
Był 13 czerwca 1915 roku. Dzień, który na zawsze zapisał się w historii polskiego oręża. Słońce świeciło nad polami Bukowiny. Teren był pofałdowany. Krył w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo. W powietrzu unosił się gęsty kurz. Słychać było odgłosy toczącej się wojny. Ziemia drżała od wybuchów pocisków artyleryjskich. Żołnierze II Brygady Legionów Polskich przygotowywali się do kolejnego starcia.
📌 W SKRÓCIE:


a froncie wschodnim I wojny światowej walki były niezwykle brutalne. Armia austro-węgierska próbowała wyprzeć stamtąd wojska rosyjskie. Rosjanie wycofywali się, ale stawiali twardy opór. Okopali się głęboko we wsi Rokitna. Zbudowali tam potężne linie umocnień.
Wśród polskich żołnierzy znajdował się bardzo młody chłopak. Pochodził z Połańca i nazywał się Bolesław Kubik. Miał zaledwie 16 lat. Służył w elitarnej kawalerii. Był dumnym ułanem w 2. szwadronie. Tego słonecznego dnia czekała go najważniejsza walka w życiu. Walka okazała się również jego ostatnią. Szarża pod Rokitną stała się symbolem wielkiej odwagi i ogromnego poświęcenia polskiego żołnierza. Ułani ruszyli wprost na rosyjskie karabiny maszynowe. Ich szaleńczy atak trwał bardzo krótko. Zaledwie kilkanaście minut wystarczyło, by zmienić losy całej bitwy. Bolesław Kubik zginął w niej jako pierwszy. W dzisiejszym wpisie, wspominając rocznicę Szarży pod Rokitną, chcieliśmy skupić się na jego krótkiej historii, będącej opowieścią o wielkim patriotyzmie. Opowieści o miłości do Ojczyzny, która była znacznie silniejsza niż strach przed śmiercią.
Jak wszyscy wiemy, Polska pod koniec XIX wieku nie istniała na mapach Europy. Kraj został rozdarty przez trzy potężne mocarstwa zaborcze: Imperium Rosyjskie (zabór rosyjski), Królestwo Prus / Cesarstwo Niemieckie (zabór pruski) i Cesarstwo Austriackie / Austro-Węgry (zabór austriacki). Bolesław Kubik przyszedł na świat w takich właśnie trudnych czasach. Urodził się 15 października 1898 roku w Połańcu, historycznym mieście leżącym na terenach ówczesnego zaboru rosyjskiego. Życie pod władzą cara było ciężkie, ponieważ władze rosyjskie tłumiły wszelkie przejawy polskości. Język polski usuwano z urzędów. Mimo to ludzie potajemnie pielęgnowali swoje tradycje. Bolesław, syn Józefa i Marianny Kubików, wychowywał się w prostej, ale bardzo kochającej rodzinie. W ich domu panowała atmosfera głębokiego patriotyzmu. Rodzina była także bardzo religijna. Wiara dawała im siłę do przetrwania trudnych chwil. Wychowanie młodego chłopca opierało się na szacunku do polskiej historii. Pan Józef i pani Marianna opowiadali synowi o dawnej potędze Rzeczypospolitej i uczyli go o bohaterach narodowych. Pamięć o utraconej wolności była w tym domu wciąż żywa. Dlatego Bolesław dorastał z marzeniem o wolnej Polsce. Marzenie to ukształtowało całe jego późniejsze krótkie niestety życie.

Akt urodzenia nr 270.
Połaniec
Bolesław KubikDziało się w osadzie Połaniec dwunastego / dwudziestego czwartego października tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku o godzinie czwartej po południu. Stawił się osobiście Józef Kubik, stolarz, liczący dwadzieścia siedem lat, z Połańca, w obecności Aleksandra Kosowicza, liczącego trzydzieści lat, i Andrzeja Tatary, liczącego trzydzieści sześć lat, obu rolników z Połańca, i okazał Nam niemowlę płci męskiej, oświadczając, że urodziło się ono w Połańcu trzeciego / piętnastego października bieżącego roku o godzinie dziesiątej wieczorem z jego prawowitej żony Marianny z domu Gardyńskiej, liczącej dwadzieścia trzy lata. Niemowlęciu temu na Chrzcie Świętym, dopełnionym w dniu dzisiejszym przez Nas, nadano imię Bolesław , a jego rodzicami chrzestnymi byli wspomniany Aleksander Kosowicz i Marianna Leszczuk. Akt ten oświadczającemu i świadkom niepiśmiennym przeczytany, a tylko przez Nas podpisany. Ks. Fr. Trojanowski.
Redakcja Na Fali Czasu: W rosyjskich dokumentach urzędowych z tego okresu stosowano podwójne datowanie. Data sporządzenia aktu to 24 października 1898 r. (12 października według kalendarza juliańskiego). Data faktycznych narodzin Bolesława to 15 października 1898 r. (3 października wg. kalendarza juliańskiego). Większość państw europejskich dość szybko przeszła na nowy, gregoriański system. Jednakże Imperium Rosyjskie ze względów politycznych oraz religijnych (prawosławie) uparcie trzymało się starego kalendarza juliańskiego aż do 1918 roku. Władze carskie nałożyły na urzędników państwowych w zaborze rosyjskim obowiązek podawania w dokumentach dwóch dat. Pierwsza z nich to zawsze data urzędowa według obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego, a druga to data lokalna gregoriańska, którą na co dzień posługiwali się rzymskokatoliccy mieszkańcy ziem polskich. W XIX wieku, dokładnie między 1 marca 1800 r. a 28 lutego 1900 r. to historyczne przesunięcie między oboma kalendarzami wynosiło równo 12 dni. Właśnie z tego powodu w odnalezionym przez nas akcie urodzenia Bolesława Kubika widzicie Państwo charakterystyczny zapis 3/15 października. Ks. Franciszek Trojanowski musiał cofnąć powszechnie używaną, “naszą” datę o 12 dni wstecz, aby wpis był zgodny z prawodawstwem rosyjskim.
