodawania i odejmowania z zakresie dziesiątki. To poszło sprawnie. Potem nastąpiło przekroczenie progu dziesiątkowego i były działania do 100. Było liczenie pamięciowe i pisemne. Dodawaliśmy i odejmowaliśmy liczby w słupkach, co im się bardzo podobało. Przyszła kolej na tabliczkę mnożenia. Wymagała to wiele ćwiczeń pamięciowych, ale w końcu opanowały ją na pamięć. Potem wykonywałyśmy pisemne mnożenie i dzielenie liczb, co sprawiło trochę trudności, ale i te zostały pokonane. Wprowadziłam też naukę o ułamkach zwykłych i dziesiętnych. Początkowo dzieci nie rozumiały, ale, ja im tłumaczyłam, że mogą jabłko rozkroić na połówki i ćwiartki, że można kupić pół kilograma cukru, ćwierć litra nafty, można wypić szklankę mleka, ażeby napełnić litrową flaszkę potrzeba 4 szklanki płynu. Czwarta część całości nazywa się, połowa zaś całości nazywa się. Dzieci to pojęły i przystąpiliśmy do działań na ułamkach, do dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia. Nauczyły się nawet sprowadzania do wspólnego mianownika i rozkładać liczby na czynniki pierwsze. Gdy Pod koniec 1944 roku odmieniły się losy wojny i front skierował się na zachód w stronę Berlina, a Armia Czerwona wkroczyła na tereny Polski. Na terenach wyzwolonych otwierano szkoły, a dzieci rozpoczęły normalną naukę.

W rozmowie z matkami dowiedziałam się, że dzieci zrobiły postępy w nauce i dobrze sobie radzą w klasie, z czego się bardzo cieszyłam.

Po upływie wielu lat spotkałam się przypadkowo z byłym moim uczniem z czasów okupacji. Oczekiwałam z moim mężem na autobus na przystanku. Podszedł d o nas przystojny, szpakowaty pan, który oświadczył, że mnie poznaje i zapytał, czy pamiętam Henia Górskiego z czasów wojennych, który wtedy miał 10 lat. Odpowiedziałam, że tak, ja wtedy miałam lat 20. Poprosił nas do swojego samochodu i pojechaliśmy razem na cmentarz do Połańca.

Spotkania towarzyskie

Wieczorami w środkowe dni każdego tygodnia zbierali się w domu mojego ojca najbliżsi sąsiedzi i znajomi, aby dowiedzieć się „co słychać w świecie”. Byli to ludzie poważni i zaufani. Zajmowali miejsca wokół stołu, a ja przy świetle małej lampki naftowej lub przy migotliwym płomieniu karbidówki czytałam na głos „Odwet” od pierwszej do ostatniej strony. Potem dyskutowali żarliwie i dochodzili do wniosku, że chwieje się i kruszy potęga hitlerowska, że zaczyna świtać nadzieja dla narodu polskiego i powtarzali obiegową wtedy maksymę: „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski Bliżej”.

Niedziele zaś należały do nas, młodzieży. Już od godzin popołudniowych zbierała się „cała paczka” w moim domu, lub w Górce w klasie lekcyjnej, najczęściej u mnie. Zapominaliśmy wówczas o okropnościach wojny. Rozbrzmiewały głośno śmiechy i żarty, krążyły dosadne dowcipy na temat Hitlera i przeklętych Szwabów, niektórzy podśpiewywali złośliwe piosenki, jak: „Siekiera motyka, piłka, szklanka, w nocy naloty, w dzień łapanka, a kto nie ma tysiąc złotych, to wal bracie do roboty”. Ten fragment odnosił się do wielu z nas, a także do mnie, ponieważ otrzymałam kartę wyjazdu na roboty do Niemiec, ale nie pojechałam. Od tej pory musiałam się mieć na baczności. Miałam szczęście. Zawsze byłam ostrzegana w razie niebezpieczeństwa. Niewidzialna ręka i dotąd mi nieznana stukała mocno w okno, a silny głos wołał: „Uciekaj” I tak mi się udało. Rozśpiewane towarzystwo coraz głośniej śpiewało: „Siekiera, motyka, piłka, gwóźdź, masz Górala i mnie puść”.

Przyjmowane pieniądze świadczyły o przekupstwie i sprzedajności hitlerowskich żandarmów i ich konfidentów.

Gdy repertuar „kawałów” już się wyczerpał, rozbrzmiewały partyzanckie pieśni, jak: „Rozszumiały się wierzby płaczące” lub „O Panie, któryś jest na niebie”. Następowała zmiana nastroju. W końcu odstawiono stół i krzesła pod ścianę, a Aniela Korczakówna zaczynała grać na swojej nieodłącznej mandolinie. Wszyscy zebrani podchwytywali i zaczęli śpiewać „Chryzantemy złociste, w kryształowym wazonie” albo To ostatnia niedziela”, a Bogusia Korczakówna pierwsza tanecznica wzywała do tańca. I płynęły rytmy młodego wówczas tanga, tworzyły się pary i trwały sentymentalne pląsy, aż do ich perfekcyjnego opanowania. Odwrócono się od takich dotychczasowych tańców jak: oberek, polka, czy walc. Gdy zapadał zmrok impreza się kończyła. Siostra moja Lodzia wnosiła talerz ze smacznymi serkami i szklanki z gorącą herbatą. Konsumowano pośpiesznie i pojedynczo lub małymi grupkami rozchodziliśmy się każdy w swoją stronę. Bywały też niedziele u Marysi Jańczukówny w sali szkolnej. Tu znalazły się instrumenty muzyczne, jak: mandoliny, skrzypce, gitary. W sposób spontaniczny zostały organizowane koncerty, które przynosiły nam wiele radości. Bywały też dni świąteczne, kiedy rozpoczynały się dyskusje na temat przeczytanych lektur. Były one przez nikogo nie kierowane, ani nie podsumowywane.

