

apraszam do przeczytania drugiej części powieści. Oryginalny tekst, pomimo wielu archaizmów, celowo pozostawiłem w oryginalnej pisowni z epoki z końca XIX w. Mimo to tekst nie stwarza żadnych problemów i ciekawie się go czyta. I przyznam szczerze, że w styczniu książkę z pewnością przeczytam. Z uwagi na obszerność artykułu i dbałość o komfort czytelnika, wzorem czasopisma „Kłosy”, podzieliłem tekst na dwie części. Życzę miłej lektury drugiej i ostatniej części (zwiazanej z bitwą pod Turskiem). Zainteresowanych całością proszę o kontakt – chętnie udostępnię linki do wszystkich wydań tego dzieła w oryginale.
ciąg dalszy powieści
***
W lesie.
Jednak starsi, doświadczeńsi, potrząsali głową i mówili:
– Nie bawmy się w te uciechy… Tatarzy mogą lada chwila wrócić. Tu pole otworzyste jak na dłoni, pójdźmy lepiej w lasy. Tam będzie można dowoli nagadać się i naweselić.
Takie słowa, po kilka razy rzucone między rzeszę, odnalazły się wnet na wszystkich ustach. Jak wielkie było z razu oszałomienie radości, tak wielki teraz nastał popłoch. Na myśl że raz jeszcze mogą wpaść w ręce pogan, jeńcy zerwali się jak jeden człowiek.
– W lasy! W lasy! – Krzyknięto.
Ktoś dodał: – Tędy… W stronę Krakowa!
Krocie głosów powtórzyły:
– Kraków! Do Krakowa!
I wszyscy, rozsuwając wozy, ruszyli ku stronie południowo-zachodniej, gdzie długa, srebrna sieć lasów, szkliła się od oślepiającej sadzi. Wszyscy szli bez ładu, starcy, niewiasty i dzieci pomieszani ze swemi oswobodzicielami, od których za nic w świecie nie chcieli już odstąpić. Rycerstwo jednak ile możności trzymało się na tyłach, aby w razie napadu zasłonić tłum bezbronny.
Ludmiła szła jedna z ostatnich, tuż przy koniu Przedwojowica. Rycerz spoglądał na nią jakimś wzrokiem przeciągłym, uśmiechał się niekiedy jakimś uśmiechem pół-bolesnym, a ciągle milczał. Czy ze zbytku szczęścia nie mógł znaleźć słowa? Czy jaka myśl złowieszcza zasępiła mu duszę?
Na wyraźne zapytanie Ludmiły, zdziwionej tem osmutnieniem, wzdrygnął się jak człowiek znienacka przebudzony, przesunął rękę po czole i odpowiedział:
– O czem ja myślę? Ach ja rozmyśliwałem, co-by to z wami było gdyby nie nasza odsiecz? I czy to już koniec?… Czy zawsze się tak uda? Ja moge zginąć… Cały kraj może popaść w niewolę…
– E… Po co sobie psuć tę szczęśliwą chwilę takiemi okropnemi myślami? – Odparła Ludmiła. – Ja ufam nieby i męztwu naszych rycerzy. – Dodała, uśmiechając się wdzięcznie do młodziana.
Właśnie wjeżdżano między pierwsze zagajenia w lesie. I w samą porę łaska boska doprowadziła tam naszych wyzwoleńców, bo ledwie nieco zagłębili się w puszczy, to juz tylna straż nadbiegła, donosząc że na polach znów zaczynają krążyć czaty nieprzyjacielskie.
Wojewoda Włodzimierz kazał zawrócić konie, rycerstwo uszykował u granicy lasu, a ciurów pozostawił przy odbitych jeńcach dla bronienia ich w razie złej przygody. Ale jeńcy, jakby piorunem rażeni, rozlecieli się prawie wszyscy w bory na lasy, pędząc gdzie oczy poniosą, jedni gromadnie, inni pojedyńczo.
Drobna tylko garstka pozostała się w pierwszych gąszczach boru, na umówionem stanowisku “pod trzema dębami”. Były to prawie same kobiety, z których każda miała wśród walczących kogoś ukochanego, męża lub ojca, braci albo synów. Te, mimo wielkiej trwogi, chciały dotrwać do końca bitwy i dowiedzieć się o losie drogich istot, a pomyślny obrót porannego starcia taką dawał otuchę, tak rozjaśniał serca, że dziewczęta już obłamywały i ze szronu otrząsały gałązki świerkowe, ażeby z nich układać wieńce dla zwycięzców.
