Bractwo Literackie św. Anny w Połańcu. Zapomniana historia elitarnej wspólnoty (1490-1889)

Łukasz OrłowskiCiekawostki historyczne12 maja, 2026228 Wyświetleń

Odkryj intrygującą historię elitarnego Bractwa Literackiego św. Anny w Połańcu, którego dzieje rozpoczęły się 11 maja 1490 roku, a zakończyły w dymie wielkiego pożaru.

Zgodnie z zapowiedzią przygotowaliśmy artykuł nawiązujący do przypomnianej przez nas historycznej daty 11 maja 1490 roku, kiedy to w Połańcu powołano do życia elitarne Bractwo Literackie pod wezwaniem świętej Anny. Data, a także sama organizacja, są na tyle fascynujące, że warto poświęcić im znacznie więcej uwagi.

  • 11 maja 1490 roku w Krakowie kardynał Fryderyk Jagiellończyk założył Bractwo Literackie św. Anny w Połańcu.
  • W XV wieku czternastu młodych mieszkańców Połańca podjęło studia na Uniwersytecie Krakowskim.
  • W 1629 roku biskup Marcin Szyszkowski powołał do życia Bractwo Różańcowe w Połańcu.
  • W 1888 roku organista w połanieckim kościele odnalazł oryginalny dokument założycielski Bractwa Literackiego św. Anny z 1490 roku.
  • Odnaleziony dokument rozstrzygnął stuletni spór naukowy, potwierdzając, że Synod Prowincjonalny odbył się w Krakowie w 1490 roku.
  • 12 czerwca 1889 roku wielki pożar doszczętnie zniszczył drewniany kościół św. Marcina Biskupa w Połańcu, pochłaniając odnaleziony dyplom erekcyjny Bractwa Literackiego.
  • Murowana kaplica Bractwa Różańcowego, ufundowana przez Stanisława Szembeka, ocalała z pożaru w 1889 roku i została włączona w bryłę nowego kościoła pw. św. Marcina Biskupa.

akiś czas temu na łamach naszego portalu pisaliśmy już o połanieckim Bractwie Różańcowym (link do wpisu na końcu artykułu). Teraz nadszedł czas, aby przyjrzeć się jego starszemu, o wiele bardziej ekskluzywnemu odpowiednikowi.

Bractwo Literackie, znane w terminologii łacińskiej jako Confraternitas Literatorum, stanowiło swoisty fenomen na mapie prowincji, skupiając w swoich szeregach wyłącznie wykształconą, potrafiącą pisać i czytać elitę miejską. Zważywszy na fakt, że miasto Połaniec odgrywało niezwykle istotną rolę na szlakach handlowych, komunikacyjnych i politycznych dawnej Rzeczypospolitej, fundacja ta nie mogła być zjawiskiem przypadkowym. Była ona dowodem na wysoką pozycję tego ośrodka oraz jego ścisłe, bezpośrednie związki z dworem Jagiellonów i stolicą biskupią w Krakowie.

W swojej znanej i cenionej książce pod tytułem “Monografie dekanatu sandomierskiego” ksiądz Jan Wiśniewski, żyjący w latach 1876–1943, dość dokładnie opisywał nasze miasto. Zwracał uwagę na bardzo ważny fakt. Mianowicie, w dawnym Połańcu troszczono się nie tylko o dobrobyt materialny, grubość portfela i udane interesy handlowe. Zamożni mieszkańcy dbali również o sprawy duchowe i rozwój osobisty.

Potwierdzeniem tego w starych źródłach historycznych są zapisy o istnieniu w mieście dwóch potężnych bractw religijnych. Pierwszym z nich było Bractwo Literackie, które założono we wspomnianym 1490 roku. Drugim było Bractwo Różańcowe, powołane do życia w 1629 roku. Dwa zupełnie różne bractwa skupiały innych ludzi, miały inne cele i inne wymagania. Można wręcz powiedzieć, że reprezentowały dwa zupełnie różne światy.

Bractwo Literackie pod tytułem św. Anny, założone jest w roku 1490 w dniu 11 maja przez dyplom erekcyjny pod wyżej wspomnianą datą w Krakowie wydany przez Jego Eminencję Fryderyka królewicza polskiego, kardynała Świętej Apostolskiej Rzymskiej Stolicy. Prymasa, Arcybiskupa Gnieźnieńskiego, opatrzony jego własną pieczęcią oraz pieczęciami czterech innych biskupów polskich.

Dokument ten wykonany w urzędowym opisie kościoła i parafii z roku 1791 był potem uważany za zgubiony, dopiero w roku biorącym (tj. 1888) przypadkowym sposobem przez organistę miejscowego w zakrystii został znaleziony, lecz ponieważ poprzednicy moi od tego pergaminu kuponów nie odcinali, przeto będąc w pogardzie, uległ tak wielkiemu zniszczeniu, że dla dziur wygryzionych w nim przez myszy, dla pyłu i wilgoci, którą na wskroś został przejęty, prawie nie z niego wyczytać nie można.