Po raz pierwszy w naszym gronie pojawił się syn bogatego gospodarza i równocześnie wójta gminy Połaniec, Wacuś Słonina rodem ze Zrębina, wsi położonej niedaleko Połańca. Wacuś zachwycał się postacią Macieja Boryny z „Chłopów” Reymonta. Podziwiał jego mądrość, rozwagę, szlachetność, ludzki stosunek do parobków, sąsiadów, a nawet biedoty wiejskiej. Twierdził, że miał za to poważanie i szacunek we wsi. Był wzorowym gospodarzem, przywiązanym do ziemi swoich ojców. Nie mógł jednak darować, że zabrakło mu rozwagi i związał się z nieodpowiednią dla siebie kobietą. Poślubił młodą dziewczynę Jagnę, która mogła być nawet jego wnuczką. Ten nieprzemyślany krok miał dla niego przykre konsekwencje. Przeżywał wiele kłopotów, nieporozumień w rodzinie i został ośmieszony. Ale Jagna została ukarana przez społeczność wiejską za swoje wybryki i niemoralny tryb życia. Została wywieziona poza wieś na kupie gnoju. Wieś dokonała samosądu i to się bardzo podobało Wacusiowi. Marysia Jańczukówna była pod wrażeniem powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”. Wyeksponowała sylwetkę jej bohaterki Justyny Orzelskiej, w zmienionych warunkach ekonomicznych nie chciała pozostać lalką salonową, ani żyć na łaskawym chlebie jako uboga krewna. Dostrzegła dla siebie szansę innego życia. Nie brakło jej odwagi, aby iść za głosem serca, zeszła z dworu do chaty wiejskiej, poślubiła człowieka, który ją kochał. Marysia przeczytała cytat z utworu: „Poszła do chaty, aby im jaśniej i weselej było”. Imponowało jej to, że Justyna ocaliła swoją godność, dokonała dobrowolnie wyboru, postanowiła żyć na własny rachunek, umiała się przystosować do zmienionych warunków, przyjęła na siebie brzemię obowiązków nie lękała się pracy. Odrzuciła dotychczasowe poglądy dam salonowych, że praca jest przekleństwem. Justyna w pracy widziała nie tylko podstawę bytu materialnego, ale także okazję do rozwoju swojej osobowości.

Głos zabrał Fredek Korczak, który zaznaczył, że Marysia szuka wzoru w postawie Justyny, a on przeczytał powieść Żeromskiego „Ludzie bezdomni” i nigdy nie chciałby wzorować się na postępowaniu głównego bohatera Judyma. Zaznaczył, że on po wojnie także zostanie lekarzem, ale nigdy nie pójdzie drogą Judyma. Cóż z tego, że Judym zdobył gruntowną wiedzę medyczną w kraju i w Paryżu, co z tego, że był świetnym lekarzem, kiedy sam się zadręczał myślami o spłaceniu długu, sam się unicestwiał. Przekreślił miłość oddanej kobiety, zrezygnował ze szczęścia osobistego i dobrobytu, pogardził wygodami i przyjemnościami w imię czego. Uważał, że człowiek szczęśliwy może dopiero dać szczęście innym. Uważał, że w życiu, po tylu przykrych przeżyciach okupacyjnych, należy mu się spokój, dobrobyt, szczęście i wygoda. Nigdy nie pogardzi pieniędzmi uczciwie zarobionymi. Aby dojść do celu, trzeba pracować. Usilnie się trudzić, ale tego nie można zaprzepaścić w imię jakichś nierealnych poglądów. Co jednostka nawet najszlachetniejsza może sama zrobić, jeśli nie będzie miała poparcia i zrozumienia. Zdania słuchaczy były podzielone. Jedni się zgadzali z rozumowaniem Fredka, a inni byli odmiennego zdania. W każdym razie wzrastało zainteresowanie dla literatury polskiej i jej problematyki.

Spisy rolne

Z nakazu władz okupacyjnych, na przełomie zimy i wiosny każdego roku przeprowadzano na terenie gminy spisy rolne, które miały stanowić podstawę do wyznaczania kontyngentu. Brali w nich udział nie tylko urzędnicy, ale także wezwani do pomocy gimnazjaliści. Dwukrotnie brałam udział w tej akcji. Przydzielono mi zawsze ulicę Mielecką. Gmina zaopatrywała nas w kwestionariusze, w których znajdował się zestaw pytań, dotyczących stanu posiadania. Należało odwiedzić każdy dom, każde gospodarstwo i wypełnić odpowiednie ankiety. Ludzie byli bardzo nieufni i niechętnie udzielali informacji, chociaż wiedzieli, że odmówić nie można. Ja starałam się im pomóc, często podpowiadałam intuicyjnie, ażeby wyczuli, że jestem po ich stronie. Zaznaczałam, że należy podawać taką powierzchnię gospodarstwa, tyle hektarów i arów, ile jest wykazane w nakazach podatkowych. Na pytanie: ilość członków rodziny, doradzałam podawać ilość dzieci, podopiecznych, a także dziadków. Pozycja: ilość krów i cieląt, najczęściej podpowiadałam: jedna czy dwie, odpowiedź brzmiała: jedna krowa, cieląt brak.