I Ludmiła, – która pozostał między czekającemi, – w krążek zgięła gałąź iglastą, a nie mając wstążki ani nawet nitki, związała ją kiklu własnemi włosami. Dopiero po zadzierzgnięciu węzła przyszło jej na myśl, czy to dobrze robić dla żywych korony z drzewa śmierci? Niechcąc jednak osmucać zgromadzenia, zamknęła w sercy tę obawę, i położywszy wieniec na kolanach, zamysliła się, (może po raz pierwszy w życiu), nad znaczeniem i tajemnicami śmierci. Rozmyślanie rzadkie u młodych. Trzeba ciężkich uderzeń losu, aby pękły zwierzchnie łupiny duszy, a dopiero wtedy wychodzi na jaw dojrzałość albo próżnia jej owocu.
Czas mijał. Z początku słyszano chrzest był coraz niklejszy, okrzyki coraz dalsze, w końcu wszystko ucichło.
Kilka śmielszych ciurów puściło się ku brzegom lasy dla ułowienia nowiny.
Wracają z wieścią, że wojska już ani widać; musiało się opkrutnie na równinach zapędzić. Słychać wprawdzie wrzawę bitewną, ale gdzieś bardzo daleko, tam het! jakby aż za Turskiem.
Istotnie, nasi wojacy niedługo wytrzymali pod lasem. Wojewoda Włodzimierz chciał koniecznie tam czekać na nieprzyjaciela; twierdził że najlepsze takie stanowisko, puszczą z tyłu obronne. Ale rycerstwo, upojone pierwszą wygraną, rwało się do natychmiastowej bitwy. Młodzież zwłaszcza, z Przedwojowicem na czele, dowodziła wodzowi, że cały pierwszy tryumf zawdzięczano jedynie gwałtowności natarcia, że trzeba korzystać z przerażenia Tatarów. Rzeczywiście, zdawali się onieśmieleni; co naprzód postąpili, to znów zawracali niebacznie rozsypując się po bokach, wykrawając we własnem wnętrzu coraz głębszą próżnię, jakby mieli już, już rozerwać się na dwie połowy.
Powstał krzyk ogólny:
– Teraz ich przełamać! Przeciąć tego węża!
Przyszła chwila, w której wódz nie potrafił już oprzeć się prądowi zapału, proporce zaszeleściły i całe rycerstwo wichrem sunęło na pola.
Czas mija. Gromadka drży i czeka pod “Trzema dębami”.
Zmrok zapada. Śnieg prószy. Wieńce znów pobielały.
Co to za łomot po lesie?
– Ktoś idzie…
– Ach, może to kto z naszych?
Tak, idziec – ale jakoś dziwnie… Stąpa ciężko, nierówno, zatacza się jak człowiek pijany, macającemi rękami chwyta na oślep to jeden pień, to drugi. Aż potknął się o zaspę śnieżną, runął i rzęrzącym głosem wyjęknął:
– Nieszczęście!
Gromadka zbiega się dokoła.
– Co wam jest?
– Co się stało?
– Czy wy ranni? Gdzie?
A ten jęczy:
– Tu… Tu…
I obu rękami chwyta pocisk co mu z pod piersi wystaje na ukos. Szarpie go, chce wyciągnąć. O… coś trzasnęło… pocisk się nadłamał… W tej chwili ranny tężeje, oczy mu na wierzch wyszły, cały się wygiął w kabłąk, i tak wyprężony, z otwartemi ustami, kona, niedokończywszy strasznej wieści.
Krótka niepewność! Już idzie ktoś drugi… nie idzie ale pędzi… gałęzie trzeszczą, gruda chrapie…
Wpada człowiek bez hełmu, z włosem pozlepianym od śniegu. Na twarzy pomieszanie.
Obstąpili go wszyscy. On rękami daje niezrozumiałe znaki, łapie dech i głosem przydławionym powtarza:
– Uciekajcie! Uciekajcie!… Już gonią… Już są…
– Kto? Tatarzy?
– Tysiące tysięcy Tatarów! Jeszcze świat nie widział takiego pogromu!
