Elektryk z Łodzi, który zawstydził gospodarzy. Historia z Połańca 1970 roku u progu gierkowskiej dekady

Łukasz OrłowskiReportaż16 stycznia, 2026205 Wyświetleń

Kiedy Marian Graczykowski porzucał łódzką fabrykę włókienniczą, nikt nie wierzył, że „miastowy” poradzi sobie na roli. Fot. Grafika ilustracyjna z Tygodnika rolniczego.

Pan Marian Graczykowski dzięki technicznemu umysłowi i wierze w naukę osiągnął wydajność, o jakiej starzy gospodarze mogli tylko pomarzyć. Dlaczego „miastowy” porzucił fabrykę dla roli? Jakim cudem w kraju wiecznego niedoboru dorobił się luksusowej Wołgi, którą parkował obok własnoręcznie wyremontowanych traktorów?

rudzień 1970 roku to w polskiej pamięci zbiorowej przede wszystkim czas tragicznych wydarzeń na Wybrzeżu i zmierzchu epoki Władysława Gomułki. Jednak podczas gdy w Gdańsku i Gdyni decydowały się losy państwa polskiego, w sennym i spokojnym naówczas jeszcze Połańcu, dokonywała się inna, cicha rewolucja. I w tym właśnie czasie redaktor Bogusław Rajchert, reportażysta miesięcznika „Przemiany”, spotkał człowieka, który swoją postawą można powiedzieć wyprzedził epokę, w której żył.

Pan Marian Graczykowski nie był typowym rolnikiem. Jako elektryk z wykształcenia z wielkomiejskiej Łodzi, przybył do naszego Połańca z bagażem doświadczeń technicznych i mentalnością, która w oczach co poniektórych mieszkańców graniczyła z szaleństwem. Podczas gdy inni narzekali na brak ziemi, on na zaledwie 3 hektarach stworzył nowoczesną gospodarkę, bijąc na głowę wydajnością 16-hektarowe gospodarstwa starego typu. Symbolem jego sukcesu stała się również przywołana w reportażu Wołga, czyli samochód utożsamiany z partyjną elitą, którą p. Graczykowski parkował obok własnoręcznie wyremontowanych traktorów. Czy był to model Wołgi GAZ-21 czy też GAZ-24 tego niestety nie wiemy. Skąd wziął na to pieniądze w kraju wiecznego niedoboru? Jak „obcy” z miasta zdołał przełamać wiejską tradycję i nieufność? Zapraszamy do lektury trzeba szczerze powiedzieć ciekawego reportażu z grudnia 1970 roku, a opublikowanego w styczniu w kieleckim czasopiśmie “Przemiany”. Artykuł jest poza samym portretem zaradnego Polaka, przede wszystkim interesującym zapisem momentu, w którym polska wieś zaczęła marzyć o gierkowskim dobrobycie.

* * *


 Połaniec, grudzień 1970 r.


Dlaczego tak wybrałem, trudno odpowiedzieć. Znaczy: dziś wiem, że wybrałem dobrze, chociaż… Czy lubiłem wieś? A można lubić – nie lubić, jeśli się nie zna? Dla mnie wieś wtedy to rzeka, las, zielona trawka i krówki w dali na łące. Wtedy, cóż… Ojciec łódzki stolarz, od pokoleń Graczykowscy rolnictwem się nie parali. Byłem elektrykiem, pracowałem w fabryce włókienniczej „u Łukasiewicza”. Ani mi zmiana w głowie. Ale dziewczyna w głowę wlazła. Studentka. Fajf jeden, drugi – po trzech miesiącach ślub. Jesienią pięćdziesiąt pięć. Akurat zrobiła magisterium, poszła do apteki. Otrzymaliśmy pokój we wspólnym mieszkaniu. U pani Święcickiej na Pierwszego Maja.

Słucham? Owszem – nielekko. Przyszły dzieci. W pięćdziesiątym siódmym – Wojtek, w ósmym – Dzidzia, Kołowrotek, kieracik, rutyna. Fabryka, apteka, tramwaj, sklep, żłobek. Ile takich lat, co dalej? Nie, nie narzekam. Tłumaczę.

Żona kiedyś powiada: warto Marian, żebyś się jeszcze pouczył, dzieci wyślemy na wieś do dziadków. Aha, prawda – wżeniłem się przecież w hektary. Tak, tak. U teściów, u Kwiatkowskich w Ossali pod Połańcem – ich szesnaście. I młyn. Klawo.