Wiem tylko z kroniki klasztoru koprzywnickiego, którą w kopii posiada X. kanonik Bułakowski, że członkowie Bractwa Literackiego byli obowiązani śpiewać na chórze muzycznym w kościele podczas summy w niedziele i dni uroczyste, który to obowiązek Literaci połanieccy spełniają u prócz tego trudnią się wyborem światła woskowego do nabożeństwa w kościele niezbędnego. Takie same bractwa przez kardynała Fryderyka prócz Połańca założone zostały także w Staszowie (św. Anny) i w Koprzywnicy. Bractwo Literackie Połanieckie potwierdzonym zostało w roku 1644 przez Piotra Gembickiego, biskupa krakowskiego (i M. Szyszkowskiego w 1621 r.).

— ks. Jan Wiśniewski.

Aby jednak w pełni zrozumieć, czym było Bractwo Literackie i dlaczego w ogóle powstało w naszym mieście, musimy cofnąć się w czasie. Musimy wyruszyć w intrygującą podróż do średniowiecznego Połańca, który w tamtym okresie dumnie nosił miano miasta królewskiego. Zobaczmy, jak wyglądało życie jego mieszkańców, skąd brali swoje bogactwo i dlaczego tak bardzo pragnęli zdobywać wiedzę.

Złoto płynące rzeką. Jak Połaniec zbudował swoją potęgę

Średniowieczny Połaniec był miejscem pełnym życia, gwaru i handlu. Od najdawniejszych czasów miasto to było ważnym punktem na mapie. Początkowo stara osada i warowny gród znajdowały się na Winnej Górze. Było to wysokie wzniesienie tuż przy ujściu rzeki Czarnej do Wisły. Miejsce idealne do obrony, ale miało też wady.

Tradycja mówi, że już za czasów króla Bolesława Chrobrego (967-1025), około tysięcznego roku, stanął tam pierwszy drewniany kościół pod wezwaniem świętej Katarzyny Aleksandryjskiej (287-305). Pierwsze pewne i zapisane informacje o tej świątyni pochodzą jednak z 1191 roku. Wtedy to książę Kazimierz Sprawiedliwy (1138-1194) przekazał ten mały kościółek pod opiekę nowo powstałej kolegiaty w Sandomierzu. Kościół na Winnej Górze miał trzy ołtarze i służył pierwszym mieszkańcom grodu. Wokół niego znajdował się stary cmentarz, zwany okopiskiem.

Życie na wysokiej skarpie było jednak bardzo niebezpieczne. Wisła to potężna i nieprzewidywalna rzeka. Jej wezbrane wody często podmywały brzegi. W XIV wieku wydarzyła się wielka katastrofa. Zatory lodowe na rzece spowodowały potężną powódź, która zalała i zniszczyła miasto. Z tego powodu, około 1350 roku, król Kazimierz Wielki (1310-1370) podjął ważną decyzję. Postanowił przenieść Połaniec w bezpieczniejsze miejsce, do spokojnej doliny rzeki Czarnej. W nowym miejscu Połaniec zaczął się błyskawicznie rozwijać. Miasto bogaciło się przede wszystkim na wiślanym handlu. Położenie nad dwiema rzekami, Wisłą i Czarną, dawało ogromne możliwości. Miejscowi kupcy ładowali na drewniane tratwy i statki wielkie ilości towarów. Było to głównie drewno z okolicznych lasów, cenne zboże oraz popiół, który był wtedy bardzo ważnym surowcem.

Te wszystkie dobra spławiano w dół rzeki, aż do samego Gdańska. Stamtąd polskie towary płynęły w daleki świat. Kupcy z Połańca wracali z sakwami pełnymi złotych i srebrnych monet. Dawny przywilej wydany jeszcze w 1264 roku przez księcia Bolesława Wstydliwego (1226-1279) zwalniał ich z płacenia ceł, co pozwalało im zarabiać jeszcze więcej. W ten sposób w mieście szybko urosła i wzbogaciła się lokalna elita. Ludzie ci mieli piękne domy, nosili drogie stroje i mieli ambitne plany na przyszłość.

Stary kościół na Winnej Górze z czasem stracił na znaczeniu. Stał się tylko małą kaplicą cmentarną, a w 1786 roku z powodu złego stanu został ostatecznie rozebrany. Serce nowego miasta biło już gdzie indziej. Kazimierz Wielki ufundował nowy, wspaniały kościół pod wezwaniem świętego Marcina Biskupa. Nowa świątynia miała stać się domem dla przyszłego elitarnego bractwa.

Głód wiedzy. Młodzież z Połańca na Uniwersytecie

Zamożni mieszczanie połanieccy nie chcieli zatrzymać się tylko na handlu. Kiedy ma się już pieniądze, zaczyna się myśleć o czymś więcej. Chcieli, aby ich rodziny zyskały prawdziwy szacunek i władzę. Wiedzieli, że kluczem do tego jest wiedza. Dlatego chętnie wysyłali swoje dzieci do szkół. Najpierw chłopcy uczyli się w miejscowej szkole parafialnej w Połańcu. Tam poznawali podstawy gramatyki i uczyli się czytać. Ale dla najbogatszych to było za mało. Ich ambitne plany sięgały znacznie dalej. Chcieli, aby ich synowie studiowali w wielkim Krakowie.

