
W Archiwum Cyfrowym Archidiecezji w Krakowie znajduje cenny pergamin Jana Komorowskiego z 1550 r. Dokument kasztelana połanieckiego jest oknem na XVI-wieczną Polskę, jej prawo i życie codzienne.

rzeszukując ostatnio zasoby cyfrowe Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie udało się nam odnaleźć niezwykle cenny rękopis. Jest to stary dokument, spisany na kawałku pergaminu. Jego autorem jest wybitna postać historyczna Jan Komorowski (1490-1556). Pełnił on w tamtym czasie bardzo ważną funkcję państwową, mianowicie kasztelana połanieckiego.
Akt wprawdzie nie jest bezpośrednio związany z Połańcem, jednak nie zmienia to faktu, że sam w sobie jest ciekawy, a klamrą nadającą mu lokalny kontekst jest osoba Jana Komorowskiego. A my nie możemy przejśc obok takich ciekawostek. Dokument nie jest anonimowy i nosi bardzo dokładną datę. Posiada również określone miejsce wystawienia. Powstał w Krakowie i został spisany dokładnie 1 sierpnia 1550 roku. Pergaminy z XVI wieku to prawdziwe, fascynujące pamiątki przeszłości, które kryją w sobie niezliczone tajemnice. Opowiadają o życiu naszych dalekich przodków. Dzięki nowoczesnym procesom cyfryzacji możemy je dzisiaj łatwo badać i analizować z bliska, bez konieczności odwiedzenia stacjonarnego archiwów. Nie ma przy tym żadnego ryzyka niszczenia oryginałów.
Dawne archiwa przechowują tysiące starych kart. Każda z nich ma swoją unikalną historię. Ten konkretny dokument z Krakowa jest o tyle wyjątkowy, że łączy on ze sobą dwa bardzo odległe od siebie regiony dawnej Rzeczypospolitej. Z jednej strony opowiada o losach miasta Połaniec, czyli miejsca w którym wystawca pełnił swój wysoki urząd państwowy. Z drugiej strony dokument ten przenosi nas do miasta Żywiec. Wspomina również o bardzo małych, okolicznych wsiach. Tereny te były wielką, prywatną własnością majątkową rodu Komorowskich.
W dzisiejszym spotkaniu z materiałami archiwalnymi chcielibyśmy przedstawić pełny obraz tego znaleziska. Zawiera ono dokładne omówienie łacińskiego tekstu. Prezentuje również jego polski przekład. Chcieliśmy również w pełni oddać szerokie tło historyczne tamtych odległych wydarzeń. Dokument opisuje codzienne, zwykłe życie i przedstawia struktury dawnej władzy. Omawia potężną rodzinę Jana Komorowskiego. Wyjaśnia zasady funkcjonowania starych urzędów. Opisuje mechanizmy feudalnej gospodarki rolnej. Przedstawia rolę dawnych instytucji kościelnych. Analiza źródła pozwala w pełni zrozumieć zasady funkcjonowania całego XVI w. państwa polskiego.
Zanim przejdziemy do treści, musimy spojrzeć na sam dokument. Konieczne jest przyjrzenie się samemu nośnikowi informacji. Dokument z 1 sierpnia 1550 roku został spisany na dużym arkuszu. Arkusz jest prawdziwym pergaminem, składającym się z awersu i rewersu. Przednia strona aktu (awers) nazywana jest w nauce “recto”. Dokument jest stosunkowo duży. Został wykonany z grubej skóry w odcieniu lekko żółtawym. W wielu miejscach widać jednak wyraźne zęby czasu.
Na materiale znajdują się liczne plamy i przebarwienia. Krawędzie całego arkusza są bardzo lekko postrzępione. Dokument nie leżał zawsze płasko, bo przez setki lat był starannie złożony w małą kostkę. Świadczy o tym widoczna siatka załamań w postaci widocznych dwóch bardzo głębokich linii poziomych. Widoczne są również dwie linie pionowe tworzące na pergaminie równą siatkę prostokątów. Jest to układ trzy na trzy. Taki specyficzny sposób składania bardzo ułatwiał przechowywanie. Material źródłowy zajmował dzięki temu mało miejsca. Można go było łatwo wrzucić do drewnianej skrzyni archiwalnej.
