
Dzisiejsze spotkanie z archiwaliami będzie nietypowe. Przeglądając zasoby Świętokrzyskiej Biblioteki Cyfrowej, a dokładnie czasopismo ilustrowane tygodniowe “Kłosy” z 1888 r. natrafiłem na ciekawy, literacki opis bitwy pod Turskiem Wielkim z 13 lutego 1241 r., stoczonej między polskim rycerstwem a Mongołami. Okazało się, że tekst jest częścią ciekawej opowieści o charakterze średniowiecznej legendy pt. “Branki w Jassyrze”. Powieść powstawała w latach 80. XIX wieku. Po raz pierwszy ukazała się w odcinkach na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” czy "Kłosach" w latach 1888–1889, a jej wydanie książkowe (pierwsze pełne) opublikowano w 1889 roku w Warszawie. Polska literatura historyczna to nie tylko Henryk Sienkiewicz.

anim na literacką scenę wkroczył Pan Wołodyjowski, czytelnicy w XIX wieku z zapartym tchem śledzili losy Ludmiły – bohaterki, która dla ratowania przyjaciółki nie cofnęła się przed niczym. Aby przetrwać w egzotycznym i niebezpiecznym świecie Tatarów, zrzuca suknię, ścina warkocze i przywdziewa strój genueńskiego pachołka. Znajduje się również nieopodal Połańca, w centrum bitwy pod Turskiem Wielkim. I tak naprawdę ten dosyć obszerny fragment tej opowieści, które podzielę na dwa osobne wpisy, będzie punktem wyjścia dla dzisiego wpisu i najbardziej mnie interesuje.

Akcja osadzona jest w XVII wieku, w czasach wojen Rzeczypospolitej z Turcją i Tatarami (czasy Jana III Sobieskiego). Dzieło opisuje losy polskich kobiet wziętych do niewoli (tytułowy jassyr) przez Tatarów. Ludmiła, niepokorna i odważna oraz Elżbieta, delikatna i głęboko wierząca. Jest to powieść przygodowo-historyczna, pełna dramatycznych zwrotów akcji, opisów egzotycznych krain oraz patriotycznego ducha. Autorką jest Deotyma, czyli Jadwiga Łuszczewska, ówczesna ikona warszawskich salonów i mistrzyni poetyckiej improwizacji. Jej powieść to owoc osobistych doświadczeń z wygnania w głąb Rosji i niezwykłej intuicji historycznej. Według niej bitwa pomiędzy siłami polskimi pod dowództwem wojewody krakowskiego Włodzimierza a wojskami mongolskimi pod dowództwem Bajdara podczas I najazdu mongolskiego na Polskę w XIII wieku, tragiczna w skutkach, miała zapisać się w kronikach obu narodów jako wydarzenie wyjątkowe.
Ciekawy jest pseudonim Jadwigi Łuszczewskiej. Deotyma to imię pochodzące z języka greckiego (Diotíma), które składa się z dwóch członów: dios – należący do Boga (lub Zeusa), timē – cześć, szacunek. Można je zatem tłumaczyć jako „czcząca Boga” lub „ciesząca się uznaniem bogów”. W mitologii i filozofii greckiej Deotyma była kapłanką i wieszczką z Mantinei. W XIX-wiecznym języku potocznym określenie to bywało używane w stosunku do kobiet wykształconych, natchnionych lub zajmujących się poezją.