Z dzisiejszej perspektywy wyjazd na studia wydaje się czymś normalnym. Ale w XV wieku, w czasach średniowiecza, była to niezwykle trudna, długa i bardzo kosztowna wyprawa. A jednak, połanieccy kupcy nie szczędzili grosza. Badania historyczne pokazują niesamowitą rzecz. W ciągu zaledwie jednego, piętnastego stulecia, aż czternastu młodych mieszkańców Połańca podjęło naukę na wielkim Uniwersytecie Krakowskim. Uczyli się oni nie tylko na Uniwersytecie, ale również w szkołach kolegiackich w Wiślicy, Stopnicy i Sandomierzu. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach Połaniec miał zaledwie około dwustu drewnianych domostw. Fakt, że tak małe miasteczko wysłało do stolicy aż tylu studentów, jest powodem do wielkiej dumy. Pokazuje to, jak potężny głód wiedzy panował wśród lokalnej elity.

Młodzi ludzie uczyli się w Krakowie niezwykle trudnych i ważnych rzeczy. Poznawali biegle język łaciński, który był wtedy językiem całego cywilizowanego świata. Uczyli się pięknego pisania, czyli kaligrafii. Studiowali skomplikowane prawo kościelne i państwowe. Bardzo dużo czasu poświęcali też na naukę teorii muzyki i pięknego, chóralnego śpiewu.

Kiedy kończyli studia, wracali do rodzinnego Połańca. Byli to już zupełnie inni ludzie. Wracali jako mężowie bardzo wykształceni. Szybko zdobywali zaufanie innych mieszkańców i obejmowali najważniejsze stanowiska. Stawali się burmistrzami, wójtami i sędziami. Mieli w swoich rękach losy całego miasta. I to właśnie dla tych wyjątkowych, wykształconych ludzi postanowiono stworzyć coś specjalnego.

Narodziny elity. Biskup Jagiellończyk tworzy Bractwo Literackie

Był rok 1490. Polska przeżywała wspaniały okres w swojej historii. W Krakowie rządzili potężni Jagiellonowie. Ważną postacią na dworze królewskim był młody i bardzo ambitny biskup Fryderyk Jagiellończyk (1468-1503), syn króla Kazimierza Jagiellończyka. Fryderyk, choć miał zaledwie 22 lata, posiadał ogromną władzę. Został biskupem krakowskim, a później także kardynałem i prymasem Polski. Młody biskup widział, że w mniejszych miastach, takich jak Połaniec, wyrasta nowa elita wykształconych ludzi. Chciał ich zjednoczyć i zbliżyć do Kościoła. Dlatego zaczął popierać tworzenie tzw. Bractw Literackich. Bractwa oddawano pod opiekę świętej Anny, której kult był wtedy bardzo popularny.

Dokładnie 11 maja 1490 roku w Krakowie, biskup Fryderyk Jagiellończyk podpisał specjalny dyplom. Dokument oficjalnie założył Bractwo Literackie św. Anny w Połańcu. Został opatrzony woskowymi pieczęciami. Swoją pieczęć przywiesił sam Fryderyk, a także prymas Polski, arcybiskup gnieźnieński Zbigniew Oleśnicki (1430–1493) oraz kilku innych najważniejszych biskupów z całego kraju.

Czym właściwie było Bractwo Literackie? Przede wszystkim było ono bardzo elitarne. Jak wspomnieliśmy kilka dni temu w naszym krótkim wpisie na Facebooku, nie każdy mógł po prostu wejść z ulicy i dołączyć do tego szacownego grona. Obowiązywały bardzo ostre zasady. Aby zostać bratem, trzeba było umieć biegle czytać i pisać. Wymagana była także doskonała znajomość języka łacińskiego. To sprawiało, że drzwi do bractwa były zamknięte dla zwykłych rolników, rzemieślników czy ubogich mieszczan, którzy nie mieli szans na edukację. Był to zamknięty, bogaty klub, w którym spotykała się miejscowa śmietanka towarzyska.

Co należało do zadań braci? Ich głównym obowiązkiem był piękny, chóralny śpiew podczas ważnych, niedzielnych mszy świętych w drewnianym kościele św. Marcina Biskupa. Mieli tam swoje specjalne, wydzielone miejsce na chórze, tuż obok ołtarza św. Anny. Śpiewali z wielkich, łacińskich ksiąg bez użycia żadnych instrumentów muzycznych. Potężne głosy niosły się po całej świątyni. W ten sposób pokazywali wszystkim zgromadzonym swoją wiedzę i pozycję.

Mieli jednak jeszcze jedno bardzo ważne zadanie, które wymagało dużych pieniędzy. Zgodnie z zachowanymi dokumentami, bracia trudnili się również wyborem światła woskowego do nabożeństwa. Z dzisiejszego punktu widzenia zapalenie świecy wydaje się czymś banalnym. Ale w epoce średniowiecza i renesansu prawdziwy pszczeli wosk był niezwykle drogi. Był towarem luksusowym.