Trzoda chlewna: gdy widziałam wahanie, sugerowałam, że można jedna sztuka lub brak.

Drób: tu sugestia była mocna. Pytałam wprost, czy kur jest cztery czy pięć, pięć czy sześć gęsi, kaczek czy indyków nie ma. Nie ma także koni. Domownicy patrzyli na siebie i lekko się uśmiechali. Dochodzili do wniosku, że podawane liczby są celowo zaniżane i z tego byli zadowoleni. Nieufność została przełamana i gdy mnie zobaczyli ponownie po upływie roku, nawet się do mnie uśmiechali. Przewodniczący spisów rolnych w gminie wezwał nas wszystkich i zaznaczył, że akcja musi być przeprowadzona rzetelnie i dokładnie. Nakazał też sprawdzić obory i chlewy, czy zgadza się stan faktyczny z danym, podanym w kwestionariuszu. Ja nigdy tego nie robiłam. Doszłam do wniosku, że większość badanych to gospodarze małorolni, którym nie zawsze wystarcza na utrzymanie rodziny i spłacenie wszystkich powinności. Często brakowało żywności odzieży, obuwia, a dzieci nie uczyły się w szkole.

Udział w chórze kościelnym

W tych ciężkich i niebezpiecznych czasach kościół był ostoją życia religijnego i społecznego. Tu ludzie przychodzili się modlić i prosić Boga o przetrwanie i przeżycie. Tu chrzcili dzieci, brali śluby i żegnali swoich najbliższych zmarłych naturalną śmiercią lub rozstrzelanych przez okupanta. Tu płakali, wyznawali swoje grzechy, godzili się między sobą i nawzajem sobie przebaczali.

Każdej niedzieli chodziło się obowiązkowo na nabożeństwa. W Połańcu dużo było wysiedlonych z różnych stron Polski. Jednym z nich był profesor Jasiński, który wraz z żoną prowadził komplety tajnego nauczania, a często spotykał się z młodzieżą, chętną do śpiewania. Zorganizował on chór kościelny, mieszany, złożony z dziewcząt i chłopców, a także dorosłych. Byłam w kościele na różnych uroczystościach i nabożeństwach. Przez cały grudzień codziennie odbywały się próby w domu parafialnym lub w szkole przy ulicy Staszowskiej. Śpiewaliśmy kolędy, profesor grał na skrzypcach, dyrygował i podawał ton. Na próbach musiał się natrudzić, zanim poszczególne pieśni zostały należycie opanowane. Z rękami wzniesionymi do góry wołał: „Sopranów nie słychać, alty wchodzą, tenory – forte, a basy – piano” lub odwrotnie. Wyśpiewaliśmy już takie kolędy jak: „Cicha noc”, „Mizerna, cicha, stajenka licha”, „Do szopy, hej pasterze”, czy „Lulajże Jezuniu”, gdy zmęczony dyrygent zarządził krótką przerwę, wtem któryś z mężczyzn zaintonował „Warszawiankę”. Pieśń z czasów powstania listopadowego, którą kiedyś jeszcze w klasie siódmej śpiewaliśmy na lekcjach śpiewu. Wszyscy automatycznie podchwycili tę melodię i śpiewaliśmy, aż zatrzęsły się szyby w oknach. Profesor był zdumiony, zaczął bezwiednie dyrygować i gdy coraz głośniej rozlegały się słowa pieśni „Hej, kto Polak na bagnety, żyj swoboda, Polska żyj” albo „Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf albo zgon”, Profesor mówił „piano, pianissimo”, a z tylnych szeregów odpowiadał głos „forte, fortissimo”.

Za oknami zaczęli się gromadzić ciekawi ludzie. Próba została przerwana. Profesor zapowiedział: „Jutro śpiewamy w kościele”, zbiórka na chórze o godzinie 9⁰⁰. Wszyscy byliśmy punktualni. Z wielkim entuzjazmem śpiewaliśmy kolędy w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Profesor akompaniował na organach. Był zadowolony, gdyż ocenił, że śpiewaliśmy czysto i z wielką starannością. Widocznie podobało się ludziom nasze śpiewanie, bo w czasie nabożeństwa odwracali głowy i kierowali wzrok w stronę chóru kościelnego.

Bombardowanie Połańca

Coraz częściej radio konspiracyjne donosiło, że potęga hitlerowska zaczyna się chwiać i kruszyć. Były to wieści pocieszające i podnoszące umęczony naród na duchu. Krzepiły wiarę i nadzieję na wyzwolenie i upragnioną wolność. W Warszawie toczyło się powstanie, a patrioci przystępowali do akcji „Burza”, by podążyć na pomoc walczącej stolicy. Wściekłość okupanta wzrastała. Niemieckie bombowce rzucały pociski nie tylko na miasta, ale także na wsie i wioski, nawet na pola, drogi, zarośla i łąki, obniżały swój lot i siekały wszystko, co napotkały na linii swojego lotu. Latem błyskawicy rozeszła się wieść, że nocą samoloty hitlerowskie będą bombardować Połaniec. Ludzie opuścili swoje domostwo i wraz z dobytkiem ukryli się w zaroślach, w lesie, na polu w schronach. Była to prawda. Zaraz o północy dał się słyszeć warkot ciężkich maszyn i zaraz rozległ się huk spadających bomb i pocisków. Już tu i ówdzie widać było pożary domów i zabudowań gospodarskich, w krzakach słychać było ryczenie bydła i płacz dzieci i kobiet. Na chwilę wszystko ucichło. To znów samoloty powracały i odnowa rozpoczynało się piekło.