Między niewiastami powstaje skwierk i zamieszanie. Jedne chcą uciekać natychmiast, na oślep. Inne, – zwłaszcza matki mające na polu bitwy synów, – jeszcze się wahają.
Ludmiła z niemi trzyma. Chodzi od jednych do drugich, składa ręce i błaga:
– Jeszcze poczekajmy! Choć chwilę… choć troszkę… Wszak widzicie? Coraz ich więcej wraca. Niechże i tamci wrócą. Już jeśli uciekać, to razem z mężami. Przy nich będzie nam i bezpieczniej. Nie ruszajmy się z pod tych dębów, bo jak raz sie ruszymy, to już tam w puszczy nigdy nas nie odnajdą, a Tatarzyn każdą z osobna wyłowi.
Istotnie, naszych coraz więcej nadciąga. U tych późniejszych przybyszów twarze mniej przerażone, w ubiorach mniej nieładu, widać że roztropniej się cofali.
Oto błysnął ogromny pancerz, wraca Krystyn z Niedźwiedzia, zły jak borsuk. Tupnął nogą i krzyczy za pierzchającymi:
– Gdzie? Gdzie uciekacie? Kto was tu nastraszył? Głupie, stójcie! Pogoń poszła inną stroną. Siedzieć i ani pisnąć, bo jak posłyszą to i tu przyjdą.
– Ależ na miłość Boską, niema żadnej pogoni! – Ozwie się stary Grabina, oburącz przytrzymujący głowę, z której krew dziurkiem ciecze.
– Jakto, niema pogoni? – Podchwyci ów bezhełmowiec. – A cóż nas tu przygnało? I ty sam, stary, przed kimże aż tutaj zmykałeś?
– Nie zmykałem, ale wracałem, bo Wojewoda kazał wracać na stanowisko w lesie. Wygrana czy przegrana, wszystko jedno, zawsze trzeba słuchać.
– Więc przegrana? – Powtarzały niewiasty rwąc włosy i załamując ręce.
– Zupełna przegrana?
– Boże! Co się to stało?
– Jakże się to stało?
– Czy was czarami pobili, czy co?
– Oh, niepróżno to ludzie gadają, że z nich takie djabelskie czarowniki!
– Gadajcież… cóż się stało?
Ale z mężami niełatwo było się dogadać, niełatwo było nawet wyrozumieć czy to jeden tylko hufiec został rozproszony, czy też całe wojsko już rozbite?
Niektórzy, pełni gniewu, ciskali odpowiedzi krótkie i porywcze, a co dziwniej, wcale z sobą niezgodne, bo każdy sądził o wypadkach walki według tej cząstki bitewnego pola, na której sam rozdawał lub odbierał razy.
Inni, pożerani sromem i rozpaczą, zacięli się w milczeniu, którego nie nie mogło przełamać.
– Nie nudzcie mię dziewuchy. – Syknął Krystyn. – Co się stało, to się stało. Oto lepiej dałybyście mi szmatę na obwinięcie tej nogi, co mi piekielnie dokucza.
Niewiasty zrywają chusty z głowy, drą swoje suknie na płaty, krew tamują śniegiem i mchami. Wobec tych ran skwierczących zapomniały o własnym losie.
Jednak nie wszyscy są ranni. Tak, u niektórych ciało zdrowe, ale dusze u wszystkich poranione. Jedni, wymachując rękoma, bijąc się po biodrch, krążą między drzewami jak zwierz zamknięty w klatce. Drudzy rzucili się o ziemię i jęczą, a nikt nie wie, czy jęczą z bólu czy z boleści?
A ciągle przybywa tych zbiegów, i tych jęków, o tych sprzecznych doniesień.
Ziemięta już od kilku chwil przyszedł, a jeszcze ni spojrzał, ni przemówił. Jak siadł na kłodzie tak siedzi; twarz zatopił w szerokich dłoniach, a kark mu się trzęsie jakby szlochał. Może i szlocha? Dusze ówczesne, niby chmury gorącego lata, łatwo się gromem zapalały, lecz niemniej łatwo i we łzach topniały.
Teraz przetarł oczy i wyjęknął:
– O nieszczęśliwy ty nasz kraju, co to tobą będzie?
Potem, jak się zerwie a krzyknie:
– Po co my tu siedzimy? Wracajmyż tam! Jeszcze może wszystko da się uratować?