Sam tekst został na nim napisany niezwykle starannie. Autor użył do tego bardzo ciemnego atramentu, który w dużej mierze zachował swoją dawną, intensywną barwę. Pisarz w kancelarii rozpoczął swoją mozolną pracę od lewego, górnego rogu. Margines po lewej stronie jest utrzymany bardzo równo. Prawa strona łacińskiego tekstu jest już nieco bardziej nieregularna. Litery są ułożone w równych, gęstych liniach. Najbardziej rzuca się w oczy pierwsza, ozdobna litera. Jest to potężna litera “I” otwierająca całe pismo. Rozciąga się w pionie na wysokość kilku linijek zwykłego tekstu. Litera jest mocno pogrubiona. Wewnątrz niej widać dekoracyjne, cienkie przeplatając się linie. Przypominają one dzikie, roślinne pnącza. Taki bogaty styl graficzny był bardzo modny w epoce europejskiego renesansu.
Dół tego pięknego pergaminu został specjalnie przygotowany przez pisarza. Dolna, pozioma krawędź została celowo zagięta do góry. Powstała w ten prosty sposób podwójna warstwa mocnej skóry. Ten specyficzny element dyplomatyczny nosi nazwę pliki. Plika ta fizycznie wzmacniała dolną część pergaminu. Na samym środku tej zagiętej pliki znajdują się dwa wąskie otwory (dziurki), przez które przeciągano dawniej gruby sznur lub skórzany pasek. Na pasku wisiała ciężka, woskowa pieczęć wystawcy stanowiąca faktyczny dowód ważności każdego aktu prawnego. Bez niej pergamin był tylko bezwartościowym kawałkiem skóry. Niestety, na załączonym zdjęciu tej pieczęci już nie ma. Prawdopodobnie wyschła z czasem lub mogła popękać na kawałki. Ostatecznie całkowicie zaginęła w ciągu minionych wieków. Zostały po niej tylko puste dziurki na dole arkusza.

Drugi ze skanów ukazuje nam tylną stronę nazywną fachowo “dorso”. Strona jest w absolutnej większości całkowicie pusta. Widać tu jednak bardzo wyraźnie układ dawnych, głębokich zagięć materiału. Linie zagięć na plecach dokumentu są znacznie ciemniejsze niż reszta skóry w brązowym odcieniu. Zbierał się w nich powoli brud i gromadził kurz przez kilkaset lat leżenia w skrzyni.
Na pozornie pustej stronie znajdują się jednak niezwykle ważne notatki historyczne. “Anno dom[ini] 1551 Die Martis xxvij mens[is] Maij Gn[erosu]s d[omi]n[u]s Joannes Komorowski Castellanus Polanecen[sis] in Zywiecz et Komorow heres p[rese]ntes l[ite]ras (…) (…) d[omi]no Petro (…) Petrus Porembski, Cano[ni]co et offi[cia]li g[e]n[er]ali Crac[oviensi] (…) in eisdem contenta confirmare et approbare dignaretur” (“Roku Pańskiego 1551, we wtorek 27 miesiąca maja, Urodzony pan Jan Komorowski, kasztelan połaniecki, dziedzic na Żywcu i Komorowie, obecny dokument panu Piotrowi Porębskiemu, kanonikowi i oficjałowi generalnemu krakowskiemu aby zawarte w nich [treści] potwierdzić i zatwierdzić raczył”.) Zostały one szybko zrobione przez dawnych archiwistów porządkujących zbiory. Dopiski bardzo ułatwiały codzienną pracę w wielkiej kancelarii kościelnej. W prawej, dolnej części siatki zagięć widać największy taki napis. Został on naniesiony na panelu, który znajdował się na samym wierzchu po złożeniu aktu w kostkę. Pismo jest tu bardzo szybkie. Jest ono też znacznie mniej staranne niż tekst główny. Zapisano tam krótkie łacińskie słowa “Fundatio Altaris nativitas B.M.V. in Zywiecz”. Zdanie to oznacza po polsku dosłownie fundację ołtarza Narodzenia Najświętszej Marii Panny w mieście Żywcu. Notatka działała jak nowoczesny tytuł na grzbiecie książki. Pozwalała urzędnikowi szybko zidentyfikować treść bez konieczności rozkładania całego pergaminu.