O świcie bombowce znikły i nastąpiła grobowa cisza. A na niebie pojawiły się łuny, coraz to w innym miejsce. Tu i ówdzie pojawiały się grupki ludzi kierujących swe kroki w stronę domów. Moja siostra Lodzia ukryła się w jednym ze schronów wraz ze swoją maleńką córeczką Alinką, gdzie tłoczyło się już kilka matek z dziećmi. Było tam duszno i mroczno, a w dodatku dokuczało robactwo. Ciała płaczących dzieci pokryte były czerwonymi bąblami i groźną wysypką. Z dala dobiegał płacz kobiet. Pobiegłam w tamtą stronę i zobaczyłam młodą dziewczynę leżącą na poduszce i jęczącą z bólu. Padające pociski i odłamki bomby trafiły ją w brzuch. Wnętrzności wyszły na wierzch. Umierała w strasznych męczarniach. Rodzina nie mogła jej pomóc, lekarza nie było i nie można jej było ruszyć z miejsca. Na drodze ujrzałam moją mamę, która spiesznie podążała do domu z zamiarem pieczenia chleba, który akurat nam się skończył. Mama z troską w głosie mówiła: „dzięki Bogu żyjemy, a co będziemy jedli, gdy wypadnie tu siedzieć jeszcze dłużej”. Miała tak wielkie poczucie obowiązku i odpowiedzialności za swoją rodzinę. Miała też wielkie zamiłowanie do porządku. Wszystko zawsze było na swoim miejscu i przygotowane do użytku, a robota paliła się jej w rękach. Była bardzo zaradna, z głową pełną pomysłów. Toteż w błyskawicznym tempie na stole w kuchni już stała dzieża z mąką, w której ukryte były drożdże i kula ciasta z poprzedniego wypieku, a w piecu chlebowym już buzował ogień, podsycany wcześniej przygotowanym drewnem. Podawałam je ciepłą wodę w garnku, a ona mieszała drożdże i ciasto z mąką i widać było unoszące się bąbelki powietrza, co oznaczało, że rozczyn zaczyna rosnąć. Wokół unosił się zapach rosnącego ciasta z mąki żytniej, które zachowywało pulchność, wilgotność i pyszny kwaskowy smak.

Niebawem mama formowała cztery bochenki, układała je na stolnicy i skrzętnie wybierała żarzące się węgle z pieca, który był odpowiednio nagrzany, bo cegły były jasne i na łopacie wsuwała je kolejno na gorący trzon. Piec został szczelnie zamknięty co najmniej na godzinę. Z podwórka widziałam biegnących ludzi w stronę kościoła i ja się do nich rzyłączyłam. Na środku drogi naprzeciwko świątyni leżał zabity koń. Niedaleko stąd bomba rozerwała się w środku podwórza, gdzie powstał ogromny lej, w kształcie dołu, na obrzeżach którego leżały zwały ziemi i żółtego piasku. Pod dachem zabudowań gospodarskich stał młody mężczyzna, zasypany po kolana ziemią, trząsł się ze strachu i nie mógł z siebie wydobyć głosu. Chyba stał się cud, gdyż nie odniósł żadnych obrażeń. Ludzie pomogli mu się uwolnić, a on natychmiast skierował swe kroki do domu, gdzie na łóżku leżała ciężko chora żona, a pod stołem płakało dwoje małych dzieci.

O wszystkim opowiedziałam mamie, która już naszykowała garnek gorącej zupy, zaparzyła w garnuszku rumianek, a złocisty płyn wlewała do butelki, aby przemyć ciało pokąsanego przez insekty dziecka. Na stolnicy stygły rumiane bochenki chleba. Cały ten prowiant zabrałyśmy w pole, gdzie na nas oczekiwała rodzinka. Gdy naloty się nie powtarzały, ludzie powracali do swych domostw lub zgliszcz. Pomagali sobie nawzajem i ratowali się przed nędzą, jak tylko mogli. Mama rozkroiła te pyszne chleby i rozdała je sąsiadkom. Przy tym zawsze mówiła, że należy tak się zachowywać i tak postępować, żeby się to podobało Bogu ludziom.

Hitlerowcy w odwrocie

Front z pod Stalingradu i z nad Oki przesuwał się w szybkim tempie na zachód. Armia Czerwona jest coraz bliżej, walczy też Wojsko Polskie u jej boku. Z terenów przyfrontowych wysiedlani są ludzie, którzy szukają schronienia, gdzie się tylko da.