Kilku mu odmruknęło:
– A wracaj. Ratuj. Szukaj wiatru w polu. A bezhełmowiec dodał:
– I naradź się z tym osłem Wojewodą, co tak mądrze poprowadził potrzebę.
– Łżesz! – Ofuknął Ziemięta. – Nie on winien.
– A kto winien? – Zapytał gorzko jeden z rannych.
To pytanie padło na serca jak iskra na słomianą strzechę. Teraz dopiero nastąpił długo tłumiony wybuch. Wszystkie pięści się zacisnęły, wszystkie usta się rozwiązały, i naraz wyleciał grad złorzeczeń, narzekań, wzajemnych wyrzutów.
O! Temi najwięcej szafowano. Jak to bywa zawsze gdy sprawa źle pójdzie, każdy chciał okazać że sam jest niewinien, a winę zwalał na drugich; temu wymawiał złą rade, tamtemu fałszywe zrozumienie rozkazu, innemu niewczesny pośpiech. W końcu każdy powtarzał:
– A mówiłem! Niechcieliście słuchać!
Wśród krzyżowania się głosów i rosnących ciemności, nikt prawie nie spostrzegł, że nowa gromada niedobitków nadchodzi; było ich dużo, ale mnogość ta nie zwracała uwagi, bo szli kupą dobrze ściśniętą. Warto im się też było przyjrzeć; widziani zbliska, nie wyglądali już na niedobitków, ale raczej na pół-zwycięzców; z oczy im to patrzyło, że musieli ustąpić z pola bitwy porządnie, odcinając się do końca jak należy, i zasłaniając odwrót mniej wytrwałych współtowarzyszy. Teraz wprawdzie maluje się na ich twarzach niezmierne znużenie, maluje się i smutek; jeszcze jednak stąpają krokiem pewnym, niektórzy nawet prowadzą ocalone konie.
Na czele idzie Wojewoda Włodzimierz.
Mógł-by kto sądzić, że idzie ze spuszczoną głową? Bynajmniej. Ten mąż serdecznie dzielny, otrzaskany z niestałością wojennego szczęścia, zdaje się rzeźwiejszy niżeli wszyscy inni.
Na widok zwaśnionej ciżby dał znak nadchodzącym aby się zatrzymali. Posłuchał, potargał wąsa, w końcu ruszywszy ramionami, wszedł na zamarzłe nasypisko, i tam oparty o pień dębu, ozwał się głosem takim gromkim, że mimo zgiełku wszyscy go posłyszeli:
– A to co? Ciszej, panowie bracia. Małoż to wam było rozlecieć się jakby kury przed jastrzębiem, jeszcze teraz bijecie się na języki, jak baby z Krakowskiego targu? Prosze was, mniej krzyku i mniej tych oskarżań. Kto winien? Wszyscy winni, a ja najwinniejszy.
Tu żelazną ręką uderzył się w piersi. Całe zgromadzenie przycichło jakbny makiem zasiał. Mówca ciągnął dalej:
– Tak, ze mnie pierwszy grzesznik. Wielki to grzech, kiedy stary słucha młokosów. Ale byłby jeszcze siedem razy większy, gdybym teraz ręce opuścił, i zaczął piszczeć: “O ja nieszczęśnik, już po wszystkiem!” Cóż u licha? Jedna jaskółka nie czyni wiosny. Dziś na wozie, jutro pod wozem. Jeszcze dzisiaj rano, kto był górą? My. Jutro, pojutrze, da Pan Bóg, znów nasza kolej przyjdzie. Tylko, trzeba zachować głowę tęgą, i jako ludzie mądre skorzystać z nauczki. My jeszcze nieumiemy borykać się z temi piekielnikami. To tak jak ten myśliwy co zawsze chadzal tylko na dziki, niechno mu raz przyjdzie spotkać się z niedźwiedziem, niewie sam nieborak co ma robić? Oczami strzyże ku ziemi, czy tam kłów nie widać? Potem, hyc! skacze na pieniek. A tu i Maciuś hyc do góry, zaczyna służyć jakby kundel, i obie łapy – o tak – pod boki mu wsadza. Oho, tu pieniek nie pomoże, tu trzeba zażyć innej sztuki. Owóż, przy Boskiej pomocy, i my się z czasem tych sztuczek nauczymy, i kiedyś jeszcze będziemy ze smakiem ogryzali łapy Tatarskiego niedźwiedzia.