Młody Bolesław był bardzo pilnym dzieckiem. Chciał się uczyć i poznawać świat. W latach 1905-1909 uczęszczał do lokalnej czterooddziałowej Szkoły Powszechnej w Połańcu. Uczył się tam pisania, czytania i podstaw rachunków. Poznawał także zakazaną historię swojego kraju, za sprawą bohaterskich nauczycieli, którzy starali się przemycać wiedzę o wielkich polskich dowódcach. Chłopak chłonął te opowieści z zapartym tchem. Z pewnością wyobrażał sobie siebie na polu bitwy. Po skończeniu podstawowej edukacji musiał jednak szybko dorosnąć. Rodzinie Kubików nie wiodło się luksusowo. Pieniądze były potrzebne na codzienne utrzymanie. Bolesław musiał iść do pracy. Został przyjęty jako praktykant masarski. Praca rzeźnika i masarza była wtedy niezwykle ciężka. Wymagała ogromnej siły fizycznej i wielkiej wytrwałości. Młody chłopiec codziennie dźwigał wielkie ciężary pracując od bardzo wczesnych godzin porannych. Musiał oprawiać twarde mięso i przygotowywać wyroby. Taka praca szybko ukształtowała jego sylwetkę, bo Bolesław rósł bardzo szybko. Jego mięśnie stawały się niezwykle mocne. W rzeźni nauczył się dyscypliny i obowiązkowości. W tym trudnym zawodzie pracował aż do połowy sierpnia 1914 roku. Wtedy wydarzyło się coś, co wstrząsnęło całym światem.
Latem 1914 roku wybuchła I wojna światowa. W Europie zapanował wielki chaos. Państwa zaborcze rzuciły się sobie do gardeł. Rosja stanęła do walki przeciwko Austro-Węgrom i Niemcom. Dla zniewolonych Polaków pojawiła się nagle iskra nadziei. Konflikt zaborców dawał szansę na odzyskanie upragnionej niepodległości. W Krakowie zaczął działać Józef Piłsudski (1867-1935). Rozpoczął on tworzenie polskich oddziałów wojskowych. Chciał zbudować armię, która wywalczy wolność. Wiadomość o powstaniu Legionów Polskich lotem błyskawicy dotarła do Połańca. Młody Bolesław Kubik nie wahał się ani jednej chwili. Porzucił swoje dotychczasowe, spokojne życie. Zostawił ukochaną rodzinę i bezpieczny dom. Porzucił ciężką, ale dającą utrzymanie pracę w masarni. Postanowił wyruszyć w nieznane. Skierował swoje kroki do Krakowa, gdyż chciał walczyć z bronią w ręku o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej. Czuł, że to jest jego historyczny obowiązek.
Bolesław miał wtedy zaledwie 15 lat i kilka miesięcy. Zgodnie z obowiązującym prawem był osobą niepełnoletnią. Nie mógł więc formalnie zostać żołnierzem. Przepisy wojskowe były bardzo surowe i nieubłagalne. Młody chłopak postanowił jednak zaryzykować i wymyślił plan. Postanowił oszukać wojskową komisję werbunkową. Stanął przed doświadczonymi oficerami z wysoko podniesioną głową. Starał się wyglądać bardzo poważnie. Wszak lata ciężkiej pracy fizycznej w masarni zrobiły swoje. Bolesław nie wyglądał jak typowy nastolatek. Był potężnie zbudowany, miał szerokie ramiona i mocne ręce. Wyglądał na znacznie starszego, niż wskazywałaby na to jego metryka. Zaprezentował rekruterom na swoją silną posturę. Przekonywał ich o swojej przydatności do walki. Twierdził, że poradzi sobie z trudami frontu. Oficerowie uwierzyli w jego słowa. Został oficjalnie przyjęty w szeregi polskiego wojska. Marzenie właśnie zaczęło się spełniać. Stał się prawdziwym żołnierzem.

Młody rekrut z Połańca nie trafił do zwykłej piechoty. Został skierowany do elitarnej kawalerii. Przydzielono go do 2. Pułku Ułanów. Pułk ten wchodził w skład słynnej II Brygady Legionów Polskich. Bolesław znalazł się dokładnie w 2. szwadronie tej formacji. Służba w kawalerii była wielkim zaszczytem i dumą wojska polskiego. Jednak wiązała się ona z ogromnym wyzwaniem. Wymagała odwagi i doskonałej kondycji. Chłopak przeszedł bardzo krótkie, ale intensywne szkolenie wojskowe. Uczył się tam skomplikowanej sztuki jazdy konnej,a także ćwiczył władanie ciężką szablą w pełnym galopie. Uczył się także strzelać z karabinu w ruchu. Szybko opanował rzemiosło wojenne. Organizacja wojska była ścisła. Każdy szwadron dzielił się na mniejsze jednostki. W skład szwadronu wchodziły 4 plutony. Z kolei 3 patrole tworzyły 1 pluton. Pełny szwadron ułanów powinien liczyć około 150 żołnierzy w stanie bojowym. Posiadał także własną drużynę gospodarczą. Bolesław szybko stał się częścią tej świetnie zorganizowanej machiny. Stał się pełnoprawnym ułanem Rzeczypospolitej.
Wojna na początku XX wieku nie była romantyczną przygodą. Była brutalna, krwawa i bezlitosna. A młody ułan Kubik szybko i boleśnie się o tym przekonał. Jesienią 1914 roku oddziały legionowe opuściły Kraków. Dokładnie 30 września wyruszyły transportami kolejowymi na Węgry. Ich zadaniem była obrona przed zbliżającymi się wojskami rosyjskimi. Rosjanie napierali bardzo mocno. Bolesław rozpoczął swój pierwszy szlak bojowy. Przed wyruszeniem na główny front ułani stoczyli swoje pierwsze walki ścierając się z wrogiem pod miejscowością Cycułów. Miało to miejsce 26 października 1914 roku, niedaleko Stanisławowa. Następnie walczyli w niezwykle krwawej bitwie pod Mołotkowem. Niestety, Polacy przegrali to starcie. Straty były bardzo duże. Później ułani brali udział w ciężkiej zimowej kampanii na Huculszczyźnie. Zima na przełomie lat 1914 i 1915 była wyjątkowo surowa. Mrozy zbierały śmiertelne żniwo, żołnierze spali w śniegu. Brakowało ciepłego jedzenia i odpowiednich ubrań. Bolesław walczył dzielnie w całej kampanii karpackiej i bukowińskiej. Wziął także udział w ważnej bitwie pod Tłumaczem. Zawsze stawał w pierwszym szeregu i wykazywał się niezwykłą odwagą. Zyskał ogromny szacunek swoich starszych dowódców i kolegów.