W naszym domu zatrzymała się rodzina z małym dzieckiem. Wszyscy gnieździmy się w małej kuchni, bo duży pokój został zajęty przez oficera Armii Czerwonej, który tu mieszkał i urzędował, a do posługi miał swego adiutanta. Gdy jego przeniesiono w inne miejsce pomieszczenie zostało zajęte przez dwie żołnierki służące w łączności. Były to młode dziewczyny które ukończyły szkołę średnią i zostały wcielone do armii. Jedna była Katia, a druga Lidia. Zżyły się z nami i chwaliły posiłki, które im gotowała Mama. A stołowników było bardzo dużo. W listopadzie grudniu 1944 r. koczowaliśmy przeważnie na podwórku, a nocą matki z dziećmi i dziadkowie zajmowali kuchnię, mężczyźni spali w stodole a młodsi na strychu, na sianie pod pierzynami. Byliśmy tak zahartowani, że mimo występujących w tym czasie mrozków nikt nie chorował, ani nie miał kataru. Był pochmurny i zimny listopadowy dzień. Do naszego domu przybywało coraz więcej żołnierzy, adiutanci znosili prowianty i urządzali dla przybyłych święto Rewolucji Październikowej. Były wiwaty, śpiewy, śmiechy i tak bawiono się do białego rana, a cały dom trząsł się od trzaskania drzwiami. Na drugi dzień nasze lokatorki dziwiły się, że my nic nie wiemy na temat rewolucji. Ale ja miałam pewne wyobrażenie o rewolucji, ale pojmowane z najgorszej strony. Rozczytywałam się w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego. Była to lektura wtedy zakazana dla młodzieży szkolnej. Przerażały mnie ukazane tam obrazy przemocy, rozpasanie najgorszych instynktów ludzkich, bezprawie i rządy bolszewików w Baku. Dziwiłam się Cezaremu Baryce, który sprzyjał rewolucjonistom, mimo, że jego rodzina doznała tyle krzywd od nich. Potwierdzało się w działalności NKWD, które wszędzie robiły czystki. Zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej do Połańca zostali zesłani do Kazachstanu akowcy schwytani przez władzę sowiecką, wśród nich znalazł się mój brat Janek Bobrowski, który po latach powrócił, ale już nigdy nie odzyskał utraconego zdrowia. Wszędzie na murach i ścianach domów biły rosyjskie napisy, wymalowane kolorowymi farbami. Wielbiły rewolucję, państwo radzieckie, Stalina i Armię Czerwoną, zwycięską i niepokonaną. Żołnierze powtarzali „nas jest dużo, naprzód na Zachód na Berlin”. Gdy front się przesuwał, życie wracało do normy, wysiedleni wracali do swych gniazd, kształtowała się lokalna władza, w pierwszym rzędzie zostały otwarte szkoły, a na rozpoczęcie nauki, w kościele odbyła się msza święta, w której uczestniczyli uczniowie. Tajne komplety przerodziły się w prawdziwą szkołę średnią. Dyrektor Kopczyński i jego grono pedagogiczne wydali nam świadectwa ukończenia czwartej klasy gimnazjum i pierwszej klasy Liceum Humanistycznego wystawione w Połańcu pod koniec listopada, a zweryfikowane przez Kuratorium Okręgu Szkolnego Kieleckiego w Kielcach. Tymczasem grono przeniosło się do Staszowa i tu otwarte zostało Gimnazjum i Liceum w budynku szkoły powszechnej nad rzeką Czarną. Na początku stycznia 1945 r. rozpoczął się rok szkolny. Niektórzy poszli do Mielca niektórzy do Sandomierza, a grupka złożona z sześciu osób wybrała pobliski Staszów. Zamieszkaliśmy na stancji i codziennie uczęszczaliśmy na zajęcia szkolne. Nie było takich przedmiotów jak religia, zajęcia techniczne, czy wychowanie fizyczne. Druga klasa licealna, klasa maturalna liczyła 14 osób. W jej skład wchodziły dwie grupy uczniów: grupa staszowska i grupa połaniecka. A oto nazwiska uczniów:

Bobrowska Zofia
Chałońska Leokadia
Górka Tadeusz
Grelewska Kazimiera
Kruzel Jan
Majsak Marian
Puton Anna
Puton Janusz
Radziwiłł Joanna
Ramocka Kazimiera
Słonina Wacław
Szałach Janina
Więckowski Witold
Zięć Krystyna

Gdy już wydawało się, że wszystko jest na prostej drodze, przydarzył mi się przykry wypadek, złamał mi się przedni ząb. Byłam zrozpaczona, ale z pomocą przyszedł Mietek Korczak, który już likwidował swój gabinet dentystyczny, gdyż, wybierał się na studia do Łodzi. Obejrzał moje uzębienie i powiedział: „poradzimy sobie, sprawę potraktujemy po koleżeńsku. Uzupełnimy ubytki i założymy dwie koronki na obydwa siekacze”. Tak też się stało. Noszenie sztucznych zębów w odcieniu złotym i srebrnym było w tym czasie bardzo modne. Ile razy otworzyłam usta w mowie lub uśmiechu, połyskiwały dwa zęby srebrzystym blaskiem. Byłam mu wdzięczna i zadowolona, że wybawił mnie z kłopotu.