– Ba! I całą skórę zeń obłupim! – Wtrącił już rozochocony Ziemięta.
– A i owszem, byle nie teraz. Tę noc trzeba cicho przesiedzieć, aby nie narażać tych zacnych białogłów i panienek, co nam się w opiekę oddały, – a jak rozednieje, pociągniemy do Kaliny, albo i do Krakowa, gdzie nam przecie – da Pan Bóg – więcej panów braci przybędzie. Mnie się widzi że nasz ubytek w ludziach nie jest bardzo gruby, więcej było bieganiny aniżeli rąbaniny. Strata byłaby dopiero wonczas przeraźliwa, gdybyśmy jak tchórze utracili serce.
Dobrze mówi Wojewoda; już temi kilku słowami wszystkimi dodał serca. Dobrze zrobił że się pokajał, zaraz przestano szukać winowajcy. I straty słusznie ocenił: sporo było rannych, ale zabitych mało. Kiedy się obliczono, wszyscy prawie stanęli na zawołanie. Zabrakło tylko wielu młodych, owych co się to zapalczywie na sam przód wyrwali.
Brakło i Przdwojowica.
Ludmiła długo usiłowała wmówić w siebie, że młodzieniec jest wposród obecnych, tylko że od wstydu i zgryzoty nieśmie się pokazać ni odezwać.
Krążyła między ludźmi zapytając nieśmiało:
– Gdzie rycerz Przedwojowic?
A dla upozorowania swojej troskliwości, dodawała:
– Gdzie nasz wybawiciel?
Inne branki, tknięte wspomnieniem jego niedawnej przysługi, pomagały jej w poszukiwaniach. Nawoływano go półgłosem, przyglądano się przechodzącym, wszystko napróżno. Prawda, że nikt nieśmiał głośniej huknąć po lesie, a przy ciemnościach coraz głębszych, trudno było rozeznawać twarze.
Ktoś zapytał czyby nie można rozpalić ogniska? Ale Wojewoda surowo zabronił, i odbici jeńcy jednogłośnie poparli jego zakaz. Każdy wołał kostnieć od zimnam, niż zdradzić się przed Tatarami.
Jednak płonne były ich postrachy. Zwycięzca, choć zwycięzca, jak najprędzej się cofał.
Inne wojska, po wygranej, zwykle idą naprzód. Mongołowie, szukający tryumfów ale zdobyczy, rozbiegali się po każdemu zwycięztwie jakby po najcięższej porażce, kryli się najwyszukańszą tajemnicą, i póty siedzieli w swych kryjówkach, aż dopóki cały kraj nie uwierzył że już sobie poszli na dobre. Dziwiono się wtedy zazwyczaj niezaradności barbarzyńców, śmiano się z ich “głupoty”. Ale niestety, śmiech był krótkotrwały! Kiedy wojska chrześcijańskie, zniecierpliwione próżnem wyczekiwaniem ruszyły sie nakoniec, aby w innych okolicach szukać zaginionych najeźdźców, kiedy mieszkańcy, fałszywie uspokojeni, zaczęli już powracać do swoich pustych domów, przypędzać napowrót uprowadzone bydło i wydobywać pozakopywane dostatki, wtedy zwycięzca spadał znów jakby piorun z pogodnego nieba, i wśród rozbrojonej ludności, bezkarnie rzucał się na łupież.
I co teraz, wedle rozkazu starszych, całe pogaństwo cofnęło się ku Strzemeskiej puszczy, i tam wpadło “jakby kamień w wodę”, rozpuszczając tylko po bokach kilka luźnych zagonów, które dla zmylenia poszlaki, kręciły się w niezrozumiałych, odwrotnych sobie kierunkach.
Cała droga do Krakowa pozostała swobodną. O pierwszym świcie, Wojewoda rozesłał ludzi na granicę lasu. Wrócili donosząc z podziwieniem, że Tatarów “ani widu ani słychu”.
Rozpuścił gońców dalej. Ci także donieśli że Tatarzy zginęli, przepadli jakby ich nigdy nie było.
Tymczasem Ludmiła, przy świetle brzasku, przeglądała twarze obecnych. Nie znalazła Przedwojowica, ale znalazła inną dawną znajomość: Sulisława.