Zwykli, biedniejsi ludzie musieli zadowolić się świecami zrobionymi z taniego, zwierzęcego łoju. Takie łojowe świece okropnie dymiły i bardzo nieprzyjemnie pachniały. Bractwo Literackie nie mogło na to pozwolić w swoim kościele. Dzięki wielkim majątkom zarobionym na handlu drewnem i zbożem, bracia kupowali ogromne ilości najlepszego wosku pszczelego. Jasne, piękne światło woskowych świec paliło się nieprzerwanie przy ich ołtarzu. Był to dla wszystkich widoczny dowód wielkiego bogactwa i prestiżu tej grupy ludzi.

Dwa bractwa, dwa światy. Powstanie Bractwa Różańcowego

Czas mijał, a miasto ciągle rosło. Na początku XVII wieku w Połańcu stało już ponad trzysta domów, a liczba mieszkańców dochodziła do dwóch tysięcy. Bractwo Literackie wciąż działało i miało się dobrze. Otrzymywało kolejne potwierdzenia swoich praw od nowych biskupów, na przykład od Marcina Szyszkowskiego w 1621 roku czy Piotra Gembickiego w 1644 roku.

Jednakże coraz bardziej widoczny stawał się pewien problem. Elitarne Bractwo Literackie skupiało tylko wąską grupkę wykształconych bogaczy. A co z resztą mieszkańców? Co z prostymi rzemieślnikami, drobnymi kupcami i rolnikami, którzy nie znali łaciny i nie umieli śpiewać z ksiąg? Oni również potrzebowali organizacji duchowej otwartej dla każdego. Potrzebowali wspólnoty, która nie oceniałaby ich portfela ani poziomu wykształcenia.

Dlatego w 1629 roku krakowski biskup Marcin Szyszkowski powołał do życia Bractwo Różańcowe. Ta nowa organizacja błyskawicznie zyskała ogromną popularność wśród uboższego pospólstwa. Było to bractwo o zupełnie innym charakterze. Nie wymagano tu znajomości trudnego języka. Wystarczyła chęć wspólnej, zjednoczonej modlitwy. Zwykłe, proste powtarzanie modlitwy różańcowej jednoczyło masy. Podobne bractwa powstawały w tym czasie w całym kraju, chociażby u pobliskich ojców dominikanów w Wysokim Kole, gdzie również cieszyły się ogromnym zainteresowaniem wśród zwykłych ludzi.

Bractwo Różańcowe szybko zyskało też swoje stałe miejsce na mapie miasta. O ile bracia literaccy mieli swój stary, drewniany ołtarz, o tyle dla Bractwa Różańcowego ufundowano coś znacznie trwalszego. Na przełomie XVII i XVIII wieku Stanisław Szembek, pełniący funkcję chorążego sandomierskiego, ufundował dla nich potężną, murowaną kaplicę z cegły.

Kaplica ta, zwana później kaplicą Szembeków, przylegała do drewnianego kościoła św. Marcina. Miała piękny, ośmiokątny kształt, grube mury i zwieńczona była sklepioną kopułą. W jej wnętrzu znajdował się ołtarz z obrazem Najświętszej Maryi Panny Różańcowej. Jak pokaże historia, ta decyzja o użyciu cegły zamiast drewna okazała się przesądzająca dla przetrwania pamiątek po tym bractwie.

Dwa bractwa, dwa różne światy. Z jednej strony bogaci ojcowie miasta śpiewający po łacinie przy blasku drogich świec woskowych. Z drugiej strony prosty lud odmawiający modlitwy w nowej, murowanej kaplicy.

Bieda i wojny. Jak upadła połaniecka elita

Złote wieki nie mogły trwać wiecznie. Wiek mijał za wiekiem, a na horyzoncie gromadziły się czarne chmury. Druga połowa siedemnastego stulecia przyniosła miastu całkowitą zagładę. Najpierw Polskę zalał potop szwedzki, który przyniósł grabieże i zniszczenia. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. W kwietniu 1657 roku do Połańca wkroczyły brutalne wojska księcia siedmiogrodzkiego, Jerzego II Rakoczego. To, co wydarzyło się później, przypominało prawdziwą apokalipsę. Najeźdźcy zrównali z ziemią aż 75 procent całego miasta. Palono domy, mordowano mieszkańców, a w poszukiwaniu skarbów rozkopywano nawet groby.

Jakby tego było mało, przez miasto ciągle maszerowały jakieś wojska. Żołnierze wymagali wyżywienia i noclegu w czasie zimy, co nakładało na ocalałych mieszkańców ogromne podatki i tak zwane kontrybucje (hiberny). Skutki były tragiczne. W 1674 roku w mieście zostało zaledwie 438 przerażonych i biednych ludzi. Po dawnej świetności i handlu na Wiśle nie było już żadnego śladu.

Bogaci kupcy, potomkowie założycieli Bractwa Literackiego, stracili wszystkie swoje towary i rynki zbytu. Aby przeżyć, dawna elita musiała wziąć się za ciężką pracę fizyczną. Zubożali mieszczanie musieli po prostu zająć się uprawą roli. Miasto zamieniło się w wielką wieś. Elitarne Bractwo Literackie zaczęło gwałtownie podupadać. Zubożali rolnicy nie wysyłali już dzieci na studia, nie znali dobrze łaciny i ledwo stać ich było na zakup obowiązkowych, drogich świec woskowych do kościoła.