Inne, znacznie mniejsze i mocno wyblakłe napisy znajdują się na lewej krawędzi arkusza. Wśród tych zapisków można odnaleźć roczną datę “1551”. Świadczy to o tym, że dokument został poprawnie zakatalogowany w archiwum już rok po jego oficjalnym wystawieniu w Krakowie.

Pergamin był w XVI wieku materiałem niezwykle drogim. Wynikało to z trudnego procesu jego wytwarzania. Pergamin jest niczym innym jak specjalnie wyprawioną skórą zwierzęcą. Używano do tego celu skór cielęcych, owczych lub kozich. Proces przygotowania takiej skóry trwał wiele długich tygodni iwymagał wielkiej wprawy i wiedzy. Najpierw surową skórę długo moczono w wodzie wapiennej. Robiono to po to, aby usunąć z niej całą sierść i zmiękczyć również sam materiał. Następnie mokrą skórę mocno naciągano na wielkie, drewniane ramy. Tam powoli ją suszono na powietrzu.
Podczas suszenia skórę bardzo intensywnie skrobano. Używano do tego ostrych noży w kształcie półksiężyca. Skrobano obie strony skóry po to, aby uzyskać idealnie gładką powierzchnię do pisania. Na koniec materiał pocierano specjalnym pumeksem. Następnie wcierano w niego sproszkowaną kredę, której zadaniem było wchłonięcie resztek zwierzęcego tłuszczu. Dzięki temu zabiegowi gęsty atrament nie rozmazywał się potem na gładkim pergaminie. Tak przygotowany materiał był bardzo trwały. Kosztował jednak majątek. Wykorzystywano go wyłącznie do najważniejszych aktów prawnych. Używano do fundacji, przywilejów i aktów własności. Natomiast zwykłe, codzienne listy do znajomych pisano już w tamtych czasach na znacznie tańszym papierze z celulozy.
Trwałość dokumentu to zasługa jeszcze jednego wynalazku. Chodzi o użyty w nim atrament. Pismo naniesiono ciemnym płynem, prawdopodobnie za sprawą popularnego wówczas atramentu żelazowo-galasowego. Atrament wytwarzano z bardzo dziwnych składników. Podstawą były galasy, małe, kuliste narośla pojawiające się na liściach dębów. Powstawały one po ukąszeniu drzewa przez małe owady galasówki. Galasy zbierano, suszono i mielono na drobny proszek, który zawierał dużo kwasu galusowego. Następnie mieszano go z wodą lub młodym winem. Do tego dodawano siarczan żelaza, znany wtedy pod nazwą koperwasu żelaznego. Na koniec dolewano trochę gumy arabskiej dla nadania połysku i lepkości. Atrament, zwany dawniej inkaustem, po nałożeniu na jasny pergamin wchodził w silną reakcję chemiczną ze skórą. Z czasem wrzynał się w nią niezwykle mocno i nie można go było po prostu zmyć wodą. Dzięki temu stary tekst jest doskonale czytelny nawet po upływie pięciuset lat.
Każdy ważny, oficjalny dokument w polskim państwie w XVI wieku miał swoją stałą budowę. W wielkich kancelariach urzędowych nie pisano zupełnie niczego w sposób chaotyczny. Pisarze przestrzegali sztywnych zasad dyplomatyki. Zasady wywodziły się w prostej linii jeszcze ze starych, średniowiecznych tradycji. Akt wystawiony przez bogatego kasztelana połanieckieg Jana Komorowskiego w pełni i idealnie wpisuje się w ten klasyczny, rygorystyczny schemat prawny. Znajomość tych poszczególnych części dokumentu ułatwia czytanie. Bardzo pomaga w dobrym zrozumieniu całego, trudnego tekstu. Ułatwia też odkrycie prawdziwych intencji jego zacnego autora.