Wczoraj, w jednego tylk zbawcę zapatrzona, nikogo więcej nie widziała. Dziś, bystrzejsze były jej oczy. Ach, jak radośnie, jak serdecznie się przywitali! W podobnej chwili, wszystkie niechęci nikły, urazy szły w zapomnienie.
Pierwszemu jej pytaniem było:
– A gdzież Elżbieta?…
– O! – Spokojnie odparł Sulisław – ona już dawno musi być w Krakowie przy królowej, albo we Wrocławciu przy bracie. Na pierwszą wieść o Tatarach, dawno temu, jeszcze przed bitwą pod Opolem, wysłałem do niej człowieka z rozkazem aby wyjeżdżała.
Ludmile stanęło na ustach pytanie:
– Kogo wysłał? Czy przypadkiem nie Marka?
Ale w tej chwili przerwano jej rozmowę. Sulisław odebrał zawezwanie od Wojewody, który chcąc raz jeszcze zasiegnąć wiadomości o ruchach nieprzyjacielskich, wysłał go na zwiady ku granicom lasu.
Jednak, dzień już był zupełny, a Przdwojowica nikt jeszcze nie widział. Pocieszano Ludmiłę przypuszczeniem, że część niedobitków mogła ujść innym szlakiem. Ale te słowa nie budziły w niej wiaru. Wszak na samem rozstaniu, kilka razy powtórzyła młodzieńcowi:
– Ja będę czekała tutaj, pod trzema dębami.
Mógłże-by zapomnieć? Mógłże-by ją w tak okropnej godzinie opuścić? Nie! Gdyby tylko żył jeszcze, już-by dawno stał przy niej, na straży, jak anioł. Chyba że…
Tu nagle chwyciła się za serce i krzyknęła:
– A więc zginął? Musiał zginąć! Trzeba szukać… Idę…
I pobiegła w stronę pobojowiska.
Za nią poszło kilku – potem znowu kilku – coraz więcej – aż wszyscy wyciągnęli z lasu ku żałobnym polom.
Na pobojowisku.
Na pobojowisku niewiele ciał leżało.
Tatarzy odebrawszy rozkaz cofania się do puszczy, przy zwykłej sobie karności, nie bawili się w odzieranie trupów nieprzyjacielskich, ale tylko, co żywo, pozbierali swoich własnych umarłych, zwłaszcza ukochańszych i przedniejszych, ażeby ich przechować dla Azjackich grobów, bo ci ludzie, na pozór pozbawieni wnętrzności, mieli przecie szaloną miłość do swojej ziemi. W zbrojnych wędrówkach od ludu do ludu, choćby na samych krańcach świata, pierwszą ich myślą po bitwie było zbieranie poległych. Nie umieli ich balsamować, ale pokrajawszy zwłoki, gotowali je kawałkami w jakimś tajemniczym rozczynie, który je nieźle chronił od zepsucia. Tak zabezoieczone i szczelnie upakowane szczątki, kładli na telegi i przez tysiące mil, wieźli, aż do stepów Mongolji, aby tam dopiero pochować je w ojczystej ziemi.
Trupów chrześcijańskich także było niewiele. W pierwszej nawet chwili zdawało się że ich wcale niema; śnieg całonocny staił je pod białym całunem. Powoli jednak dopatrzono jeden, drugi, dziesiąty, wszystko prawie najśliczniejsi młodzieńcy, kwiat przyszłości.
Ludmiła stawała przy każdych zwłokach, schyliwszy się szepnęła z radością:
– To nie on!
I szła dalej.
Nagle, stanęła jak wryta. Z pod śniegu sterczała haftowana, szkarłatną wstążką sznurowana, jej własna manela. To jego hełm. To on.
Leżał nieruchomy, śnieżnem żgłem zasuty, z twarzą zastygłą, ale uśmiechniętą owym dziwnym uśmiechem śmierci, co zdaje się już wywołany widokiem do lepszego świata.
Było to ostatni z pomiędzy trupów. Przedwojowic jak widac najdalej się zapędził.
Ludmiła nie mogła ustać. Siadła na śniegu przy zwłokach i długo myślała – nie nie myśląc. Snuła jej się tylko po głowie chęć osobliwsza w takiej chwili, dziecinna, i razem anielska: miała niewymowną ochotę złożyć pocałunek na marmurowemu czole oblubieńca, a nie śmiałą; mnóstwo świadków kręciło się koło niej, inni stali przy zwłokach, żałując poległego.