Miesiące ciągłych walk i zimna wyczerpały żołnierzy. Na wiosnę 1915 roku oddziały legionowe znalazły się na skraju wytrzymałości. W marcu zostały wycofane z pierwszej linii frontu. Przeszły na krótki odpoczynek w spokojny rejon Kołomyi. Utworzono tam nową strukturętj. Karpacką Brygadą Legionów Polskich. Odtwarzanie zdolności bojowej szło jednak bardzo opornie. Proces ten był niezwykle żmudny. Ułani byli niestety w opłakanym stanie fizycznym. W dodatku szerzyły się groźne choroby zakaźne. W dwóch szwadronach ułanów służyło łącznie 306 żołnierzy. Niestety, aż 204 z nich było chorych. Byli całkowicie niezdolni do pełnienia służby polowej. Brakowało leków i opieki medycznej. Co gorsza, legioniści przeżywali także głęboki kryzys psychiczny, zniechęceni i bardzo rozgoryczeni. Obwiniali wyższe dowództwo austriacko-węgierskie. Uważali, że generałowie dążą do całkowitego zniszczenia polskich jednostek. Mimo tych ogromnych trudności Bolesław Kubik nie poddawał się i utrzymał zdrowie i formę. Szybko wrócił do swojego oddziału, by walczyć dalej.

Kawaleria to nie tylko uzbrojeni ludzie. To przede wszystkim mądre i silne konie. Na froncie pomiędzy ułanem a jego wierzchowcem rodziła się zawsze wyjątkowa więź. Koń był nie tylko środkiem transportu. Był towarzyszem niedoli, jedynym przyjacielem i najskuteczniejszą bronią. Żołnierze musieli dbać o zwierzęta bardziej niż o siebie samych. Najpierw karmili konia, a dopiero potem jedli własny posiłek. Dobry i zdrowy koń decydował o życiu na polu bitwy. Bolesław Kubik miał swoją jedną, absolutnie ulubioną klacz “Muchę”. Klacz była bardzo szybka, niezwykle zwrotna i wyjątkowo odważna. Nie bała się huku wystrzałów. Razem z Bolesławem tworzyli doskonale zgrany zespół. Przemierzali zaśnieżone górskie szlaki, pokonywali błotniste drogi Bukowiny. Dzielili wszelkie trudy trudnego wojennego życia. Mucha była niemym świadkiem dorastania młodego chłopaka z Połańca. Ich wzajemne zaufanie miało wkrótce przejść najtrudniejszą i najokrutniejszą próbę.
Wiosną 1915 roku sytuacja strategiczna na wschodzie uległa zmianie. Armia austro-węgierska przeszła do potężnej ofensywy. W czerwcu ciężar działań przeniósł się na samą granicę Austro-Węgier z cesarstwem rosyjskim. Wojska państw centralnych wkroczyły na pofałdowany teren Bukowiny. Główną rolę odgrywał austriacki XI Korpus Armijny. Dowodził nim generał Ignaz Edler von Korda (1858-1918). Austriacy ścigali wycofujących się Rosjan. Uciekał przed nimi rosyjski XXX Korpus. Rosjanie próbowali kontratakować, ale z wielkim trudem udawało się te ataki powstrzymać. Armia Austro-Węgier posuwała się stale naprzód. Wraz z nią na wschód szły oddziały II Brygady Legionów Polskich. W początkowej fazie tej operacji legioniści walczyli o małą wieś Łużany. Zacięte walki o tę miejscowość trwały aż trzy dni. Ostatecznie Polacy zdobyli wieś. Rosjanie cofnęli się dalej, na teren Besarabii, za graniczną rzekę. Tam postanowili się zatrzymać i stawić ostateczny opór. Rozpoczęli budowę wielkich umocnień.

Miejsce wybrane przez Rosjan do obrony było idealne. Znajdowało się w rejonie wsi Rokitna (Râchitna). Teren wznosił się łagodnie do góry. Rosjanie wykorzystali to wzniesienie i zbudowali niezwykle silną pozycję obronną. Składała się ona aż z czterech równoległych linii głębokich okopów. Rowy wykopano na zboczach górujących bezpośrednio nad doliną i chłopskimi zabudowaniami Rokitny. Pozycje te ciągnęły się na wschód w stronę wzgórza numer 249. Szły również na południe w kierunku wzgórza 255, zwanego Mohiłą. Dodatkowo przed samymi okopami Rosjanie rozciągnęli gęste zasieki z drutu kolczastego. Dostęp do pierwszej linii umocnień utrudniała płynąca w dole rzeczka Rokitnianka. Jej brzegi były bardzo bagniste i niebezpieczne. Rosjanie dysponowali w tym miejscu liczną piechotą. Mieli wiele nowoczesnych karabinów maszynowych. Mieli także silne wsparcie własnej artylerii. Austriacka i polska piechota nie potrafiła przełamać tych solidnych pozycji. Każdy atak załamywał się w morderczym ogniu wroga. Żołnierze padali martwi jeden po drugim. Największy problem dla polskiej piechoty stanowiły właśnie te cztery linie rowów. Sytuacja z godziny na godzinę stawała się coraz bardziej dramatyczna.
Nadszedł niedzielny poranek 13 czerwca 1915 roku. Pogoda była zmienna, a słońce przebijało się przez chmury. Wiał dość silny wiatr. Kurz unosił się nad polami. Dowództwo austriackie było bardzo zniecierpliwione brakiem jakichkolwiek postępów. Generał Ignaz Korda chciał za wszelką cenę ruszyć front z miejsca. O godzinie 8:15 rano generał wydał kategoryczny rozkaz podjęcia zdecydowanych działań uderzeniowych. Chciał w ten sposób odciążyć swoją 42 Dywizję Piechoty, która wykrwawiała się w atakach. Rozkazy na froncie podróżowały jednak powoli. Meldunek od Kordy dotarł do dowództwa polskiej II Brygady Legionów dopiero o godzinie 10:10. Tymczasem Rosjanie nie zamierzali biernie czekać. Zauważyli słabość przeciwnika. Zaczęli przygotowywać własny kontratak. Wyprowadzili z okopów piechotę. Zagrozili bezpośrednio pozycjom polskich legionistów.