I tak w starym dokumencie z 1 sierpnia 1550 roku możemy wyróżnić następujące, stałe elementy:
Taki rygorystyczny i powtarzalny układ dawał ogromną pewność prawną. Nikt żyjący nie mógł łatwo obalić czy podważyć dokumentu zredagowanego w tak profesjonalny sposób. Było to niezwykle ważne w sprawach dotyczących dużego majątku. Fundacje kościelne i szpitalne musiały być wolne od ewentualnych roszczeń chciwych spadkobierców. Musiały działać długo po śmierci fundatora. Więc zabezpieczenie majątku przed rozpadem było priorytetem rodów. Dlatego właśnie Jan Komorowski zatrudnił najlepszych pisarzy w Krakowie. Zapłacił im dobrze, aby sporządzili ten tekst zgodnie z twardą literą szlacheckiego prawa.
Dokument fundacyjny Komorowskiego został w całości spisany w języku łacińskim, całkowicie uniwersalnym języku urzędowym Europy. Jego płynna znajomość była po prostu niezbędna do funkcjonowania na dworze. Bez znajomości łaciny nikt nie zrobiłby kariery w wielkiej polityce. Na podstawie łacińskiego tekstu, staraliśmy się dokładnie go prztłumaczyć. Język użyty w przekładzie został delikatnie dostosowany do współczesnych zasad językowych. Miało to na celu znaczne ułatwienie odbioru dla naszych czytelników. Jednocześnie staraliśmy się mocno zachować oryginalnego ducha tamtej epoki.
“W imię Pana, amen. Na wieczną rzeczy pamiątkę. Ponieważ dobrze wiadomo, że pośród wszystkich innych pobożnych dzieł na ziemi, z których Pan Bóg wszechmogący cieszy się najbardziej w niebie, wspieranie kościołów jest czynem wielkim i dobrym. Dlatego właśnie my, Jan Komorowski, prawowity Kasztelan Połaniecki. Będąc jedynym, prawym dziedzicem tych wielkich dóbr. Mając zawsze na uwadze zbawienie i dobro dusz, pragniemy wesprzeć biedne instytucje w naszym pięknym mieście Żywcu. Niniejszym ważnym dokumentem ustanawiamy nowe prawa. Z naszych bogatych dóbr dziedzicznych przenosimy podatki. A mianowicie czynimy to z naszych starych wsi Ślemień oraz Kocierz. Przenosimy z nich pewne bardzo stałe dochody roczne. Pieniądze te mają być od teraz przeznaczone na wsparcie miejscowych księży. Mają one trafić prosto do plebana kościelnego. Część trafi też do dzwonnika. Reszta powędruje do miejscowego ołtarzysty w mieście Żywcu. Ponadto, zebrane w ten sposób fundusze mają stale wspierać stary szpital dla ubogich, który w mieście naszym Żywcu od dawna się znajduje. Surowo zarządzamy, aby z wymienionych małych wsi, co roku i na zawsze płacono. Wypłacać należy wyznaczoną, stałą kwotę w dobrych i rzetelnych monetach królewskich. Pieniądze te posłużą długo na utrzymanie małego ołtarza. Ołtarz ten nosi wielkie wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Znajduje się on na stałe w tutejszym, murowanym kościele parafialnym. Sam ołtarzysta zaś ma święty obowiązek pracować. Ma on odprawiać za te zebrane fundusze regularne i zgodne z prawem msze święte. Msze te mają być co tydzień ofiarowane za całkowite odpuszczenie wszystkich grzechów naszych. Będą też odprawiane za zbłąkane dusze naszych drogich przodków. Ofiarujemy je za spokój całej naszej rodziny w czyśćcu. Mocno zobowiązujemy też pospolitych chłopów i zwykłych mieszkańców ze wspomnianych wyżej wsi Ślemień i Kocierz, aby opłaty te uiszczali co do grosza. Mają to robić zawsze w ustalonym z góry terminie rocznym. W razie jakichkolwiek zaniedbań z ich strony, chłopi poniosą odpowiednio surowe kary majątkowe. Na dowód szczerości i w celu zapewnienia dużo większej pewności wszystkich tych szlachetnych postanowień. Poleciliśmy ten ważny list spisać na skórze. Poleciliśmy go naszą własną pieczęcią woskową dokładnie opatrzyć. Dane to ostatecznie zostało na dworze w mieście Krakowie. Dnia pierwszego bieżącego miesiąca sierpnia. W roku od Narodzenia Pana naszego tysiąc pięćset pięćdziesiątym. Spisano to w bezpośredniej obecności wiarygodnych świadków oraz królewskich urzędników.”