Jestem niemal przekonany, że dla większości z czytelników ten tytuł brzmi dziś zupełnie obco. I wcale się nie dziwę. Podczas gdy nazwiska takie jak Sienkiewicz czy Prus na stałe wpisały się w kanon lektur, dzieło Deotymy – w tamych czasach niezwykle popularne i wyczekiwane w każdym kolejnym numerze prasy literackiej i nie tylko – niemal całkowicie zniknęło z masowej świadomości. Tym bardziej czuję satysfakcję, że przez przypadek mogłem przywrócić tę opowieść z odmętów czasu, zwłaszcza gdy dotyka tak bliskich nam, lokalnych wydarzeń, jaką niewątpliwie była bitwa pod Turskiem z 13 lutego 1241 r. Niektórzy twierdzą nawet, że to właśnie z rozmachem Deotymy musiał mierzyć się sam Sienkiewicz, pisząc kilka lat później swoje „Ogniem i mieczem”. Przyznam, że dosyć ciekawie wyglądaja opisy, szczególnie te związane z naszym regionem. W transkrypcie fragmentu publikacji znajdziemy odniesienia do samego Połańca, rzeki Czarnej, puszczy strzegomskiej czy samego Turska
Książkę co prawda można nabyć we współczesnych wydaniach, jednak lektura części publikowanych w odcinkach na łamach pierwotnego „Tygodnika Ilustrowanego” czy w moim przypadku czasopisma ilustrowanego tygodniowego “Kłosy” z 1888 r. ma swój niepowtarzalny urok. Poniżej możecie zapoznać się z powieścią, jak również z materiałem źródłowym w wersji PDF. Oryginalny tekst, pomimo wielu archaizmów, celowo pozostawiłem w oryginalnej pisowni z epoki z końca XIX w. Mimo to tekst nie stwarza żadnych problemów i ciekawie się go czyta. I przyznam szczerze, że w styczniu książkę z pewnością przeczytam. Z uwagi na obszerność artykułu i dbałość o komfort czytelnika, wzorem czasopisma „Kłosy”, podzieliłem tekst na dwie części. Zainteresowanych całością proszę o kontakt – chętnie udostępnię linki do wszystkich wydań tego dzieła w oryginale. Życzę miłej lektury.
[…]
Jest w powiecie Sandomierskim, pomiędzy Osiekiem a Połańcem, wieś odwieczna zwana “Wielkiem Turskiem”, pod którą zaszła onego czasu bitwa zaprawdę osobliwsza: obie strony walczące uznały ją za przegraną. Kronikarze nasi jęczą nad ciężką porażką jaką wojsko polskie poniosło pod Turskiem, ale i kronikarze chińscy, opisujący wyprawy Mongołów, płaczą nad niepowetowaną stratą, jaką wojska tatarskie poniosły w kraju “Polo”, pod wioską zwaną “Tulisko”.
Nie była to już pierwsza bitwa. Ledwie doniesiono o pokazaniu się nieprzyjaciela u granic, młody król wyruszył z gronem xiążątek pokrewnych, którzy właśnie bawili w Krakowie, obdarzony błogosławieństwami matki i życzeniami żony; tak, od Kingi odebrał same tylko i to nieśmiałe życzenia, jej duch proroczy jasno widział przyszłość krwawą, czarną. Kiedy król odjeżdżał, powiedziała do niego uroczyście: – Choćby źle poszło, nie upadaj na duchu. Życie długie, los przemienny, Bóg cierpliwy.
Bolesław nie potrzebował zachęty, pełen był młodzieńczej ufności, chociaż miał siły bardzo drobne, nie więcej tylko swój dworski poczet i orszaki owych xiążątek, wszystko co na prędce dało się zebrać pod Wawelem. Całe właściwie rycerstwo dopiero ściągało do Kaliny, i niemożna brać naszym praojcom za złe że nie stali już w pogotowiu. Szykowano się ciężko, zwolna, jak we wszystkich ówczesnych wojnach na Zachodzie, a nikt jeszcze nie wiedział, że Tatarzy głównie wojują pośpiechem. Chcąc określić jak był bajecznym ten pośpiech, dość powiedzieć, że “biegli prędzej niżeli wieść o nich”.
I nie był to ślepy rozpęd. Podobną szybkość otrzymuje się tylko niesłychanym ładem i zgodnością poruszeń. To też polski czytelnik oburza się i ramionami rusza kiedy i pisarzy zagranicznych spotyka wyrazy lekceważenia dla naszych wojen ze Wschodem.