Tradycja była jednak bardzo silna. Mimo potwornej biedy, przez kolejne lata i stulecia bracia z całych sił starali się podtrzymać dawne zwyczaje w starym, drewnianym kościele św. Marcina Biskupa. Z czasem jednak ich księgi i cenne dokumenty zostały zapomniane i zagubiły się w wielkich, zakurzonych skrzyniach w kościelnych archiwach.

W XVIII wieku Połaniec znów na chwilę znalazł się w centrum wielkich, historycznych wydarzeń. Wprawdzie miasto było bardzo biedne, jednak stało się świadkiem chwil niezwykle ważnych dla całego narodu. W maju 1794 roku do Połańca przybył sam Tadeusz Kościuszko wraz ze swoim wojskiem. Rozbili oni wielki obóz i zbudowali potężne ziemne umocnienia, których pozostałości do dziś można spotkać w okolicznych lasach. 7 maja 1794 roku, Kościuszko wydał słynny Uniwersał Połaniecki, który dawał chłopom wolność osobistą. Miasto żyło tym wydarzeniem. Podania mówią, że w jednym z domów naczelnik wyrył nawet swoje inicjały na szklanej szybie. Z jego pobytem wiązało się wiele pamiątek. Jedną z najbardziej znanych było stare, drewniane krzesło obite świńską skórą, na którym według legendy siadał Tadeusz Kościuszko.

Kiedy zaborcy przejęli władzę nad Polską, patriotyczne wspomnienia dawały mieszkańcom nadzieję. W 1869 roku car rosyjski, w ramach surowych kar za powstanie styczniowe, ostatecznie odebrał Połańcowi prawa miejskie. Dumne niegdyś miasto królewskie oficjalnie stało się tylko wsią. Ale duma i historia pozostały w kościelnych murach.

Wielkie odkrycie i sensacja w 1888 r.

Wiek XIX powoli dobiegał końca. Dawne, dumne bractwo powoli odchodziło w niepamięć. Co więcej, w świecie wielkiej polskiej nauki trwał zażarty, historyczny spór. Uczeni zajmujący się historią zmagali się z pewnym problemem przez blisko sto lat. Spór dotyczył bardzo ważnego wydarzenia w dziejach polskiego Kościoła. Historycy nie potrafili zgodzić się co do tego, gdzie i kiedy odbył się wielki zjazd wszystkich biskupów, tak zwany Synod Prowincjonalny. Część naukowców, na czele z księdzem Pawłem Fabiszem (1819-1881), twardo twierdziła, że biskupi zjechali się w Piotrkowie w roku 1494. Z kolei inni, popierający teorie księdza Melchiora Bulińskiego (1810-1877), upierali się, że synod zwołano w Krakowie w 1490 roku. Brakowało jednak mocnych dowodów.

Fragment ksiażki ks. Wiśniewskiego poświęcony połanieckiej parafii. “Monografie dekanatu sandomierskiego”, Radom 1915 r.

Aż nagle nadchodzi rok 1888. W Połańcu, w starym drewnianym kościele trwają zwykłe porządki. Miejscowy organista sprząta zaniedbaną, wilgotną zakrystię kościelną. W pewnym momencie znajduje starą, pokrytą kurzem drewnianą skrzynię okutą żelazem. Wewnątrz trafia na bardzo stary zwitek materiału w opłakanym stanie. Był to wielki pergamin, na wskroś przeżarty przez potężną wilgoć. Część materiału była wręcz wygryziona przez myszy, które uwiły sobie tam gniazdo. Skomplikowany tekst łaciński był niemal nieczytelny. Jednak to, co wisiało u dołu dokumentu, natychmiast przykuło uwagę i wkrótce zelektryzowało cały świat polskiej nauki.

Do pogryzionego pergaminu, na pięknych, jedwabnych sznurkach w kolorze szkarłatu, przywiązane były pieczęcie z wosku. Gdy badacze im się przyjrzeli, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Rozpoznali ogromną pieczęć z wizerunkiem anioła trzymającego tarczę z orłem Jagiellonów. Była to oryginalna pieczęć biskupa Fryderyka Jagiellończyka. Zaraz obok niej wisiała pieczęć arcybiskupa Zbigniewa Oleśnickiego, prymasa Polski. Łącznie wisiało tam pięć takich wielkich pieczęci, należących do najważniejszych dostojników w całym państwie.

Szybko okazało się, że ten zniszczony pergamin to nic innego jak oryginalny dokument założycielski Bractwa Literackiego św. Anny z 1490 roku. Znalezisko wywołało absolutną sensację. Dlaczego? Ponieważ rozwiązało trwający sto lat historyczny spór naukowy. Taka sytuacja, w której pod jednym lokalnym dokumentem swoje pieczęcie stawia aż pięciu najważniejszych biskupów z różnych stron kraju, mogła mieć miejsce tylko i wyłącznie podczas wielkiego Synodu Prowincjonalnego. Dokument był wyraźnie podpisany z datą 1490 r. w Krakowie. Stanowił żelazny dowód, który ostatecznie przyznał rację księdzu Bulińskiemu. Biskupi zjechali się w Krakowie w 1490 roku.