Powyższy tekst jest prawdziwym arcydziełem ówczesnej sztuki perswazji i retoryki. Każde słowo zostało tu niezwykle starannie i sprytnie dobrane. Wyznania i deklaracje religijne płynnie mieszają się tu z bardzo twardymi, bezwzględnymi nakazami. Nakazy te były wymierzone prosto w żyjących tam chłopów. Dokument był wyznaniem mocnej wiary chrześcijańskiej. Jednocześnie działał jako bezwzględny, lokalny nakaz podatkowy z groźbą kary.
Dokładne tłumaczenie dokumentu bardzo szybko ujawnia nam jego głęboki cel. Mimo użytego tytułu wielkiego wystawcy, akt nie ma nic wspólnego z państwem. Nie jest to żadne państwowe pismo dotyczące handlu w samym Połańcu. Nie mówi on nic o wojnie ani o sprawach granicznych wielkiej kasztelanii. Jest on czysto prywatną inicjatywą jednego, bardzo bogatego człowieka. To prywatna fundacja o podłożu religijnym działająca wyłącznie na rzecz rozwoju podległego mu miasta Żywca. Jan Komorowski działał tu jako troskliwy, ale i równocześnie niezwykle twardy i wymagający właściciel wielkich ziem. Pełne i doskonałe zrozumienie tego dokumentu wymaga od nas poszerzenia wiedzy. Trzeba najpierw jasno wyjaśnić kilka ważnych słów, które mocno funkcjonowały w języku XVI wieku.
Po pierwsze akt powołuje sprytnie do życia nowe, stałe dochody, które zostały przeznaczone dla kapłana zwanego popularnie “ołtarzystą” (z łacińskiego słowa Altariste). Urzędowy ołtarzysta to nie był zwykły, miejski wikariusz, a raczej specjalny, wyznaczony z góry duchowny. Jego głównym, najważniejszym i niemal całkowicie jedynym zadaniem duszpasterskim było modlenie się. Miał regularnie odprawiać liczne msze święte wyłącznie przy jednym, z góry konkretnie wyznaczonym ołtarzu bocznym. Dokument mocno precyzuje tę sprawę i podkreśla, że w tej fundacji chodzi dokładnie o ołtarz. Ołtarz nosił dumnie wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Historyczną nazwę tego samego ołtarza całkowicie potwierdza zresztą krótka notatka archiwisty zamieszczona na odwrocie pergaminu w roku 1551.
Utrzymanie na stałe prywatnego kapłana w mieście było niezwykle kosztowne. Ołtarzysta musiał mieć godne warunki życia. Musiał mieć przecież gdzie bezpiecznie mieszkać w obrębie murów parafii. Musiał mieć ciepłe ubranie i środki na codzienne jedzenie. Sam kasztelan Jan Komorowski sprawnie zagwarantował mu w tym przepisanym akcie taką stałą pensję. Zapłata przekazywana co roku za takie ciche msze miała jednak bardzo konkretny cel u samego fundatora. Miała zagwarantować bezwzględne, pośmiertne zbawienie mrocznej duszy samego fundatora oraz wielu jego bogatych przodków z rodu. Ludzie żyjący w brutalnym XVI wieku bali się umierania. Żyli w ciągłym, ogromnym strachu przed bolesnymi mękami czyśćcowymi na tamtym świecie. Bali się też ostatecznego, boskiego potępienia po szybkiej śmierci z powodu choroby czy wojennej rany. Takie bogate, kościelne fundacje pieniężne były powszechnie uważane za bardzo dobry biznes i były rodzajem duchowej, bezpiecznej inwestycji w szczęśliwe życie wieczne. Panowało silne przekonanie, że im więcej zamówionych mszy pobożnie odprawiono w intencji wielmożnego zmarłego, tym dużo szybciej jego grzeszna dusza mogła spokojnie trafić w progi nieba. I to wyjaśnia motywy działania kasztelana Komorowskiego.