“Wielka sztuka” piszą oni “walczyć z taką bezładną dziczą”.
O! Jakże wielkiej nieznajomości dziejów dowodzą podobnemi słowy!
Pierwsze wojska Mongolskie nie były to owe stare tłumy Hunnów albo Gotów, pędzące gdzie oczy poniosą, – nie było to nawet owe zbiedniałe hultajstwo Nogajców, które później naszą ziemię po nogach kąsało. Była to armja urządzona ze sztuką prawdziwie mistrzowską, wojująca ze strategją jeszcze w Europie nieznaną, a tak podobną do dzisiejszej, nadewszystko do Pruskiej, że doprawdy przychodzi się pytać, czy Moltke nie studjował przepisów Temuczyna?
A najprzód, przed każdą wyprawą, jeszcze w głębinach Azji najporządniej rozpisywano, ile głów ma dać każda rodzina, ile czasu trzeba na drogę, ile sił na jaką część świata, bo zwykle kilka wypraw jednoczesnych puszczało się w różne strony globu.
Potem, do każdej nowej krainy co się przedstawiała po drodze, wysyłano niezmierną ilość szpiegów. Ci, krążyli przez miesiące, czasem lata całe, tak że wodzowie Mongolscy, wchodząc do nowej ziemi, znali nietylko położenie wszystkich miast i wiosek, ale najmniejsze drożyny i manowce.
Idąc, zostawiali kilka szlaków nietkniętych aby w drodze powrotnej znaleźć paszę dla koni i siedliska do wypoczynku.
Jakiejże było potrzeba karności, aby dzikiemu Azjacie powiedzieć: “Tu będziesz rabował, a tak nie. Tu wolno ci szaleć, a tam nie wolno ręki ściągnąć”.
Jednak, historja świadczy że te rozkazy święcie wypełniano.
Podziw nas ogarnie tem większy, kiedy wspomnimy, że w tych olbrzymich wojskach, liczba samych Tatarów była stosunkowo niewielka.
I tak, w obecnej chwili, ze trzykroć stu tysięcy lecących na Polskę, ledwie trzecia część mogła pochlubić się nazwą Mongołów. Dwie trzecie wojska były zbiorem przeróżnych, dawniej podbitych narodów, które zwycięzcy pędzili przed sobą, każąc im walczyć w swojej sprawie, a dla zachęty oddając im część łupów.
Były tam Ujgury bardzo mądre, były Tunguzy dziwnie zgrabne, byli Połowcy o fałszywym oku, Chazary o semickich rysach, Mordwini i Czuwasze mali ale krępi, byli Kirgizy sławne jeźdźcy, i Armeńczycy o długich brodach.
Jedne z tych narodów szły ponuro, stąpając tylko pod batem, inne biegły dosyć wesoło, pogodzone z losem przez nadzieję niewidzianej zdobyczy, i niesłychanej krwiożerczej pohulanki.
Bolesław raźno jadący z garstką swoich dworzan, zdziwił się niepomiernie widząc to nieprzejrzane wojsko, które zdawało się tem ogromniejszem, że każdy z wojowników Tatarskich prowadził pięć lub sześć koni na odmianę, a tabory więźniów z tyłu wleczone, pomnażał dla oka ciżbę.
Polacy dobrze czuli że nieprzezornie jest mierzyć się z tak nierówną siłą; ale rycerski honor niepozwalał uchodzić bez walki. Szczęściem, wybrali dogone położenie, z dwóch stron obronne bagnami. Spotkanie nastąpiło pod Sandomierskim Opolem; była to raczej utarczka niż bitwa. Młody król okazał tyle przytomności, że nie dał się oskrzydlić, resztki na czas wycofał, i po lekkiej przegranej, ustąpił do Krakowa.