Stary, zapomniany Połaniec nagle znalazł się na ustach historyków w całej podzielonej zaborami Polsce. Gazety opisywały to wspaniałe znalezisko. Wielki pergamin i jego woskowe skarby, uratowane po stuleciach z wilgotnej skrzyni, z dumą włączono do bogatego archiwum w kościele św. Marcina Biskupa.

Piekło w środku dnia. Wielki pożar z 12 czerwca 1889 r.

Niestety, ogromna radość wielkich historyków i prostych mieszkańców Połańca z cudownego odzyskania tak ważnych dokumentów trwała bardzo krótko. Zaledwie kilkanaście miesięcy. Nadciągała katastrofa, która miała na zawsze zniszczyć ślady dawnej chwały.

Był 12 czerwca 1889 roku, spokojna środa. Zegar wybijał właśnie dwunastą w południe. Na połanieckim rynku panował zwykły ruch. Nagle, w jednym z domów drewnianych wybuchł pożar. Według relacji świadków z tamtych dni, ogień pojawił się w domu żydowskim. Pogoda była tego dnia najgorsza z możliwych dla drewnianej zabudowy. Panowała straszna susza, a na dodatek wiał bardzo porywisty, silny wiatr, który zadziałał jak potężny miech u kowala. W ciągu zaledwie dziesięciu minut główną część rynku i sąsiednie domy objęły ogromne płomienie. Gwałtowny wiatr zaczął unosić całe snopy płonącej słomy z dachów i rzucać je na ogromne odległości.

Iskry leciały w powietrzu i niesione wichurą przeskakiwały nawet za rzekę Czarną. Spadały prosto na ulicę Kościelną, gdzie wznosił się wspaniały, zbudowany z potężnych belek modrzewiowych i dębowych kościół świętego Marcina Biskupa. Świątynia ta miała już 324 lata. Jej dach był pokryty starym, suchym jak pieprz gontem.

Kiedy palące się snopy słomy spadły na dach kościoła, nie było już ratunku. Drewniana świątynia w mgnieniu oka zajęła się ogniem. Zaczęła płonąć jak jedna wielka pochodnia. Wokół zapanowała niewyobrażalna panika. Ludzie biegali w przerażeniu. Każdy z mieszkańców starał się ratować własny dom, własne zwierzęta i swój niewielki majątek. Nikt nie miał czasu ani siły, by zorganizować akcję ratunkową dla płonącego kościoła.

Z tamtym dniem wiąże się też pewna bardzo dramatyczna i smutna historia, opisywana potem w “Gazecie Radomskiej”. W gminnym areszcie, który znajdował się niedaleko, przebywało zamkniętych 24 ubogich włościan. Ponieważ ci ludzie byli biedni i nie mieli na wolności żadnego dobytku do ratowania, rwali się do pomocy i chcieli gasić płonącą świątynię. Krzyczeli, żeby ich wypuścić, jednak strach przed ich ucieczką był silniejszy. Nikt nie otworzył im drzwi. Wypuszczono ich na wolność dopiero w momencie, gdy dach zaczął palić się dosłownie nad ich własnymi głowami. Wtedy na jakikolwiek ratunek dla kościoła było już za późno. Pomoc tych silnych ludzi mogłaby może uratować bezcenną świątynię, ale tak się nie stało.

Kościół świętego Marcina zapadł się i spłonął doszczętnie. Gigantyczny ogień zniszczył tego strasznego dnia 82 budynki mieszkalne, nie licząc licznych stodół i obór. Z dymem poszła stara apteka, szkoła, kancelaria gminy i drewniana plebania. Ponad dwieście rodzin z Połańca zostało z niczym. Bez dachu nad głową, bez chleba, bez ubrań. Szkody wyceniono na gigantyczną kwotę ponad 300 tysięcy rubli. Mieszkańcy stracili dorobek całego swojego życia.

Co zabrał ogień, a co ocalało z pożogi?

Proboszcz połanieckiej parafii, ksiądz Apolinary Knothe (1844-1894), po kilku tygodniach od pożaru przesłał do “Gazety Radomskiej” bardzo smutny i długi raport. Spisał w nim dokładnie wszystkie najważniejsze, bezcenne rzeczy, które bezpowrotnie pochłonął ogień. Lista ta do dziś budzi grozę w sercach historyków. W zgliszczach zamieniło się w szary popiół dosłownie całe kościelne archiwum.

Wielki pożar zabrał ze sobą najwspanialsze skarby Połańca, do których zaliczamy m.in.:

  • Pergamin Bractwa Literackiego z 1490 roku. Bezcenny, świeżo odzyskany w 1888 roku pergamin, z wiszącymi wielkimi pieczęciami prymasa i biskupa Jagiellończyka, spłonął całkowicie w wielkiej skrzyni.
  • Cała biblioteka kościelna. W specjalnych szafach, urządzonych w murze kaplicy spłonęło 188 wielkich, rzadkich książek. Wśród nich były najstarsze druki z XV wieku (tak zwane inkunabuły). Ksiądz proboszcz ze łzami w oczach wyliczał spalenie książki “Summa angelica” z 1444 roku, czy kazań znanych polskich teologów.
  • Zaginiona księga Jana Długosza. Strata niewyobrażalna dla polskiej kultury. W kościele znajdował się niezwykle rzadki, stary manuskrypt. Była to pisana ręcznie, końcowa część kronik słynnego historyka Jana Długosza. Spłonęła bezpowrotnie.
  • Królewskie Dyplomy. Ogień strawił pozłacane dyplomy z oryginalnymi podpisami potężnych polskich królów: Zygmunta III Wazy, Władysława IV i Augusta II Mocnego. Były to wielkie przywileje nadane miejscowym cechom szewców, tkaczy i kowali.
  • Księgi rachunkowe i obrazy. Z dymem poszła rzadka księga rachunkowa cechu szynkarskiego z 1520 roku. Spalił się bardzo stary obraz Matki Boskiej, malowany woskiem na drewnie, pochodzący z XV wieku jeszcze ze starego kościoła na Winnej Górze, oraz wielki XVII-wieczny obraz alegoryczny ukazujący ulotność ludzkiego życia.

Stracono prawie wszystko. Bractwo Literackie zostało ukarane przez los najdotkliwiej. Spłonął ich piękny ołtarz ze świętą Anną, a wszystkie dokumenty poświadczające istnienie tej elitarnej, bogatej grupy ludzi obróciły się w pył. Ogień dosłownie pochłonął pamięć o nich.

Jednak z tej potwornej, apokaliptycznej pożogi ocalało kilka niesamowitych rzeczy. Wydarzyło się wręcz coś na kształt cudu. W morzu ognia ostała się jedna budowla. Z płonącego kościoła przetrwała tylko i wyłącznie wspomniana wcześniej murowana kaplica Matki Boskiej Różańcowej. Ta sama, którą wiele lat wcześniej ufundował dla prostych ludzi Stanisław Szembek. Zbudowana z solidnej cegły i nakryta sklepieniem, wytrzymała uderzenie żywiołu. Wewnątrz ocalał wspaniały ołtarz. Bractwo Różańcowe straciło wprawdzie kościół, ale ich główne miejsce modlitwy (kaplica) przetrwało w stanie niemal nienaruszonym.

To jednak nie wszystko, co wyrwano pożarowi. Według przekazów prawdziwym bohaterem tego dnia okazał się pewien niezwykle odważny człowiek nazwiskiem Jungiewicz. Co ciekawe, był to obywatel miasta pełniący zacną funkcję Seniora ocalałego Bractwa Różańcowego. Narażając własne życie, wbiegł do płonącego, rozpadającego się wnętrza kościoła i zdołał uratować stary, przepiękny obraz świętego Marcina. Był to niezwykle cenny obraz namalowany w XVI wieku. Przedstawiał on nie tylko samego świętego biskupa, ale również postacie wspaniałych władców polskich: króla Zygmunta Starego, jego włoską żonę Bonę oraz młodego króla Zygmunta Augusta. Dzięki heroizmowi starszego pana z Bractwa Różańcowego, obraz ten nie uległ spaleniu.

Oprócz obrazu, w sposób całkowicie cudowny ocalały księgi metrykalne parafii, w których zapisywano kto się urodził, kto wziął ślub, a kto zmarł od 1665 roku. Dzisiaj te księgi możecie przeglądać elektronicznie (więcej informacji o połanieckich ksiegach metrykalnych znajdziecie tutaj). Dlaczego nie spłonęły? Otóż ksiądz proboszcz Knothe tuż przed pożarem zabrał je i zawiózł do odległego Sandomierza, aby dać je do oprawy u miejscowego introligatora. Tam również zabrał ze sobą trzy cenne książki. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że zachowały się najważniejsze informacje o przodkach mieszkańców Połańca.

Wielką determinacją wykazał się także brat samego księdza proboszcza, Aleksander Knothe. Zauważył on płonącą plebanię i zdając sobie sprawę z tego, jak cenne przedmioty mogą znajdować się w środku, rzucił się na ratunek. W gęstym dymie i ogniu podobno udało mu się wynieść z walącego się budynku historyczne krzesło. Tak, to samo stare krzesło obite świńską skórą, na którym niemal sto lat wcześniej, w maju 1794 roku, miał wypoczywać sam Naczelnik Tadeusz Kościuszko, układając plany i pisząc słynny Uniwersał. Szklana szyba z podpisem wodza miała również zostać w porę zabezpieczona i uratowana. Niestety ślad po tych pamiątkach zaginął. Wierzymy, że kiedyś uda się do nich dotrzeć.

Powstanie z popiołów. Nowa, murowana świątynia

Po tak przerażającej katastrofie, wiele innych miast zapewne poddałoby się i pogrążyło w trwałej rozpaczy. Jednak mieszkańcy Połańca zrobili coś zupełnie odwrotnego. Pomimo wielkiej biedy, braku domów i strat liczonych w setkach tysięcy rubli, podjęli natychmiastowy trud odbudowy. Zrozumieli, że miasto musi mieć nowe serce.

Tuż po ugaszeniu pożaru, w 1890 roku, czyli w rok po spaleniu modrzewiowej świątyni, mądry i bardzo pracowity proboszcz, ks. kanonik Leon Kowalski (1835-1896), rozpoczął wielkie dzieło. Podjęto odważną decyzję. Nikt już nie myślał o budowaniu z drewna. Nowy kościół musiał być solidny, duży i ognioodporny. Wykonanie wspaniałych planów powierzono Napoleonowi Statowskiemu (zm. 1907 r.), bardzo dobremu budowniczemu z okolicznych Rytwian.