Kolejnym niezwykle ważnym pojęciem użytym w tym łacińskim tekście jest słowo “szpital”. Autor wyraźnie wspomina tam o “szpitalu dla ubogich”. W języku łacińskim zapisano to jako “Hospitale pauperum”. Musimy zdać sobie sprawę, że w chłodnej epoce renesansu zwykłe słowo szpital oznaczało jednak zupełnie inną instytucję niż ta funkcjonująca obecnie. Nie było to miejsce leczenia. Szpital nie zatrudniał wykwalifikowanych chirurgów, nie wykonywano w nim skomplikowanych operacji medycznych na zakaźnie chorych pacjentach. Renesansowy szpital był po prostu wielkim i darmowym przytułkiem.
W jego mrocznych, wilgotnych, ale ciepłych murach znajdowali swoje bezpieczne schronienie ludzie odrzuceni przez resztę społeczeństwa. Byli to bardzo liczni wtedy ludzie starsi, którzy nie mieli wsparcia rodziny. Schronienie znajdowali w nim miejscowi bezdomni i wykluczeni włóczędzy. Mieszkali tam nieszczęśni kalecy okaleczeni w licznych ówczesnych wojnach lub okaleczeni podczas ciężkiej pracy na wielkiej roli. Trafiały tam również porzucone sieroty bez rodzin. W trudnym szesnastym stuleciu całkowicie nie istniały przecież żadne współczesne instytucje państwowe. Nie istniały ubezpieczenia od wypadków. Nie było gwarantowanych świadczeń zdrowotnych. Nie wypłacano też żadnych rent państwowych dla poszkodowanych weteranów ani gwarantowanych emerytur na starość. Zabezpieczenie socjalne po prostu fizycznie nie istniało.
Z tych powodów, prawna i codzienna ochrona najsłabszych, chorych członków lokalnej społeczności miejskiej spoczywała niemal zawsze wyłącznie na dobrych barkach parafii. Spoczywała też na bogatym Kościele katolickim oraz na woli samych bogatych panów feudalnych, takich jak panujący nad miastem kasztelan. Systematyczne finansowanie dalszego funkcjonowania takiego biednego szpitala w mieście Żywcu z własnej kieszeni było postrzegane jako wielki zaszczyt. Było wspaniałym aktem wielkiego, ludzkiego miłosierdzia ze strony bogatego władcy. Działanie to, oprócz łaski Bożej, bardzo skutecznie zapewniało kasztelanowi powszechną i głośną wdzięczność ze strony jego własnych poddanych. Skutecznie budowało też w regionie jego wizerunek jako człowieka sprawiedliwego i łaskawego. Budowało obraz dobrego i troskliwego ojca miasta i całego wielkiego rodu.
Wielką, jeśli nie najważniejszą, rolę w tym całym prawnym dokumencie odgrywają dwie bardzo małe, okoliczne miejscowości, proste, górskie wsie. Pierwszą z nich jest wieś Ślemień. W starym, łacińskim dokumencie jej nazwa została fonetycznie zapisana przez sprytnego krakowskiego pisarza jako “Slyemije”. Drugą z wymienionych tam wsi jest Kocoń “Koczanje”. Obie niewielkie, wiejskie osady leżały w bardzo bliskim, bezpośrednim sąsiedztwie miasta Żywca. Wsie od dawna należały do ogromnych, rodowych dóbr ziemskich potężnej rodziny Komorowskich. Cały ogromny górski teren nosił często dumną, obiegową nazwę wielkiego “państwa żywieckiego”.