Ztamtąd, na gwałt wysyłał rozkazy po kraju, za posągowe pieniądze Kingi wynajmował roty zaciężne, codzień, co godzina pisał do Henryka Wrocławskiego, do Mistrza Krzyżaków, do Czech, do Xiążąt Niemieckich, błagając o posiłki, o pomoc jak najszybszą, bo niebezpieczeństwo nierównie bliższe i straszniejsze niż sobie wyobrażano.
Wojewodzie Włodzimierzowi tymczasem kazał krążyć, czatować, i przynajmniej do stolicy nie dopuścić pogaństwa.
Biegły wódz, w niejednej szermierce podsiwiały, zebrał wszystkich rycerzy jacy już ściągnęli do Kaliny, i zaczął szukać nieprzyjaciół. Wszędzie widziano ich wczoraj, nigdzie nie można było dogonić ich dzisiaj.
Tatarzy ciagnęli zupełnie jak ów pielgrzym, który idąc do Rzymu ślubował, że “zawsze postawi trzy kroki naprzód, a dwa w tył”. Co rozpuścili zagony, to znów je ściągali, ażeby łup i jeńców pozostawić za sobą w bezpiecznem ukryciu.
I teraz, nabrawszy mnóstwo ludu, cofali się ku Strzemeskiej puszczy, w której głębiach, sławnych z dzikości, mogli plon ukryć jak gdyby pod ziemią.
Ludmiła od chwili swojego porwania, żyła w zupełnym odurzeniu. Dotąd nikt jej nic złego nie wyrządził, tylko ciągle ją pędzono, przepędzano, to pieszo, to na wózkach, z tłumem innych więźniów. Ten pośpiech nieustanny był także niewymowną męczarnią; ani wytchnąć, ani myśli zebrać. Z początku łudziła się nadzieją, że wojska polskie ich gonią, ale nikt nie gonił; zrozumiała nakoniec że to jest ucieczka złodziejska, przedf możebną tylko pogonią.
Czasem wprawdzie kazano zatrzymywac się u brzegów lasu, przecież i wtedy myśl niemogła odpocząć, bo wnet po bokach błyskały ognie podpalanych wiosek, spędzano szereg nowych brańców, i znów het, dalej na bezdroża.
Większa część niewolników składała się z chłopstwa; były tam jednak i żony i córki możnych obywateli, i starcowie rycerscy o biełuchnych włosach, i dzieci na wpół umarłe z przerażenia.
Głodu więźniowie nie doznali. Strażnicy chcąc im dodać sił do szybkiego biegu, suto im rozdawali jadło; zapasy po wsiach rabowane, szły w wielkiej części dla jeńców.
Ale nasza branka nawet jeść niemogła. Ledwie czasem, z głodna, bezwiednie coś przłknęła. Kiedy inni więźniowie, całemi rodzinami pobrani płakali razem i pocieszali się wzajem, ona siedziała sama jedna, nieruchoma, oniemiała, prawdziwy posąg sieroctwa.
Dwa razy tylko wyszła z tego odurzenia nawidok istot, które jej przypominały przeszłość.
Raz, kiedy pędzono przed niemi kupę jeńcówm nowo sprowadzonych, w natłoku, po białych wąsach poznała Marka, co był jednym z najpoczciwszyuch domowników zamku Żegnanieckiego.
– Marku! I ty tu? – Wykrzyknęła.
Obejrzał się, wołając:
– Nieszczęście! Właśnie leciałem do Żegnańca, kiedy mię złapano… I panienka tutaj? O nieszczęście!
Potem długo jeszcze coś wołał i rozpowiadał, ale już niemogła dosłyszeć, popchnięto go dalej.
Inną razą, siadła obok niej kobieta z twarzą dziwnie pociętą. Ludmiła poznała jedną z owych zdrajczyń co wprowadziły Tatarów do Witowa.
Odskoczyła ze zgrozą.
– O ty niegodziwa, czy Boga niemasz w sercu. Znam cię, znam aż nadto! Jak ty mogłaś tam do klasztoru naprowadzić pogan?