Praca była tytaniczna. Aby oszczędzić pieniądze, setki tysięcy wielkich cegieł wyrabiano z gliny tuż na miejscu, na placu budowy. Pomagała w tym bardzo nowoczesna na tamte czasy ręczna maszyna do wyrobu cegły. Robotnicy dzielili gotowe cegły bardzo sprytnie. Te najlepsze uderzali i jeśli dzwoniły głośno, dawali je na front murów. Gorsze, ciche cegły chowano we wnętrzu potężnych ścian. Uroczyste poświęcenie kamienia węgielnego odbyło się w październiku 1893 roku. Brał w nim udział biskup Antoni Sotkiewicz (1826-1901). Kamień położono na potężnym, grubym fundamencie wykonanym z twardego betonu. Wyłożono też wysoki murek ze specjalnych ciosów kamiennych i zabezpieczono grubą warstwą żółtego iłu, po to, by ochronić nową świątynię przed powodziami wezbranej rzeki Czarnej.

Architekt Statowski spisał się na medal. Stworzył wspaniały, ogromny murowany kościół w pięknym, nawiązującym do historii stylu neoromańskim. Kościół ten dumnie wznosi się na planie wielkiego krzyża i jest wyposażony we wspaniałą wieżę. Kiedy staniemy przed nim dzisiaj i dobrze mu się przyjrzymy, dostrzeżemy coś niezwykłego. W czasie budowy nowego gmachu, budowniczowie bardzo i z niezwykłym szacunkiem włączyli w jego ściany ocalałą z wielkiego pożaru kaplicę Bractwa Różańcowego. Kaplica ta przylega teraz bezpośrednio do lewego ramienia nowej świątyni, stanowiąc niesamowity łącznik z przeszłością.

Nowy, wielki i jasny kościół został w pełni ukończony i bardzo uroczyście konsekrowany 29 lipca 1900 roku. Zamknął się w ten sposób straszny wiek XIX i rozpoczęła się zupełnie nowa epoka w dziejach Połańca i jego wspaniałej parafii.

Przewrotność dziejów Bractwa Literackiego w Połańcu

Jak mogliście Państwo przeczytać powyżej w telegraficznym skrócie, dzieje naszego Połańca bywały niezwykle zaskakujące i przewrotne. Bractwo Literackie pod wezwaniem świętej Anny, z wielką pompą założone u schyłku wspaniałych czasów średniowiecza przez wpływowego, młodego biskupa Jagiellończyka, było prawdziwą chlubą regionu. Potężni kupcy i miejscowa arystokracja, kształcąca swoje latorośle na wielkich uniwersytetach, prężnie działała i zadziwiała ludzi wspaniałymi pieśniami i blaskiem niesłychanie drogich świec z czystego wosku.

Elitarne Bractwo Literackie uważało się za organizację wręcz wieczną. Byli najbogatsi. Z czasem jednak ich pozycja społeczna całkowicie się załamała. Ostateczny cios zadał im los. Ich wielkie skarby, cenne książki z rzadkiej biblioteki oraz oryginalne dyplomy z epoki królów Polski, po krótkim, wręcz cudownym odnalezieniu po latach zapomnienia, dosłownie i błyskawicznie pochłonął niszczycielski pożar z 1899 r. Strata tego świeżo odzyskanego z rąk historii dokumentu, rozwiązującego trudny spór naukowy, była tragedią, która po dziś dzień porusza historyków.

Z dawnych lat prosperity wykształconego zgromadzenia pozostała nam w zasadzie już tylko smutna i piękna legenda. Za to zupełnie inny los spotkał znacznie skromniejsze i otwarte dla szerokich mas ludowych Bractwo Różańcowe, powołane po to, by każdy miał równe prawo do modlitwy. Ich siła leżała we wspólnocie i kaplicy ufundowanej przez hojnego chorążego Stanisława Szembeka. A kaplica, pełniąca przez wieki funkcję schronienia dla cichych i wytrwałych ludzi z różańcem w dłoni, pozostawiła po sobie trwały ślad. Została uratowana z gigantycznej, płonącej pożogi i bezpiecznie włączona w bryłę nowego murowanego kościoła.

Doceniamy Twój czas poświęcony na zgłębianie przeszłości Połańca. Naszą misją jest pielęgnowanie pamięci o regionie, co robimy z prawdziwym zaangażowaniem. Zachęcamy do aktywnego współtworzenia portalu. Jeśli dysponujesz dokumentacją historyczną lub unikalnymi wspomnieniami, podziel się nimi z naszą społecznością. Dziękujemy!

Napisz komentarz

Kalendarium Połańca

Ładowanie dzisiejszego wydarzenia...
Media społecznościowe
  • Facebook
  • X (Twitter)
  • YouTube
  • Instagram
Ładowanie następnego posta...
Social Media
Szukaj Trendy
Polecam
Ładowanie

Logowanie 3 sekund...

Rejestracja 3 sekund...