Pierwsza matura po wojnie

W pierwszych dniach stycznia 1945 r. zostało oficjalnie otworzone Gimnazjum i Liceum Humanistyczne w Staszowie. Naukę rozpoczęli uczniowie wszystkich klas. Klasa maturalna – druga Liceum była nieliczna. Baza materialna szkoły pozostawiała wiele do życzenia. Ograniczono się do najpilniejszych remontów. Zostały zaszklone okna, naprawione drzwi i piece do ogrzewania, uzupełniona instalacja elektryczna. Sale były niedogrzane, bo wciąż brakowało opału. Uczniów to nie zrażało. Przeżyliśmy niedawno gorsze chwile i sytuacje. Chcieliśmy się uczyć, zdobyć świadectwo dojrzałości, bo tylko w nauce widzieliśmy gwarancję naszej przyszłości. Nauczyciele byli życzliwi i przyjaźni nam. Pomagali nam w nauce, organizowali powtórki dla utrwalenia materiału, pod kątem przyszłego egzaminu. Wychowawcą klasy był Stanisław Mazur, historyk, który pozostawał zawsze sercem i mózgiem naszego zespołu. Był bardzo wymagający, a przy tym umiał wytworzyć atmosferę swobody, zainteresowania problematyką historyczną, pobudzał nasze umysły do logicznego myślenia. Ufaliśmy mu, dlatego wszyscy wybraliśmy historię na egzamin ustny. Pani Nowogrodzka, polonistka wciąż pospieszała w przystępny sposób z realizacją ogromnego materiału literackiego, który kończył się w klasie maturalnej na „Młodej Polsce”. Była bardzo zadowolona, że wymagane programem lektury już wcześniej przeczytaliśmy. Na lekcjach stale przeplatały się dwa nurty: bieżący i powtórkowy. Prowadziła zajęcia tak przystępnie i inteligentnie, że nie czuliśmy brzemienia tego materiału naukowego. Szczególny nacisk kładła na epokę romantyzmu, jakby przeczuwała, że ten temat wystąpi na pisemnym egzaminie dojrzałości. Łaciny uczył nas profesor Grochowski, który traktował nas pobłażliwie, z dużą dozą wyrozumiałości, nie żądał wkuwania słówek, ani pamięciowego opanowania łacińskich tekstów, ale zwracał uwagę na zwroty, wyrażenia i powiedzenia filozofów i mędrców starożytnych. Mówił, że zawarta jest mądrość życiowa, która ma nieprzemijającą wartość i aktualność w każdej epoce. Często nawiązywał do przypominania tego materiału, który obowiązywał w niższych klasach, szczególnie z gramatyki. Akcentował zawsze: „Repetitio mater studiorum est”. (Powtarzanie jest podstawą, matką studiowania).

Powoływał się też na słowa poety rzymskiego – Horacego „Carpe diem” – (ciesz się chwilą, ciesz się życiem), co nam się bardzo podobało.

Ale „Non omnis moriar” (nie wszystek umrę), zmuszało do refleksji i zastanowienia. Profesor zwracał uwagę na postępowanie człowieka w każdym czasie. Zaznaczał, że należy tak postępować, aby pozostawić po sobie nie tylko dorobek w sensie materialnym i duchowym, ale także dobre imię, szlachetne czyny i człowieczeństwo. Podkreślał też, że czasy się zmieniają, co jest koniecznością dziejową i warunkiem postępu, ale człowiek musi wciąż do tych zmian dorastać i dojrzewać, aby czynny udział w życiu i otaczającej nas rzeczywistości.

Po dziś dzień pamiętam: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”.

Matematyka szła nam najtrudniej. Uczył nas profesor wyższej uczelni, wysiedlony z ziem zachodnich, który marzył o powrocie do swoich rodzinnych stron. Traktował nas jak swoich najlepszych studentów. Był wybitnym naukowcem i uważał, że my wszystko umiemy i rozumiemy wszystkie zawiłości tej dyscypliny wiedzy.

Twierdzili, że „to państwo rozumieją”, rozwiązywał trudniejsze zadanie w tempie błyskawicznym, my byliśmy bardzo grzeczni, o nic nie pytaliśmy, a w efekcie nie nadążaliśmy za tokiem jego rozumowania. Kto z uczniów i kolegów rozumiał kwestie, ten wszystkim wyjaśniał i po prostu uczył, tak samorzutnie kwitła samopomoc koleżeńska.

Byliśmy wszyscy już dojrzali i dorośli, ukończyliśmy 21 rok życia i do życia podchodziliśmy poważnie. Jedynie Joanna należała do nastolatek, mimo to dobrze się czuła w naszym zespole. Odznaczała się dużym poczuciem humoru i młodzieńczą werwą. Często odwiedzała nas na stancji i tu wspólnie uczyliśmy się i prowadziliśmy różne rozmowy. Mieszkaliśmy we cztery; Kazia, Janka, ja i Joanna była bardzo ciekawa jak żyją zwyczajni, prości ludzie, dlatego postanowiła mnie odwiedzić. Przybyła więc ze Staszowa, gdzie mieszkała z rodziną, do Połańca do mojego domu i tu ją serdecznie gościłam „czym chata bogata”. Joanna poszła do kościoła na sumę, potem odwiedziła księdza proboszcza Zbroję i gdy wróciła dokładnie powtórzyła jego kazanie, naśladując intonację jego głosu, z czego śmialiśmy się serdecznie. Rozpoczęła też rozmowę o przyszłości i natrafiła na ciekawego rozmówcę, którym okazał się być mój ojciec. Był bardzo oczytany, kochał się w książkach, czytał dużo powieści historycznych, przygodowych i geograficznych i lubił na te tematy rozmawiać. Do ulubionych lektur należała „Trylogia” H. Sienkiewicza, którą czytał co najmniej dwa razy, „Cichy Don” Szołochowa, a w ostatnich latach przed śmiercią rozczytywał się w powieści Cezarego Chlebowskiego „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”.