Klawo? Nie, nie było klawo. Ze świetności chłopskiego rodu – wspomnienia. Dzieci odeszły. Maria – ta moja – już pan wie. Jeden syn – lekarz, drugi – lekarz, trzeci – inżynier. Dwoje starych ludzi i ich kusa duma z karier dzieci. Kusa, oj, kusa. Bo młyn dawno milczy, rak próchna go toczy, a zagony piachem w oczy sypią…

Babcia wnuki bawi, dziadek coraz markotniejszy, za każdym spotkaniem widzę: coraz mu trudniej. Aż wreszcie: ziemię rozpuszczę – powiada – rozdam. W owym czasie ziemię wolno było dzielić. Rozdam. Ba, komu? Jeden syn – lekarz – za nic nie chce. Drugi, inżynier, wziął sześć hektarów. Zalesił. Trzeci – doktor – końcem przystał na siedem. Doskakuje z daleka, coś tam uprawia. Zresztą do tego jeszcze wrócę.

W urlop latem pięćdziesiąt dziewięć chcę pomóc – łapię kosę. Jedno przejście – pot zimny… Klops. Śmiech ojca: tu trzeba siły. Łapię za pług: tata da. Dał. Orzę, dociska, cepigi, pług wyłazi z gleby, tańczy. Wieczorem łapy spuchnięte, pęcherze. Ojciec: chciałeś siłą, a tu głową trzeba.

Całą noc nie spałem. A kiedy teść poprosił: zostań, zrozumiałem jak tej ziemi konieczny człowiek, skoro już nawet takiego jak ja proszą.

Może bunt, może przekora? Może ambicja? Może wszystko razem? Cóż, wybrałem.

Maria dostała pracę w aptece w Osieku. Woziłem ją świątek-piątek do roboty. Motorowerem. No i uczyłem się – jak kiedyś prosiła. Tylko że innego, nowego zawodu. Zawód…

Czy zawiodłem się a wsi, na rolnictwie? Wie pan, właściwie wszystko wszystkiemu przeczyło. Książki, instrukcje, podręczniki – co innego. Tradycja, przyzwyczajenia, praktyka – co innego. Zawierzyłem książkom. I własnemu, oczyszczonemu z sentymentów rachunkowi. Wypadało: trzy hektary ziemi, ziemi nawet czwartej klasy, mogą być majątkiem.

Sprzedaliśmy konia.

Szwagier, inżynier, trochę pomógł – w sześćdziesiątym drugim kupiliśmy traktor. Grat z trzecich rąk. Ale wyrychtowałem – znałem się, jeszcze z łódzkich czasów miałem prawo jazdy.

Traktorem na zagonach trudno – dobra. Dobra, lecz czy muszą być zagony? Czy nie można zmniejszyć ilości upraw, ujednolicić?

Żona zmieniła miejsce – otrzymała aptekę w Połańcu. Przy aptece mieszkanie. Pokusa zbyt wielka. Przenieśliśmy się. Do pola dziesięć kilometrów. Słucham? No, ja wsi, rolnictwa nie wiązałem z rezygnacją, z poświęceniem. Zresztą, czy się chce czy nie chce, tak właśnie kiedyś być musi. Zwarta osada rolników z urbanistycznymi ułatwieniami i dalej pola – kompleksy klarowne, przestrzenne. Przepraszam – po kolei…

Nie woziłem już żony do pracy. I ja robotę miałem pod blokiem. W budynku gospodarczym za apteką założyłem hodowlę. A że na pola, uprawiać i po paszę…?

Był motorower, szybki traktor z przyczepą…

Hodowla trzody chlewnej – osiem rasowych sztuk. I krowa.

Ze świnkami ładnie wyszło. Odstawiłem, zarobiłem, kupiłem następne. Więcej.

Teść, który początkowo chyba nami się nie martwił – a teraz już do dawnych trosk się nie przyzna – wreszcie się zgodził. Sprzedał niepotrzebne klamoty, swój inwentarz sprzedał. Sprowadzili się teściowie do nas do Połańca.

Było nieco grosza, nabyliśmy plac pod nowoczesną chlewnię i oborę i pod dom własny na przyszłość.

Ale krówka, cholera, dawała półtora litra. Masz!

Przez trzy lata odstawiłem osiemdziesiąt sztuk? Pewnie więcej, musiałbym sprawdzić. Nie o to chodzi.