– No, co było zdziałać? W lesie pod klasztorem, Tatarzy umyślnie nas pobili, a potem nauczyli abyśmy się do was tak a tak wprosiły. A my jeszcze niechciały. Wtedy zapalili wielki ogień, naleli wody w kocioł, a kiedy ukrop zaczął się przewracać, wzięli nasze dzieci i mówili: “Zaraz je tam wrzucimy, jeśli nie zrobicie co każemy”. – Żałosno, ale cóż? Bóg dał teraz Tatarom panowanie, trzeba ich słuchać.
– To niemoże być prawdą, co ta kobieta gada… – szepnęła Ludmiła. – Nie… takie rzeczy niemogą się dziać pod słońcem.
I jeszcze głębiej oniemiała.
Dopiero czwartego dnia rano, kiedy cały tłum przyciągał nad rzeczkę co nosi złowrogą nazwę Czarnej, przewodnicy zaczęli mniej przynaglać pochód. Już tylko dzień drogi dzieli ich od puszczy Strzemeskiej; konie i ludzie były śmiertelnie pomęczone, samym Tatarom już siły się wyczerpały. Nakazano trzygodzinny wypoczynek.
Ale wkrótce po wschodzie słońca, przednie straży nadbiegły, ostrzegając że widać jakieś wojsko niezmiernie błyszczące. Wieść piorunem rozbiegła się między jeńcami.
– Nasi idą! Nasi! – Okrzyknięto, zrywając się w upojeniu. Pomimo wszelkich gróźb i napominań straży, cały tłum nieszczęsnych ukląkł i jednym głosem zaczął śpiewać:
“Święty Boże! Święty mocny! Święty Nieśmiertelny!”.
Cud! W obecnych wojnach niewidziany cud! Tatarzy rozgromieni! Tatarzy uciekają!
Był to istotnie wypadek nadzwyczajny, było to zwycieztwo zapału nad strategją; zwycięztwo rzadkie, bo w rzeczach “tego świata”, sztuka i ścisły obnrachunek częściej wygrywają niżeli serdeczne uniesienie. A któż w trzynastym wieku znał najlepiej tę sztukę i ten obrachunek, jeżeli nie chytrzy następcy Dżyngischana?
Kiedy po stronie chrześcijańskiej, najznakomitsi rycerze wyjeżdżali zazwyczaj na samo czoło wojska, w pełnej zbroi, z kopiami i tarczami, za niemi niższe rycerstwo w kolczugach, a dopiero na końcu pospólstwo zbrojne w dziwaczno-kształtne maczugi, topory i berdysze, kiedy wszyscy szli jedna ławą, z jednem tylko hasłem: “Zawsze naprzód!” – u Tatarów przeciwnie: w pierwszym rzędzie pędzono ciżby najpośledniejsze, potem szły machiny wojenne, a w końcu dopiero prawdziwi Mongołowie, grono przywódców rzadko walczących ręką, ale mocno pracujących głową; ci najczęściej z jakiego pagórka spoglądali na szachownicę bitwy, rozsyłając rozkazy do przesuwania szyków. Niebo bliżej, świetniał zastęp tak zwanych “behadyrów” (z czego powstał nasz wyraz bohater) ludzi wsławionych dziwami waleczności i wojennego dowcipu. Ci, pierwszą część bitwy zwykle przeczekiwali spokojnie. Dopiero, kiedy czoło nieprzyjaciół było już znużone i zniecierpliwione ubijaniem się z nędzną, ale niezrachowaną ciżbą, szereg “behadyrów” spadał z góry całą mocą sił jeszcze nietkniętych, a łucznicy rozsypywali się po bokach i oskrzydlali przeciwnika zawodząc to koło, najprzód wielkie, potem coraz krętsze, coraz ciaśniejsze, którego sława miała z czasem dojśću nas do przysłowiowej nazy: “tatarskiego tańca”.