Dyskusje na temat „Trylogii”, którą znał ze szczegółami, trwały do późnych godzin popołudniowych. Joanna była zdumiona. Ucieszyła ojca miłym komplementem, kiedy mu powiedziała, że nie przypuszczała, że taki prosty, zwyczajny człowiek może mieć tyle wiadomości i tak ciekawie mówić o przeszłości. To była prawda. Ojciec potrafił mówić interesująco, nie zawsze językiem literackim. Był skromnym, niepozornym człowiekiem. Joanna w Staszowie zaprosiła mnie do siebie na podwieczorek. Bardzo się krępowałam, bo uważałam, że „za wysokie progi”, ale pani profesor księżna rozwiała moje wahania i niepewną minę. Powiedziała krótko „nie możesz Joannie odmówić”. Panie mieszkały w ciasnym, trzypokojowym mieszkaniu przy młynie, które im pozostawiono po nacjonalizacji. Tu mieszkało także młodsze rodzeństwo Joanny, brat i siostra. Panowały w tym domu prawie prymitywne urządzenia, stały starodawne proste meble, a pod ścianami piętrzyły się spakowane paczki, w których mieściły się najpotrzebniejsze rzeczy. Wyczuwało się atmosferę tymczasowości i niepewności i gotowości do następnej ewakuacji. Panie nie skarżyły się na swój los, przyjmowały to jako coś normalnego, ale Joanna marzyła o wyjeździe do Warszawy z całą rodziną, gdy zda maturę i nadejdzie odpowiednia chwila. Termin matury zbliżał się nieubłaganie. W drugiej dekadzie lipca odbył się pisemny egzamin dojrzałości z języka polskiego i matematyki. Dla wszystkich wypadł pozytywnie i pomyślnie. Do egzaminu ustnego przygotowywaliśmy się w Połańcu, indywidualnie i samodzielnie. Dla naszej grupy wyznaczony był na dzień 9 sierpnia od godziny 14⁰⁰.

W przeddzień zebrała się cała nasza szóstka i postanowiliśmy się wybrać pieszo, 18 km do Staszowa. Był to szczytowy okres żniw. Ludzie zajęci byli przy sprzęcie z pól zbóż. Na furmankę nie mogliśmy liczyć, jeździła wprawdzie kolejka wąskotorowa raz na dobę ze Staszowa i do Staszowa przez miejscowość Sieragi, gdzie tuż za lasem był przystanek, ale godziny odjazdu do Staszowa nam kompletnie nie pasowały. Ponadto trzeba było iść pieszo do Sierag 5 km przez wieś Zrębin, potem traktem przez pola, łąki i las. Zdecydowaliśmy pomaszerować wczesnym rankiem z Połańca do Staszowa na egzamin ustny. Pogoda była piękna, ciepła i słoneczna. Było nas cztery koleżanki i dwóch kolegów: Wacek i Tadek Górka, syn lekarza weterynarii, którego ojciec został rozstrzelany przez Niemców. Rodzina Górków była wysiedlona z Poznania. Szliśmy wolnym krokiem w milczeniu i w nastroju napięcia psychicznego. Wydawało się nam, że wszystko zapomnieliśmy, że wiele rzeczy nie wiemy, wysuwaliśmy pobożne życzenia, żeby trafić na temat, który dobrze umiemy. Po drodze widzieliśmy fury naładowane snopami i jadące powoli do stodół. Na polach jeszcze było dużo poustawianych mendli ze zbożem. W tej atmosferze rozmyślania, zgadywania i naprężenia myślowego dotarliśmy do Staszowa. Witał nas głos dzwonu kościelnego, który oznajmiał południe. Tu droga wiodła wzdłuż rzeki Czarnej. Zanurzyliśmy nogi w jej nurcie, myliśmy twarze, ręce, nogi, odświeżyliśmy się z kurzu i potu, poprawiliśmy nasze ubrania i fryzury i pełni nadziei podążyliśmy do budynku szkoły. Punktualnie o godzinie 14⁰⁰ komisja egzaminacyjna, wśród której zasiadał przedstawiciel Kuratorium Okręgu Szkolnego Kieleckiego wizytator Wojciechowski wezwała pierwszą trójkę według alfabetu na salę egzaminacyjną. Zdawało się wszystkie wybrane przedmioty w jednym dniu. Następnie weszła pozostała trójka. Egzamin wypadł dla wszystkich pomyślnie, otrzymaliśmy oceny pozytywne. Po ogłoszeniu wyników cieszyliśmy się jak dzieci, że mamy otwarte okna na świat i wszyscy snuliśmy marzenia, aby jeszcze tej jesieni rozpocząć studia na wyższych uczelniach. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi ruszyliśmy znów pieszo w powrotną drogę. Zapadał już gęsty zmrok, gdy byliśmy w domu. Nie czuliśmy ani zmęczenia ani głodu. Radość i nadzieja rozpierała nasze serca i głowy.