Chodziło właśnie o więcej. O więcej zrozumienia, uznania. Mówiąc o uznaniu, mam na myśli coś innego. Wejście w środowisko, przychylność otoczenia. Rzecz dotąd różnie wyglądała. Pewnie – robiłem błędy. Czy kupienie „Wołgi” stanowi błąd, śmiesznostkę? Przydziału nikt by mi nie dał. Do sprzedania na wolnym rynku była akurat „Wołga”. Zresztą, chcielibyśmy mieć szybki, mocny wóz. Przez jedenaście lat ani razu nie byliśmy na urlopie. Żona w gospodarstwie i w aptece. Tylko to i tylko to. Więc na dzień, najwyżej dwa dni, dwa razy w roku – wyskok do Krynicy, kilka razy w roku, na trzy godzinki – na dansing do Krakowa. Prosto z obory, z chlewnie, z pola… Inaczej nie można, ale można tak – „Wołgą”. Snobizm? Ktoś stawia zarzuty? Milczę.

Milczę i robie swoje.

Pan się dziwi, redaktorze? Tak, to obora. Światło być musi, przeszklenie i muszą być wybiegi. Przecież moje krowy nie chodzą na pastwisko. Paszę zawsze dowiozę. Co? A… obora zagrodowa numer sześć. najpierw dunka „Mada”, później dunka „Dalia” i holenderka „Krasa”. Jedną tylko „Krasą” kupiłem zwyczajnie na targu. Ale poznałem się. Zabiedzona była sucha. Dziś ma księgę, wstępną. Ile? Obecnie dwie krowy, jałówka, byczek, cielak. I chlewnia. I trochę róż…

Staram się, proszę pana, żeby wszystko, co trzymam, co uprawiam, było klasy i rasy najwyższej. Przecież – krowa na przykład czy rasowa, czy zwyczajna, wymaga takich samych zabiegów i zje tyle samo. A dochód z rasowej kilkakrotnie większy.

Teść na szesnastu hektarach trzymał konia, cztery marne krówki, świnki dwie. Naturalnie, przy tradycyjnej gospodarce…

Ja na swoich trzech – już mówiłem… A uprawy stosuję pastewne.

Ludzie się przyzwyczaili. Przyzwyczaili się do mojej obory – mechanicznych poideł, dojarki. To tak. Że świnie mogą mieszkać w piętrowej chlewni – też się pogodzą. Ale na wiosnę heca będzie…

Konstruuję specjalną przyczepę do traktora. Będę woził bydło na pastwisko. Przecież dziesięć kilometrów…

Jak się to mówi: nie jestem biedny. Że co, że miałem ułatwiony start? Niech pan wierzy – nikt mnie nic nie dał. Prócz ziemi. A ziemia – pan widzi. To bardzo dużo. Jak się umie – wszystko.

Wszystko… Zgoda – wszystko, prawie wszystko mam. I kosiarkę, i wirówkę, i… Dobrze – pokażę. Wiele ze sprzętu skonstruowałem własnoręcznie, dostosowałem, przerobiłem. Wiele nabyłem za pomocą SOP.

Kto się dziwi, niech pamięta – to jednak sporo czasu. Jedenaście lat. Jednakowych, niby, podobnych…

Przepraszam, zapomniałem. Gadam: wszystko, wszystko…, a mieszkalny dom? Jedenaście lat go budujemy w Połańcu. Jeszcze niegotowy. Problem kolejności…

Będzie z łazienką, z centralnym. Tylko – najpierw nowy traktor. Strasznie trudno otrzymać. Może uda się wziąć na spłaty tucznikami. Sześćdziesiąt tuczników. Obliczamy z Marią – radę da.

Czy już wszystko? Ba! Rodzinny plan przewiduje: obok obory zarodowej, obok chlewni – hodowla opasów. Tak, opasów – no: bukatów. Dziesięć sztuk rocznie.

Za ładnie? Ładnie, ładnie, ale nie wszystko dobrze. Nie ze wszystkim sobie poradziłem. Takim rolnik: kosić nie umiem, orać koniem nie potrafię.

Żartuję. Nie to jest zmartwieniem i nie to dziś potrzebne.

Potrzeba nam chwil, których brak. Na książkę, teatr, na wycieczki z dziećmi. Od przyjazdu tutaj ani ja, ani żona nie byliśmy w teatrze. Przed telewizorem zasypiamy. Tak, redaktorze – jednak mimo mechanizacji.