Ale dziś wodzowie Mongolscy przerachowali się w mądrośći.
Rycerstwo polskie uderzyło z tak szalonym rozpędem, że wszystkie rachuby zostały omylone. Poprostu, brakło czasu na ich wykonanie.
Ludmiła nic nie rozumiała, niczego nie była pewna. Od kilku godzin bitwa wre w koło niej, a raczej przed nią daleko. Całe wojsko pogańskie oddziela ją od samego pola walki. Ale ten przedział coraz węższy, krzyki i szczęki coraz bliższe.
Przy samym początku bitwy, strażnicy spędzili więźniów na jedną gromadę i otoczyli ich taborem wozów, szczelnie powiązanych.
Z tej lekkiej a jednak nieprzepartej warowni jeńcy nie mogą widzieć tylko ogromne kłęby pyłu. Chwilami słońce się zaciemnia od chmary pocisków.
Aż przyszła chwila osobliwsza: całe owe tłumy pogan, dotąd plecami do brańców stojące, zwróciły się do nich twarza – pomimo zakazów, pomimo rozwścieczonych wodzów, szyki rozrywają się na kawały – wszystko pierzcha, wszystko leci, gnane jakimś nieludzkim strachem.
Kilku Azjatów skryło się pod wozy.
Inni uprowadzają wielbłądy.
Inni unoisza skrzynki z kosztownościami.
O jeńcach nikt nie myśli – puiszcza za daleko nieprzyjaciół za blisko, aby pędzić tak niechętnych towarzyszów.
Już też i za późno! Tłumy Tatarskie, które neidawno były przed taborem, teraz już są za nim, hej daleko!
Tu na przodzie, pole się oczyszcza… przez tumany kurzu już zaczynają przebłyskiwać tarcze z chrześcijańskimi godłami, powiewają kraśne proporce.
Najpierwszy, pędzi ku taborowi jakiś jeździec w pośrebrzystej zbroi, z błękitną chorągiewką chrzęszczącą u kopji.
– O Boże! czy mię oczy nie mylą?
Branka zrrywa się, wspina, wygląda poza wozy… Nie – oczy nie mylą – u nóg i u ręki złote łańcuszki świecą – serce nie omyliło – to on!
Stanał – spojrzał i i poznał.
Chcąc się dobić do jeńców, chcąc rozerwać wozy, młodzieniec zeskoczył z konia , dobył koncerza i zaczął rozcinać sznury, wśród radosnego krzyku jeńców, którzyu toczyli się i niecierpliwie targali powiązane ręce.
Ale wtedy, trzech pohańców ukrytych między telegami, widząc że wybawiciel jest sam jeden a pomoc jeszcze dość daleka, wyskoczyło z podwozów. Pierwszy Kirgiz, drugi Ujgur, trzeci Połowiec. Wszyscy trzej, przekonani że łatwo zmogą młodzieńca, po pierwszym skoku zdumieli się, jakby trafili na żelazną kolumnę.
Jeśli te wschodnie ludy celowały w bitwach szerokich, w konnych pogoniach i ucieczkach, za to przy spotkaniu oko w oko, gdzie człowiek naprawde mierzył się z człowiekiem, traciły swoją lotną wartość. Tu rucerz Europejski odzyskiwał swoją przewagę; jego przytomnosć, wprawa nabyta w turniejach i pojedynkach, jego idealna miłość sławy, nadawały mu lwią potęgę,wobec kociego skradanmia się łupieżców, co szli tylko z musu lub chciwości. A przytem jego miecz ogromny i hartowany, zbliska łatwo płatał skórzane ich ubrania, podczas kiedy sam rycerz, od stóp do głów okuty, stał jakby w żelaznej wieży, o którą noże i kindżały napróżno się krzywiły.