Dokładna analiza innych dostępnych dzisiaj źródeł historycznych rzuca zupełnie nowe światło na ten akt, kiedy to w 1550 r. sprytny kasztelan Jan Komorowski postanowił oszczędzić pieniądze miasta. Podpisał akt i przeniósł na podległe mu wsie Ślemień oraz miejscowość Kocoń bardzo konkretne, nowe obciążenie finansowe. Obciążenie wynosiło wtedy dokładnie kwotę 37 złotych. Do tego doliczono jeszcze 7 drobnych groszy w rocznym rozrachunku. Ta z pozoru niewielka, wyliczona suma stanowiła w rzeczywistości dawne i wysokie roczne uposażenie dla całego personelu lokalnego kościoła. Dokładnie z tej samej puli pieniędzy utrzymywano pracującego żywieckiego plebana. Płacono z niej skromną pensję dla miejskiego dzwonnika oraz wymienionego wyżej ołtarzysty. Opłacano z nich także pracę miejskiego łaziennika, czyli zarządcę i głównego pracownika łaźni miejskiej
Co niezwykle ciekawe, rachunki z tamtej epoki ujawniają stary problem. Przed rokiem 1550 kwota kosztów na kościół była zawsze odprowadzana z ogólnych, bogatych dochodów samego miasta Żywca. Zasadę na sztywno ustalono już wiele lat wcześniej, bo w 1541 r. Przenosząc po latach finansowy ciężar na zubożałą wieś, pan Komorowski znacznie odciążył miejski budżet. Mieszczanie w Żywcu odetchnęli z ulgą. Niestety koszty te spadły jednak mocno na biednych chłopów. Chłopów, którzy utrzymywali się tylko z ciężkiej i mozolnej pracy na trudnej do uprawy roli na górskich stokach.
Aby w pełni zrozumieć wagę tego dokumentu, należy poznać jego twórcę. Jan Komorowski był postacią z najwyższych sfer ówczesnej Polski. Urodził się około 1490 roku i pochodził z prastarego rodu szlacheckiego. Jego rodzina używała herbu Korczak. Herb ten to trzy poziome, srebrne wręby na czerwonym polu. Nad nimi, w klejnocie, widnieje pies wyskakujący z korony.
Ojcem kasztelana był również Jan Komorowski. Przekazał on synowi wielkie bogactwa i wpływy polityczne. Ważnym członkiem rodziny był także brat Jana, Wawrzyniec Komorowski. Bracia często wspierali się w karierze publicznej. W rodzie Komorowskich silne były również tradycje duchowne. Dawne księgi z lat późniejszych wspominają między innymi Łukasza Stanisława Komorowskiego, który był cystersem. W dawnych zapiskach pojawia się też inny Jan z Komorowa, który był opatem w zamożnym klasztorze w Wąchocku i pełnił ważne funkcje państwowe. Związki z Kościołem ułatwiały robienie kariery na królewskim dworze. Otwierały wiele zamkniętych drzwi.
Prywatne życie Jana Komorowskiego było bardzo udane. Jego żoną została Barbara Tarnowska. Było to małżeństwo o ogromnym znaczeniu politycznym. Ród Tarnowskich należał do najpotężniejszych w całym królestwie. Związek ten jeszcze bardziej umocnił pozycję Komorowskiego. Z małżeństwa tego narodziła się liczna gromadka dzieci. Dokumenty wymieniają sześcioro potomków. Dwaj synowie: Jan Spytek oraz Krzysztof, dziedziczyli majątki i kontynuowali ród. Były też cztery córki: Zofia, Katarzyna, Anna oraz Magdalena. Córki w tamtych czasach były równie ważne. Poprzez odpowiednie małżeństwa mogły łączyć kolejne potężne rody z rodziną Korczaków.
Głównym źródłem bogactwa Jana było tak zwane państwo żywieckie. Był to rozległy obszar w górach i na pogórzu. Pełen lasów, rzek i szlaków handlowych. Przynosił on ogromne dochody. Dokument z 1550 roku potwierdza, że Komorowski był “prawym dziedzicem” tych ziem i zarządzał nimi żelazną ręką. Zmarł w 1556 roku. Pozostawił po sobie wielką fortunę i wspaniałe fundacje.
Jan Komorowski poza byciem panem na Żywcu pełnił też najwyższe urzędy w służbie króla. Sprawował funkcję kasztelana połanieckiego oraz oświęcimskiego. Kasztelan w XVI wieku był kimś w rodzaju dzisiejszego wojewody lub wysokiego rangą zarządcy. Do jego obowiązków należało dbanie o bezpieczeństwo podległego obszaru. Zbierał wojsko w razie najazdu wroga. Sądził miejscowych w sprawach gardłowych. Reprezentował króla w terenie. Połaniec był ważnym miastem na wschodzie Małopolski. Leżał nad Wisłą. Wisła była autostradą tamtych czasów. Tędy spławiano drewno i zboże z całego kraju na północ, do Gdańska. Urząd kasztelana w Połańcu dawał kontrolę nad tym strategicznym miejscem.