Czas uciekał nieubłaganie. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Środek i prawe skrzydło polskich wojsk bezpośrednio nad strumieniem Rokitna zaciekle walczyły o przejście. Nieprzyjaciel twardo trzymał wzgórze 255 Mohiła. Patrole donosiły, że bardzo silna grupa Rosjan posuwa się na zachód, prosto w kierunku małego lasku o numerze 243. Wróg wyprowadził do walki dwa pełne bataliony piechoty. O godzinie 13:00 meldunek od lewego sąsiada, austriackiej 84. Brygady Piechoty, potwierdził najgorsze obawy. Rosjanie zajęli pobliskie wzgórza na wschód od miejscowości Sankowce. W tym tragicznym położeniu brakowało wolnych żołnierzy. Prawie wszystkie jednostki brały już udział w walce. Jedynym wolnym odwodem, jakim dysponowała polska brygada, był II dywizjon ułanów. Kawaleria czekała cierpliwie w wąwozie leżącym nieopodal stanowiska dowodzenia. Ułani stali przy swoich wierzchowcach. Nie wiedzieli jeszcze, że to oni będą musieli ratować rozpadający się front.
Około godziny 12:20 dowódca kawalerii, rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz(1882-1915), usłyszał wezwanie. Został pilnie wezwany na stanowisko dowodzenia II Brygady Legionów Polskich. Czekał tam na niego szef sztabu brygady, kapitan Karol Vagas. Vagas nakazał rotmistrzowi wykonanie natychmiastowego ataku konnego na rosyjskie pozycje. Rozmowa pomiędzy oficerami była podobno bardzo krótka. Przebiegała też niezwykle gwałtownie. Austriackie dowództwo domagało się spektakularnych rezultatów. Rotmistrz Wąsowicz był doświadczonym dowódcą. Doskonale rozumiał, co oznacza ten rozkaz. Wiedział, że szarża kawalerii z szablami w dłoni na umocnione, wieloliniowe okopy to zadanie niemal samobójcze. Zażądał więc solidnego wsparcia własnej piechoty i osłony ogniowej artylerii. Kapitan Vagas szybko zapewnił go, że wsparcie nadejdzie natychmiast. Dyskusję uciął jednym, stanowczym zdaniem. Zakończył naradę słowami: „Piechota jest gotowa, a więc kawaleria naprzód”. Z wojskowego punktu widzenia był to po prostu wyrok śmierci dla wielu odważnych młodych ludzi. Rotmistrz zasalutował, odwrócił się na pięcie i odszedł do swoich żołnierzy.
Zbigniew Dunin-Wąsowicz wrócił cwałem do wąwozu. Zebrał swoich ułanów i szybko przekazał im otrzymane rozkazy. Miał pod swoją komendą łącznie dwa szwadrony kawalerii. Podjął błyskawiczną decyzję taktyczną. Trzeci szwadron nakazał skierować do odwodu, aby ubezpieczał tyły. Do bezpośredniego ataku na rosyjskie okopy wyznaczył swój ulubiony 2. szwadron. Była to ledwie garstka jeźdźców. Do ataku szykowało się zaledwie nieco ponad 60 ułanów. Różne źródła podają liczbę od 62 do 64 walczących. Żołnierze w milczeniu przygotowywali się do krwawego boju. Sprawdzali zapięcia i poprawiali popręgi w siodłach. Dobyli lśniących szabli z metalowych pochew. Wśród nich stał nasz Bolesław Kubik. Miał dokładnie 16 lat i 8 miesięcy. Był najmłodszym żołnierzem w całym oddziale. Mimo młodego wieku nie czuł paraliżującego strachu. Starsi towarzysze broni zapamiętali jego niezwykłą wolę walki oraz ogromną odwagę. Bolesław siedział dumnie na swojej klaczy “Musze”. Głaskał ją po mokrej szyi. Czekał cierpliwie na sygnał dowódcy. Atmosfera była niezwykle podniosła. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedzieli, że dla wielu z nich będzie to ich ostatnia szarża w życiu.
Straszliwa walka rozpoczęła się tuż po godzinie 13:00. Rotmistrz Dunin-Wąsowicz wysunął się na czoło oddziału. Poderwał swojego gniadego konia. Ostrze jego obnażonej szabli błysnęło groźnie w promieniach słońca. Padła głośna komenda do ataku. Ułani ruszyli naprzód zwartym szykiem. Z początku nie mogli nabrać pełnej prędkości. Najpierw musieli bowiem pokonać trudne, bagniste brzegi strumienia Rokitna. Konie zapadały się głęboko w błocie i wodzie. Trudny teren mocno spowalniał natarcie. Udało im się jednak wspólnym wysiłkiem przedostać na drugą, suchą stronę rzeczki. Dopiero wtedy przeszli w pełen, morderczy galop. Zaczęli szybko wspinać się na łagodne zbocze. Wprost przed nimi wznosiły się wykopane w ziemi cztery linie rosyjskich okopów. Zaczynał się koszmar wojny pozycyjnej. Widok pędzącej z obnażonymi szablami jazdy był przerażający, ale i piękny zarazem. Rosyjscy żołnierze w okopach dosłownie osłupieli. Nie spodziewali się w ogóle ataku kawalerii na wprost luf swoich karabinów maszynowych. Uważali to za kompletne szaleństwo.
Polacy pędzili jednak jak prawdziwy wicher. Z ich zaciśniętych gardeł wyrywał się potężny, bojowy okrzyk. Ziemia dudniła pod setkami końskich kopyt. Jeden z uczestników bitwy wspominał później te niesamowite chwile: „Co nam kule, co strzały – my jedziem, polska kawaleria”. Z ogromnym impetem i wściekłością wpadli na pierwszą linię obrony wroga. Konie przeskakiwały szerokie rowy, a ułani cięli z góry szablami każdego, kto stawił opór. Całkowicie zaskoczeni Rosjanie nie stawili większego oporu. Pierwsza linia okopów została przełamana w ułamku sekundy. Wróg wpadł w wielką panikę. Wielu żołnierzy rosyjskich odrzucało broń i uciekało w stronę drugiej linii. Wydawało się, że polska brawura przyniesie łatwe zwycięstwo. Niestety, element zaskoczenia działał tylko przez chwilę. Za pierwszą linią obrony czekały kolejne, znacznie silniejsze umocnienia.