Każdy z nas poszedł w swoją stronę i kontakty koleżeńskie zostały zerwane, ale tylko pozornie, bo więź duchowa została zachowana do dzisiejszego dnia. Widać to przy każdorazowym spotkaniu i serdecznych rozmowach przyjacielskich. Lata okupacji i wspólnych zmagań połączyły nas na zawsze. Rozjechaliśmy się po całej Polsce aby podjąć studia. Ja postanowiłam zostać nauczycielką i wybrałam studia na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie na wydziale humanistycznym. Studiowałam język polski i historię. Studia były dwustopniowe: trzyletnie studia zawodowe i dwuletnie studia magisterskie, z literatury i języka. Ukończyłam je w terminie, z wynikiem bardzo dobrym. Prace rozpoczęłam w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym w Klimontowie, gdzie w jednej szkole przepracowałam 35 lat na stanowisku nauczyciela języka polskiego. W między czasie wyszłam za mąż i urodziłam dwie córki, doczekałam się pięciorga wnucząt i późnej starości. Życie upłynęło mi w pracy, trudzie i znoju, ale także w zadowoleniu i pomyślności. Cieszyłam się zawsze uczuciami miłości rodzinnej, zdrowiem moich najbliższych, uzdolnieniami moich córek i wnuków oraz spełnieniem się moich marzeń i pragnień.

Klimontów, marzec 2001 r.

Źródło: Zeszyty Połanieckie nr 2 z 2002 r.
pod red. Mieczysława Machulaka.


 Materiał źródłowy


“Zeszyty Połanieckie” nr 2 z 2002 r. Wspomnienia pani Zofii Przybylskiej zamieszczono na str. 13-22. Kliknij na grafikę żeby pobrać dokument źródłowy.

* * *

Historia pani Zofii uczy nas jednego. Prawdziwe bohaterstwo to nie zawsze walka z bronią w ręku w głębokim lesie. Czasem to po prostu wielka chęć życia i przetrwania. To uparta nauka czytania przy słabym świetle karbidówki. To pajda pachnącego chleba oddana obcemu, głodnemu dziecku w środku nocy. To ukrywanie książek, za które groziła śmierć.

Wojna zabrała tym młodym ludziom beztroskę. Zamiast spacerów musieli patrzeć na łapanki i terror na ulicach Połańca. Nocami kryli się przed bombami w ciasnych piwnicach. A jednak się nie poddali. Kiedy myślimy o wojnie, widzimy głównie żołnierzy. Pani Zofia pokazała nam inną stronę tamtych dni. Pokazała nam matki piekące chleb, gdy z nieba lecą pociski. Pokazała młode dziewczyny, które po cichu składały harcerską przysięgę w ruszczańskim lesie. Uczyły się w ukryciu, marząc o normalności.

Dziś trudno nam wyobrazić sobie pieszy marsz osiemnastu kilometrów na egzamin dojrzałości. Dla tamtej młodzieży był to jednak piękny marsz po własne marzenia. Zmęczone nogi nie miały znaczenia. Ważny był cel. Powyższe wspomnienia z Połańca to zapis wielkiego strachu, ale i ogromnej siły. Są dowodem na to, że w najgorszych czasach można ocalić swoje człowieczeństwo i godność.

Dzięki takim szczerym relacjom, spisanym z perspektywy osoby, która była świadkiem tamtych czasów, tamte dni nigdy nie zostaną zapomniane. Wspomnienia pani Zofii pozwalają nam dotknąć trudnej przeszłości. Widzimy wojnę oczami zwykłej dziewczyny, a nie generałów z grubych podręczników. Hitlerowski terror miał zniszczyć ludzi i odebrać im resztki nadziei. Zderzenie młodości z bezlitosną machiną wojenną było bardzo brutalne. Ostatecznie jednak to właśnie młodość odniosła zwycięstwo. Walka toczyła się przecież nie tylko w lesie z bronią w ręku. Toczyła się w domach i w sercach. Zofia i jej rówieśnicy ocalili swoją godność i normalność. Przetrwali najgorszą burzę i nie dali się złamać. Zaraz po odejściu wroga poszli do szkoły. Zmęczeni, ale szczęśliwi zdali maturę i poszli na studia. Potem z zapałem uczyli kolejne pokolenia. W ten sposób podnieśli się z ruin. Z wielką nadzieją zbudowali zupełnie nowy świat.

Zdjęcia roześmianych młodych ludzi na moście nad Czarną w 1945 roku, od których rozpoczęliśmy nasz wpis, mówią same za siebie. Ludzie Ci przeszli przez piekło, ale wyszli z niego z podniesioną głową. Pani Zofia przetrwała najgorsze lata okupacji. Udało się jej założyć rodzinę i przez dekady z pasją uczyć kolejne pokolenia. Niestety nie mamy wiedzy jak potoczyły się dalsze losy pani Zofii po 2001 roku, będziemy bardzo wdzięczni za informacje.

Kiedy współcześnie bezpiecznie spacerujemy po rynku w Połańcu lub stoimy na moście nad rzeką Czarną, pomyślmy przez chwilę o tamtych ludziach. Przypomnijmy sobie ich strach, gdy nocą z nieba leciały bomby. Pamiętajmy o ich odwadze, kiedy w tajemnicy czytali zakazane książki i dzielili się chlebem. Przetrwali najgorszą próbę czasu, abyśmy my mogli dzisiaj żyć w spokoju.

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...