Nie rozumiała w tej chwili co to za ludzie i po co tu przychodzą? Ale jakiś postrach panieński powstrzymał jej usta, – myślą tylko przesłała pocałunek pierwszy i ostatni, – wieniec świerkowy na hełm jego włożyłą, i podniosła ku niebu spojrzenie wyrzutu.
Jeżeli duch Przdwojowica krążył na tych miejscach, musiała się uśmiechnąć i szepnąć:
– Cóż wyrzucasz niebu? Dało mi same łaski: krótką ale najpiękniejszą porę życia, wczesny ale najpiękniejszy rodzaj śmierci.
Istotnie, cóż chlubniejszego dla rycerza, jak zginąć w obronie swojej wiary, swojej ziemi i pani swoich myśli?
Chwała jego nawet, szczęśliwym a rzadkim trafem ocalała z ciszy zapomnienia, która zazwyczaj tyle walecznych imion pochłania. Dziś jeszcze na kartach Kroniki czytamy te krótkie słowa, co starcza na najdłuższą mowę pogrzebową:
“…Gdzie między inszemi zabit młodzieniec osobliwy, gdy sobie dobrze poczynał, Michał Przedwojowic”.
Ale cóż Ludmiłę obchodziła chwała? Cisnęła niebiosom gorzkie zapytanie:
– Po co obiecywaliście tyle szczęścia, aby wszystko w jednej chwili wydrzeć jakby na pośmiewisko? Za co ta kara, doprawdy niezasłużona? Bo przecież ani on ani ja, nie zawiniliśmy wam tak bardzo w niczem? O! Czyż może być większe nieszczęście?
Ale w tejże chwili głos wewnętrzny zawołał na nią z rodzajem troskliwego postrachu:
– Nie buntu się… Nie sądź nieba, ażeby ci nie pokazało że mogą być jeszcze większe nieszczęścia.
Ludmiła czuła, że ten głos jest w niej a nie jest nią sama, że ten głos wie nierównie wiecej niż ona, – spuściła głowę i dwie łzy do jej liców przymarzły.
Tymczasem w koło niej wirował ruch cichy. Uratowanym jeńcom pilno było uciekać ku stolicy i rycerstwo ich nagliło w obawie nowego napadu, jednak nie mieli serca odejść nieboszczyków bez pogrzebu, choćby najprostszego. Zaczęto znosić trupy. Kilku pachołków, skoczywszy ku wiosce która jeszcze nie była do szczętu zniszczona, przyniosło ztamtąd rydle; rozmieciono nieco śnieg i ziemię, zwłoki rzędami układano, przysypując je lekko, i wkrótce narósł mały płaski kopiec, na który padły owe wieńce panieńskie, co miały zdobić szyszaki zwyciezców.
I Przdwojowica dwóch ludzi wzięło Ludmile z przed oczu. Zerwała sie wołając:
– Gdzie go zabieracie? Gdzie?…
– A no cóż? Chcemy go pogrzebać. Czy lepiej żeby go kurki zjadły?
Nie nie odrzekła, tylko prosząc o chwilkę zwłoki, zdjęła z jego szyi owa chustkę prześliczną, którą wiernie nosił od chwili Turnieju, łzami skropiwszy, zawinęła w nią złotem kajdanki, i starannie, nabożnie, ukryła za suknią.
Już go nie widać, – już grudki ziemi roztrzęsły się po rynsztunku, ach! i po obliczu…
Inne niewiasty odciągają Ludmiłę.
– Idź z nami, uchodź, – mówią, – tu już nie masz co robić, będziesz miała dość czasu później na płakanie.
Ludmiła bezwładna, bezwiedna, daje się pociągać, już odchodzi, – kiedy nagle stanęła i słucha: jedyne słowo co jeszcze mogło trafić do jej serca, imię “Elżbiety” kilkakrotnie powtórzone z boleścią, z rozpaczą, tuż przy niej zabrzmiało, i wywiodło ją z osłupienia.
Koniec cz. 2 ostatniej.

CZYTAJ CZ. 1.
Bitwa pod Turskiem, o której wiedzą i Chińczycy. Zapomniany epos Deotymy z cyfrowych archiwów, cz. 1.