Ułani nie zwalniali tempa. Pędzili dalej w górę, w stronę drugiej linii okopów. Jednak Rosjanie obudzili się już z początkowego szoku i zorganizowali swoją obronę. Otworzyli potężny, huraganowy ogień z karabinów ręcznych i broni maszynowej. Powietrze wokół jeźdźców nagle zaroiło się od świszczących, śmiertelnych kul. Wyschnięta ziemia wyrzucała fontanny pyłu. Kurz podniósł się z ziemi, drastycznie ograniczając widoczność na polu bitwy. W tym właśnie zgiełku wydarzyła się pierwsza, wielka tragedia. Bolesław Kubik znajdował się na samym czele morderczego ataku. Odważnie i brawurowo prowadził swoją klacz do walki. Nagle poczuł uderzenie. Został celnie trafiony przez wrogi pocisk. Stracił równowagę i ciężko spadł z siodła prosto na zdeptaną kopytami ziemię. Zginął natychmiast stając się pierwszą ofiarą śmiertelną w całej szarży pod Rokitną. Życie najmłodszego legionisty zgasło w mgnieniu oka. Złożył na ołtarzu odradzającej się Ojczyzny to, co miał najcenniejszego, czyli własne życie.
Upadek Bolesława nastąpił w środku potwornego, bitewnego zgiełku. Zaszła jednak wtedy na polu walki rzecz bardzo niezwykła i wzruszająca. Jego wierna klacz Mucha nie zatrzymała się przy ciele swojego zabitego pana. Zwierzę, choć zdezorientowane strzałami, było gnane silnym instynktem stada. Popędziło ślepo dalej w stronę wroga. Koń nie złamał szyku bojowego. Galopował równym krokiem, ramię w ramię z innymi wierzchowcami. Stało się to niezwykle wymownym i smutnym symbolem żołnierskiej wierności zwierzęcia, która nie kończy się nawet po nagłej śmierci jeźdźca. Podobne zachowania koni obserwowano zresztą u innych rannych walczących. W kolejnej fazie natarcia ciężko ranny został ułan Emil Garbaczewski. Kiedy spadł na ziemię, jego koń najpierw poszedł ślepo za innymi ułanami. Jednak po krótkiej chwili mądre zwierzę zawróciło. Podeszło do swojego pana i stanęło bezradnie nad leżącym, wykrwawiającym się ułanem. Takie rozdzierające serce obrazy zapadały ocalałym żołnierzom w pamięć już na zawsze.
Pomimo ciężkich strat pozostali ułani nieugięcie parli naprzód. Konie skakały przez ziemne przeszkody i zasieki. Jeźdźcy z wściekłością cięli wroga stalowymi szablami z końskiego grzbietu. Druga linia rosyjskich okopów również została cudem zdobyta. Wtedy jednak spadł na atakujących zupełnie niespodziewany cios. Zrobiło się tragicznie. Spóźniona artyleria austro-węgierska, która miała wspierać atak, rozpoczęła potężny ostrzał. Z powodu złej łączności artylerzyści uderzyli we własnych ludzi. Ciężkie pociski zaczęły spadać z nieba prosto na nacierających, polskich ułanów. Szwadron był dziesiątkowany z dwóch stron. Z przodu morderczo strzelali Rosjanie. Z tyłu biły niszczycielskie własne działa. To nie był jednak koniec pecha. Część własnej piechoty wreszcie ruszyła. Niestety, żołnierze ci pogubili się całkowicie w gęstym bitewnym kurzu i nic nie widzieli. Omyłkowo otworzyli ogień karabinowy w stronę galopujących ułanów. Mimo że padali pod bratobójczym ogniem, kawalerzyści nie zatrzymali się. Rotmistrz uparcie prowadził ich dalej, w stronę trzeciej linii okopów.
Straty rosły w zastraszającym tempie. Z końskich grzbietów spadali kolejni zabici i ranni żołnierze. Sucha ziemia Bukowiny błyskawicznie spływała ludzką i końską krwią. Pomimo tego prawdziwego piekła, resztka ułanów cudem przełamała trzecią linię obrony wroga. Zajęło im to w sumie kilkanaście minut od momentu wyruszenia. Docierali wyczerpani do czwartej, ostatniej już linii rosyjskich umocnień. Tam zaczęli z rozpaczą krzyczeć w stronę Rosjan, głośno wzywając ich do poddania się. Polacy wciąż głęboko wierzyli, że tuż za ich plecami postępuje obiecane wsparcie. Byli przekonani, że zmasowana austriacka piechota wchodzi właśnie do walki. Miała ona natychmiast zabezpieczyć zdobyty przez konie teren. Szybko jednak okazało się, że to tylko tragiczne złudzenie. Piechota nie ruszyła ze skutecznym wsparciem. Rosjanie szybko zorientowali się w rzeczywistej sytuacji. Przejrzeli dym. Zobaczyli wyraźnie, że ułanów jest tylko garstka. Zrozumieli, że Polacy atakują całkowicie sami. Rozpoczęła się ostateczna, krwawa faza bitwy.
Do czwartej linii obrony dotarło zaledwie 7 zmęczonych kawalerzystów. Walka stała się teraz niezwykle nierówna i desperacka. Rosjanie uspokoili się i szybko zwarli obronne szyki. Zaczęli strzelać z bardzo bliskiej odległości do pozostałych ułanów i ich koni. Zamienili bitwę w systematyczną rzeź bezbronnych jeźdźców. Właśnie tam, na ostatecznej, czwartej linii obrony, zginął dzielny dowódca całego ataku. Rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz poległ bohaterską śmiercią od wrogich kul. Padł na ziemię obok swoich wiernych podkomendnych. Zaraz po nim zginął jego najbliższy zastępca, porucznik Roman Prawdzic-Włodek. Śmierć ponieśli także dowódca drugiego plutonu, porucznik Jerzy Topór-Kisielnicki, oraz dzielni wachmistrze: Tadeusz Adamski i Władysław Nowakowski. Z 6 dowodzących wachmistrzów aż 3 zginęło na miejscu, a jeden został bardzo ciężko ranny. Z 4 młodych oficerów atak przeżył tylko jeden człowiek, ranny został porucznik Marian Fąfara.