Ale rzecz chyba w braku pełnego planu i… I właśnie w tym, że człowiek nie jest sobkiem. O sobie trudno mówić. Po prawdzie – mało się udzielam. Jestem tylko kierowcą ochotniczej straży pożarnej. Maria zaś…

Jednoosobowa obsada apteki. Wiele godzin za ladą, na zapleczu. Dwudziestoczterogodzinne pogotowie. Gdyby żona rzuciła farmację, ulżyłoby nam – więcej czasu dla gospodarki, więcej dla siebie i dochód znacznie większy. Lecz czy można, czy wolno? Studiowała, uzyskała dyplom. To jej zawód, pierwszy obowiązek. Taki jak i mój zawód i obowiązek – rolnictwo.

Są przecież sprawy, których nie można wyliczać w złotówkach, w kilogramach masła czy ilością przejechanych kilometrów.

Zgadałem się z jednym. Tłumaczy: u was Graczykowski wszystko po innemu, bo ty z miasta. Część prawdy – owszem: nie mam oporów i nawyków wykształconych wiekami. Jestem rolnikiem z wyboru – nie z dziedzictwa. Ale czy cała prawda?

Bo co to dziś znaczy: ze wsi – z miasta? Czy aż tak dużo znaczy? Rolnictwo – zawód ze specyfiką, ale po prostu zawód.

Proszę pana, brat żony – mówię o tym, co ziemię zatrzymał – chłop z urodzenia, wybrał zawód lekarza. Teraz znowu swego syna Leszka do technikum rolniczego kieruje.

Dziwne komu? Chyba nie. Bo co to jest ziemia?

Dziś ziemia jest, może być i powinna – jak kopalnia, jak fabryka.

red. Bogusław Rajchert
W listopadzie 1970 zanotowane w Połańcu nad Wisłą.

* * *


 Materiał źródłowy


Miesięcznik społeczno-kulturalny “Przemiany”, nr 11, Kielce, styczeń 1971 r. | artykuł o Połańcu na str. 7 (przejdź do gazety).

* * *

Historia zaprezentowana w reportażu o p. Marianie Graczykowskim, na pierwszy rzut oka może brzmieć jak opowieść o sukcesie z czasów słusznie minionej epoki. Jednak gdyby wczytać się w nią uważniej, to kryje w sobie głębokie pęknięcia. Z powyższego tekstu ukazującego jego losy możemy się dowiedzieć, że za każdą nowocześnie wyhodowaną świnię czy krowę i każdy kilometr przejechany luksusową Wołgą, bohater płacił ogromną cenę. Był nią długotrwały brak czasu, brak urlopów od jedenastu lat oraz postępująca izolacja kulturowa. Pan Marian na pewno udowodnił, że w rolnictwie liczył się kapitał intelektualny i mechanizacja, a nie tylko areał. Swoim podejściem do życia i zarządzania zapowiadał nową epokę, która obiecywała obywatelom modernizację i wzrost poziomu życia.

Pani Maria Graczykowska, wykształcona farmaceutka, oraz jej mąż inżynier wyróżniali się nowoczesnym stylem życia na tle tradycyjnego otoczenia, zasypiając ze zmęczenia przed telewizorem w domu, który miał być spełnieniem ich marzeń. Wielokrotnie miałem okazję być u p. Marii w aptece przy ul. 11 listopada, kupując leki dla babci czy dziadka. Pana Mariana nie miałem okazji poznać. W każdym bądź razie państwo Graczykowscy zapisali się w historii Połańca. Pani Maria w 1961 r. przejęła obowiązki aptekarki w nowooddanym przez Centralę Aptek Społecznych w Kielcach piętrowym budynku na Placu Uniwersału Połanieckiego w Połańcu. Później pracowała we własnej aptece przy wspomnianej ul. 11 listopada. W 1977 roku, w wigilię Bożego Narodzenia p. Maria i p. Marian przekazali w darowiźnie piękny sztandar dla Ochotniczej Straży Pożarnej, którzy chcieli zadośćuczynić tradycji wspierania straży. Oficjalne wręczenie sztandaru odbyło się 28 maja 1978 roku na Placu Uniwersału Połanieckiego.

Reportaż redaktora Rajcherta stanowi unikalny dokument ukazujący potęgę indywidualnej inicjatywy. Autor pokazał jak dzięki pomysłowości i trzeźwemu myśleniu próbowano wyrwać się z objęć biedy, budując fundamenty pod własny, prywatny kapitał i co najważniejsze, w realiach Polski Ludowej, które teoretycznie taką aktywność wykluczały.



Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...