Wszystko to prawda, jednak tu trzech na jednego… Ludmiła chce patrzeć…
Co który przyskoczy, to rycerz się odcina, szybko, coraz szybciej… Jego rynsztunek miga oślepiająco… łańcuszki dzwonią… miecze dzwonią…
Oh! Teraz wszyscy trzej razem się rzucili… Ludmiła już niemoże patrzeć – głowę pochyliła na kolana, przymknęł oczy i czeka. Jak długo? Nie umiałaby powiedzieć, to razem chwila i wiek.
Naraz, szczęk ustał – z pod stalowej pieri odezwało się głębokie odetchnienie i słowa:
– A! Przecie…
Te słowa, ciśniete najwdzieczniejszym, niezapomnianym głowem, otworzyły jej oczy. Spojrzała – i skamieniała z zachwucenia, pytając się czy ona już przeszła do nieba, czywidzenie z nieba do niej schodzi?
Trzej wrogowie pobici, wzajemnie sobą przywaleni, wili się jednym kłębem kilkobarwnym, jakby potwór drgający w ostatnich podrygach, a Michał Przedwojowic stał nad nimi zwycięzko, z mieczem spuszczonym ukośnie jakby piorun, ze zbroją świetlaną jak biała błyskawica, z głową złocistą jakby słońce, dziękczynnie ku niebu podniesioną, – zupełnie Archanioł Michał zwalczający piekielnego smoka.
Wobec takiej wizji, tylko patrzeć, patrzeć i modlić się.
Ludmiła chciała złożyć ręce – nie mogła… były spętane.
Ale już obraz cudowny się zmienia. Młodzian otrząsnał jasne włosy, rzucił się ku wozom, jednym zamachem je rozerwał, – już jest przy Ludmile, – już z troskliwą ostrożnością przecina jej więzy, w upojeniu całuje czerwone pręgi na jej rękach, upadł u jej kolan, wykrzyknął:
– Dzięki ci Boże!
A potem, znów się zrywa, biegnie do innych jeńców, rozdziera ich pęta, – uwolnieni pomagają mu w oswobodzeniu dalszych, z wszech stron idzie za nim jeden chór błogosławieństw.
Już też i całe wojsko chrześcijańskie, z tętetem i okrzykami nabiega. Wszyscy rozwiązani – wszystkie ręce podnosza się ku Panu Zastępów i ku braciom wybawcom – krewni się poznają, roztwierają ramiona – znajomi i nieznajomi całują się z łkaniem – zbytek szczęścia przybiera pozory cierpienia – kobiety dostają serdecznego płaczu – nawet niektórzy mężczyźni wziąwszy się za głowę krzyczą jakby od zmysłów odchodzili.
Ludmiła zdejmuje z piersi, starannie ukryty poza suknia, drobniusieńki kluczyk, ii przybiegłszy do młodzieńca, woła:
– Jeśli kiedy, to teraz! Wolność za wolność! Otwiera kłódki, złote okowy opadają.
Przedwojowic zbiera łańcuszki w ręku, i podając je Ludmile, głosem jakimś dziwnym, drżącym od wzruszenia czy przeczucia, mówi:
– Weź… weź najmilsza panienko… Cokolwiek się stanie, zachowaj to… na pamiątką moją…
Ludmiłę tknęła jakaś trwoga, także coś nakształt niedobrego przeczucia. Z wahaniem odrzekła:
– Kajdany? Zostawiacie mi kajdan? …
I chciała odepchnąć złowróżebną pamiątkę, ale się powstydziła zabobonnej obawy, tembardziej, że mnóstwo rycerzy, niedawnych świadków Turnieju, przyklaskiwało z uniesieniem ofierze młodzieńca.
Zanim się spostrzegła, już łańcuszki pozostały w jej ręku, a Przdwojowica, tłum odbitych jeńców obnosił triumfalnie na ramionach.
Koniec cz. 1.
c.d.n.
CZYTAJ CZ. 2.
Bitwa pod Turskiem, o której wiedzą i Chińczycy. Zapomniany epos Deotymy z cyfrowych archiwów, cz. 2.