Cała heroiczna szarża zakończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Trwała łącznie po około 13 do 15 minutach od momentu wydania rozkazu. Drugi szwadron praktycznie i fizycznie przestał istnieć na mapie oddziałów. Ważne okopy wroga zostały wprawdzie zdobyte. Niestety, garstka ocalałych i rannych Polaków nie mogła ich samodzielnie utrzymać bez pomocy i wsparcia obiecanej piechoty. Musieli zawrócić. Z pola bitwy wracały w stronę rzeki makabryczne widoki. Z ponad 70 wierzchowców większość wracała z zupełnie pustymi siodłami. Konie, same często ranne, wracały na pozycje wyjściowe. Do punktu startowego na własnych wierzchowcach powróciło łącznie zaledwie sześciu ocalałych żołnierzy. Co więcej, z tej nielicznej grupy zaledwie dwóch ułanów w ogóle nie odniosło żadnych ran na ciele. Młody chłopiec z Połańca do nich nie należał. Ciało Bolesława Kubika zostało tam, na okrwawionym zboczu, razem z jego dowódcami i przyjaciółmi.

Bezpośredni, militarny efekt krwawej szarży nie został w pełni wykorzystany w pierwszych minutach po ataku. Austro-węgierska piechota zawiodła na całej linii dowodzenia. Nie zabezpieczyła wywalczonych terenów. Z czysto wojskowego punktu widzenia szarża mogła wydawać się klęską. Jednak ofiara dzielnych ułanów nie poszła na marne. Ich atak wywołał ogromny wstrząs w szeregach nieprzyjaciela. Rosjanie byli wręcz przerażeni furią, desperacją i samobójczą odwagą nacierających Polaków. Przestraszyli się determinacji jeźdźców. Następnego ranka nie czekali na wznowienie walk. W obawie przed kolejnymi morderczymi atakami polskiej kawalerii, opuścili w wielkiej panice swoje potężne, czteroliniowe umocnienia. Wycofali się szybko. Uciekli głęboko w stronę ziem Besarabii. Całkowite poświęcenie kawalerzystów pozwoliło ostatecznie na definitywne przełamanie wschodniego frontu w tym właśnie rejonie. Droga dla armii sojuszniczych została otwarta.
Wydarzenia z dnia 13 czerwca szybko zyskały ogromny rozgłos. Rozlały się szerokim echem po całej Europie. Szarża stała się niezwykle ważną narodową legendą. Propagandyści bardzo szybko dostrzegli wartość tego wyczynu. Już w samym 1915 roku drukowano liczne okolicznościowe broszury. Były one wydawane przez Naczelny Komitet Narodowy. W jednej z takich publikacji pisano patetycznie: „Na kartach bojowej chwały narodu polskiego krwawymi zgłoskami w wiecznotrwałej pamięci potomnych zapisał się nowy czyn chwalebny: szalona, zwycięska szarża ułanów Wąsowicza”. Brawurowe działanie 2. szwadronu zaczęto powszechnie porównywać do najsłynniejszej szarży konnej w historii polskiego narodu. Porównywano je często do słynnej bitwy pod Somosierrą z odległego 1808 roku. W obu przypadkach zaledwie garstka zdesperowanych jeźdźców otworzyła drogę całej wielkiej armii. Niestety, w obu tych heroicznych walkach cena krwi była przerażająco wysoka. Polacy pod Rokitną po raz kolejny udowodnili wielkiemu światu, do jakich wielkich i bohaterskich czynów są zdolni w imię umiłowania wolności.

Kiedy wojenny kurz opadł, a bitwa ostatecznie ustała, ocaleli żołnierze zajęli się niezwykle smutnym obowiązkiem. Musieli przeczesać pobojowisko. Zaczęli odnajdywać porzucone w okopach ciała swoich zmarłych kolegów. Na zboczu leżały dziesiątki zabitych ludzi i ich pięknych koni. Z wielkim trudem odnaleziono między innymi zmasakrowane ciało nastoletniego Bolesława Kubika. Znaleziono również zwłoki samego rotmistrza Wąsowicza. Ciała delikatnie zebrano, umyto z krwi i kurzu, a następnie przygotowano z szacunkiem do pochówku. Wszystkich zabitych ułanów pochowano z honorami wojskowymi. Cmentarz przygotowano w pobliskiej małej wsi Rarańcza. Spoczęli oni w jednej, wielkiej, wspólnej mogile. Trumny złożono w ziemi ramię w ramię. Wszyscy, bez względu na posiadany stopień wojskowy, znaleźli tam swoje miejsce obok siebie. Wojskowy pogrzeb był bardzo poruszający. Wygłoszono nad rozkopanym grobem bardzo ważne słowa. Dzielny wachmistrz Stanisław Sokołowski, przemawiając do stojących nad grobem żołnierzy, powiedział wtedy wzruszony: „Poszli na okopy, by krwią podpisać miłość Ojczyzny. Niech wiedzą wszyscy wrogowie Polski, do jakich czynów żołnierz-Polak jest zdolny”. Na tamten moment wydawało się, że wszyscy ci polegli bohaterowie na zawsze pozostaną na obcej, rumuńskiej wówczas ziemi.