Oświęcim leżał z kolei na zachodzie, tuż przy granicy ze Śląskiem. Posiadanie obu tych tytułów czyniło z Komorowskiego człowieka o potężnych wpływach od wschodu do zachodu Małopolski. Analiza dawnych spisów urzędników kryje jednak ciekawą zagadkę. Dokument z 1 sierpnia 1550 roku jasno określa Jana jako kasztelana połanieckiego (“Castellanus Polanecensis”).
Spisy potwierdzają, że pełnił on ten urząd w latach od 29 września 1548 roku do 20 kwietnia 1563 roku. Jednakże w niektórych rejestrach oraz późniejszych herbarzach pod rokiem 1550 przy Połańcu widnieje nazwisko innej osoby. Zapisano tam nazwisko „Lubieniecki herbu Rola”. Jak wyjaśnić tę sprzeczność? Czy Połaniec miał w jednym roku dwóch kasztelanów? Z punktu widzenia staropolskiego prawa ziemskiego to absolutnie niemożliwe. Kasztelan był urzędnikiem krzesłowym, zasiadającym w Senacie, a jego godność miała charakter dożywotni i była całkowicie niepodzielna. Tego urzędu oraz prestiżowego tytułu (Castellanus) nie można było nikomu „scedować”, odsprzedać ani przekazać w czasowe zastępstwo.
Jak zatem rozwiązać tę zagadkę? Współcześni historycy skłaniają się ku temu, że obecność Lubienieckiego w spisach pod tą konkretną datą to po prostu błąd dawnego pisarza. Omyłka chronologiczna lub ewidentny czeski błąd w późniejszych herbarzach (np. w słynnym dziele Kaspra Niesieckiego). Często dochodziło do przesunięć dat lub mylenia podobnych godności. Oczywiście magnaci tacy jak Jan Komorowski byli obarczeni licznymi obowiązkami w swoich prywatnych dobrach czy na dworze królewskim w Krakowie. Rzadko rezydowali na zamku w Połańcu przez cały rok. Do fizycznego zarządzania grodem, sprawowania bieżących sądów i pilnowania porządku nad Wisłą powoływano wówczas namiestników, czyli burgrabiów. Mimo iż taki urzędnik reprezentował interesy kasztelana i działał w jego imieniu, w dokumentach państwowych nigdy nie miał prawa posługiwać się jego oficjalnym, senatorem tytułem. W świetle prawa i w oczach Korony jedynym, pełnoprawnym kasztelanem połanieckim w 1550 roku pozostawał wyłącznie Jan Komorowski, a rzekome podwójne obsadzenie to jedynie papierowy błąd dawnych kronikarzy.
Przechodząc pomału do krókiego podsumowania dzisiejszego artykułu, pergamin Jana Komorowskiego wystawiony 1 sierpnia 1550 roku, który powyżej w dużej rozdzielczości mogliście Państwo zobaczyć, jest bezcennym źródłem historycznym. Wprawdzie nie mogliśmy się z niego dowiedzieć czegoś więcej na temat naszego miasta, a jego prywatnych włości w Żywcu, to mamy nadzieję, że ciekawostki wokół samego dokumentu i postaci kasztelana zaciekawiły naszych czytelników.
Materialna forma pergaminu zachwyca do dziś. Staranne pismo, przemyślana struktura i piękny język łaciński świadczą o doskonałej pracy krakowskich skrybów. Cyfrowe zasoby Archiwum Kurii Metropolitalnej umożliwiają bezinwazyjne badanie tych artefaktów. Historia ukryta na starych pergaminach jest wciąż żywa i potrafi nas stale zaskakiwać. Mamy nadzieję, że jeszcze nie raz uda się nam dotrzeć do równie ciekawych źródeł historycznych.
Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!