W 1918 roku wreszcie skończyła się krwawa wojna światowa. Państwo polskie, po 123 latach okrutnych zaborów, ponownie odzyskało swoją niepodległość. Nowe, suwerenne państwo z wielkim zapałem musiało budować swoją własną tożsamość. Społeczeństwo niezwykle mocno potrzebowało bohaterów oraz świeżych mitów założycielskich. Piękna legenda bohaterskiej szarży pod Rokitną pasowała do tych państwowych planów wręcz idealnie. Pamięć narodu o niezwykłym poświęceniu ułanów była wciąż bardzo silna. Znaczenie ich militarnego czynu dla budowy etosu odrodzonej II Rzeczypospolitej było fundamentalne i kluczowe. Zaczęto głośno mówić, że polscy żołnierze spoczęli zbyt daleko od swojego własnego domu. Odpowiednie władze państwowe oraz najwyższe czynniki wojskowe podjęły w tej sprawie bardzo ważną decyzję. Postanowiono natychmiast sprowadzić bezcenne szczątki zmarłych legionistów bezpośrednio do odrodzonego kraju. W mroźnym lutym 1923 roku dokonano trudnej ekshumacji na cmentarzu w leżącej w Rumunii Rarańczy. Z wielkim szacunkiem wydobyto zakopane kości Bolesława Kubika, szczątki jego dowódcy oraz wszystkich pozostałych poległych ofiar z 2. szwadronu. Szczątki starannie umieszczono w drewnianych trumnach. Następnie przewieziono je specjalnym, ozdobnym pociągiem państwowym prosto do granic Polski. Ich docelowym miejscem spoczynku miał stać się stary Kraków. Było to samo miasto, z którego zaledwie kilka lat wcześniej ułani tak radośnie wyruszali na wielką wojnę.

Dzień pogrzebu, czyli 25 lutego 1923 roku, był w Krakowie dniem ze wszech miar wyjątkowym i podniosłym. W mieście z tej okazji zorganizowano wielkie uroczystości o randze państwowej. Czarny kondukt żałobny z trumnami przeszedł wolno przez zabytkowe ulice. Dziesiątki tysięcy wzruszonych mieszkańców zgromadziły się tłumnie na krakowskim Rynku Głównym. Zwykli ludzie chcieli po prostu oddać należny hołd swoim niezłomnym obrońcom. Atmosfera panująca na Rynku była pełna ciszy, modlitewnej zadumy, ale i wielkiej, narodowej dumy. Uroczystej mszy świętej za dusze zmarłych żołnierzy przewodniczył biskup krakowski Adam Stefan Sapieha (1867-1951). Modlono się o spokój wieczny dla tych, którzy nie wahali się oddać wszystkiego dla wolności kraju. W ceremonii wzięli udział licznie zgromadzeni weterani wojskowi oraz najwyżsi dostojnicy państwowi. Najważniejszym, kulminacyjnym i najbardziej wzruszającym punktem całej krakowskiej ceremonii było publiczne wystąpienie marszałka Józefa Piłsudskiego. To przecież on sam tworzył kiedyś Legiony. Marszałek z powagą osobiście podszedł do ustawionych szeregiem trumien swoich zmarłych żołnierzy. Stając przed każdą z nich, udekorował drewniane wieka najwyższymi polskimi odznaczeniami wojskowymi. Bolesław Kubik, niepozorny chłopak z niewielkiego Połańca, został tego dnia pośmiertnie uhonorowany i odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Było to najwyższe i absolutnie największe wyróżnienie państwowe. Przyznawano je wyłącznie za wybitne i niespotykane męstwo bezpośrednio na trudnym polu walki z wrogiem. Po tej wyjątkowej dekoracji, wszystkie trumny bardzo uroczyście przeniesiono na duży cmentarz Rakowicki w Krakowie. Powstało tam później specjalnie zaprojektowane kwaterowe mauzoleum wojskowe. Zbudowano na nim kamienny pomnik, który został zaprojektowany przez znanego architekta Józefa Gałęzowskiego. Nad kwaterą poległych żołnierzy wyryto w granicie niezwykle wzruszający i bardzo wymowny napis. Głoszący do dzisiaj pamięć tekst brzmi: „Przechodniu, powiedz Ojczyźnie, iż wierni jej prawom tu spoczywamy”. Tego zimowego dnia młody nastolatek Bolesław wreszcie, po wielu latach wojennej tułaczki, znalazł swój spokojny, polski dom na wieczność.
Wielkie uznanie państwa polskiego dla Bolesława Kubika wcale nie skończyło się tylko w dniu słynnego pogrzebu na cmentarzu w Krakowie. Kilka lat później, najwyższe władze ponownie i z wielkim namaszczeniem postanowiły przypomnieć i należycie uhonorować swojego najmłodszego obrońcę.
W 1931 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Ignacy Mościcki (1867-1946)) wydał specjalne zarządzenie o nadaniu Bolesławowi Krzyża Niepodległości. Trzeba było jednak cierpliwie poczekać na fizyczne przekazanie wyprodukowanych orderów do rąk rodziny. Piękna, skromna, ale bardzo ważna ceremonia publicznego wręczenia odbyła się dokładnie 11 listopada 1936 roku. W to narodowe, radosne święto odzyskania wymarzonej wolności, niezwykłego zaszczytu dostąpili osobiście wzruszeni rodzice Bolesława. Józef i Marianna Kubikowie z płaczem odebrali oba lśniące medale w imieniu zmarłego, nastoletniego syna. Był to dla nich bez wątpienia moment wzniosły, podniosły i niezwykle smutny. Czuli przecież nadal wielki i niegasnący ból serca po tragicznej stracie swojego ukochanego i najmłodszego dziecka. Mieli w głębi duszy jednak twardą świadomość, że jego młoda krew z pewnością nie została wylana na froncie na darmo. Ich zmarły syn stał się prawdziwym, wielkim bohaterem narodowym całego polskiego państwa. Jego piękne nazwisko znalazło się na stałe na jasnych kartach najlepszych podręczników historii.
Wielka historia państwa spotkała się również z bardzo silną lokalną dumą w małym Połańcu. Tradycja starego miasteczka zawsze opierała się na szacunku do odważnych przodków. Władze oraz zwykli mieszkańcy nigdy w historii nie zapomnieli o swoim sławnym obywatelu. Pamięć o tak bardzo młodym ułanie bohaterze jest tam pieczołowicie i z czułością pielęgnowana aż do dzisiejszego dnia. Dla całej zżytej społeczności jego krótkie, ale pełne heroizmu życie jest bezsprzecznym dowodem na pewną ważną sprawę. Udowadnia ono to, że nawet bardzo zwykły, prosty chłopak pochodzący z niewielkiego, prowincjonalnego miasteczka może pozytywnie wpłynąć na wielkie losy całego, ogromnego narodu.
Rada Miejska w Połańcu po zmianach ustrojowych postanowiła w wyjątkowy, bardzo oficjalny sposób trwale upamiętnić swojego dzielnego żołnierza. Odbyło się uroczyste, specjalne zebranie radnych miejskich w tej sprawie. Podjęto na nim ważną decyzję. Dnia 13 sierpnia 1992 roku uroczyście podpisano odpowiednią uchwałę, którą oznaczono numerem XXIX/154/92. Na jej prawomocnej mocy, jedna z głównych ulic leżących w południowej części miasta otrzymała nową, zaszczytną nazwę. Odtąd z dumą po dziś dzień nazywa się ulicą Bolesława Kubika. Droga biegnie w niezwykle urokliwym i pięknym kierunku. Prowadzi spacerowiczów bezpośrednio ku naturalnym tarasom widokowym, które to z kolei znajdują się tuż przy samej krawędzi skarpy wiślanej. Kiedy dzisiaj mieszkańcy tędy spacerują w wolnych chwilach, tabliczka z nazwiskiem przypomina im o wielkiej i czystej odwadze nastoletniego człowieka z ich własnego, spokojnego sąsiedztwa.
Wydarzenia związane ze wschodnią szarżą z 1915 roku upamiętniano w gminie wielokrotnie na przestrzeni kolejnych lat. Służą temu oficjalne, patriotyczne apele oraz publiczne przypominanie sylwetki poległego żołnierza. Znakomitym tego przykładem jest chociażby bardzo uroczysta lokalna Msza święta w intencji zmarłego młodzieńca. Uroczystość ta odbyła się w Połańcu w dniu 16 czerwca 2019 roku. W kościele pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożenia Wiernych uroczyście modlono się za duszę najmłodszego ułana z brygady. Obecny i przemawiający był tam na miejscu także wysoki przedstawiciel struktur państwowych. Był nim urzędujący Szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, minister Jan Józef Kasprzyk. Przypomniał on głośno wszystkim zebranym w ławach kościelnych mieszkańcom o wielkiej ofierze, którą w 1915 roku tak ochoczo złożył Bolesław z Połańca. Mówił do ludzi z wielkim zapałem o tym, w jaki to właśnie niesamowity sposób owi młodzi, prości chłopcy dobrowolnie zaciągali się w szeregi do wojska. Mówił bardzo obrazowo, że szli po to, by głośno walczyć i wręcz „budzić Polskę do zmartwychwstania”. Minister Kasprzyk słusznie podkreślał wtedy, że właśnie dzięki ich gorącej krwi i wielkiemu zaangażowaniu, najstarsze, polskie marzenia o upragnionej niepodległości w ogóle miały historyczną szansę, aby stać się namacalną, w pełni wolną i obronioną rzeczywistością. Mieszkańcy Połańca mają pełne, historyczne prawo być po prostu niezwykle i trwale dumnymi ze swojego bohaterskiego, przedwojennego ziomka.
Bolesław Kubik w mgnieniu oka na zawsze przeszedł do wielkiej historii Połańca i całej Polski. Jego własne imię, a także niezwykle heroiczne nazwisko rotmistrza Wąsowicza, wciąż twardo żyją i oddychają także dzięki szeroko pojętej i pielęgnowanej kulturze oraz wyższej sztuce narodowej. Wojenna tematyka bitewnego motywu wspaniałej szarży ułanów pod Rokitną bardzo szybko zagościła na stałe w przedwojennym polskim malarstwie klasycznym. Wkroczyła przebojem także do szkolnej literatury ojczystej oraz porywających pieśni o charakterze czysto patriotycznym. Słynny, wielokrotnie nagradzany krakowski malarz batalista, znany w kraju Wojciech Kossak, postanowił bardzo trwale upamiętnić na swoim płótnie ten wielki atak szwoleżerów. Wspaniale uwiecznił atak pędzącej w słońcu polskiej jazdy w swoim dynamicznym obrazie, który został z pietyzmem namalowany i wystawiony pędzlem artysty w wolnej Polsce w 1934 roku. Malarz rewelacyjnie uchwycił na tym historycznym płótnie potężną dynamikę ruchu. Oddał genialnie sam straszliwy dramatyzm morderczego ataku na gniazda karabinów. Patrząc uważnie z bliska na ten obraz wojny, można na nim bez problemu dostrzec wspaniale, potężnie pędzące w dymie konie. Widać mocno wzniesione stalowe szable tnące powietrze. Widzimy także tragiczną śmierć ułanów, to jest dramatycznie spadających na piaszczystą ziemię z siodeł walczących i rannych ludzi. Scena ta odzwierciedla koszmar szarży na żywo.
Szarża szybko i wspaniale urosła z czasem do zasłużonego miana największej wojennej legendy. Stała się niezwykle sławna w narodzie. Zapisana jest w najważniejszych, najpopularniejszych i niezwykle podniosłych polskich pieśniach o charakterze stricte wojskowym i narodowym. Głośno o tych wspaniałych i ułańskich wyczynach wymienia się ją m.in. z pełną mocą na przykład w drugiej zwrotce polskiej piosenki „Czerwone maki na Monte Cassino”, “Runęli przez ogień straceńcy! Niejeden z nich dostał i padł… Jak ci z Samosierry szaleńcy! Jak ci spod Rokitny sprzed lat!”. Porywający tekst przypomina całemu społeczeństwu wspaniałe zrywy i czyny zbrojnego, narodowego polskiego oręża. Śpiewali na głos o niej ze wzruszeniem kolejni walczący polscy bojownicy. Grali ją głośno ułani już na wszystkich frontach w czasie trwania wojennej pożogi II wojny światowej. Co więcej, na marmurowej, chłodnej płycie wielkiego Grobu Nieznanego Żołnierza. Stojącego na placu w samej Warszawie, wyryto wprost w pamiątkowym kamieniu złoty, widoczny dla każdego mijającego pomnik przechodnia, wspaniały i znaczący napis: „ROKITNA 13 VI 1915”.
Dzięki ofierze życia u łana Bolesława Kubika i jego kolegów Polska odzyskała wolność. Cześć Ich Pamięci!







